Statek przeznaczenia. Część 1
- Автор: Хобб Робин
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Statek przeznaczenia. Część 1». Краткое содержание книги:
Kiedy spada się we śnie, zawsze się budzi przed uderzeniem o ziemię. Tym razem tak nie było. Przebudzenie Prawego było uderzeniem. Miłość „Vivacii” i jej oddanie zderzyło się z jego bolesną świadomością, kim ona jest. Myśli chłopca stanowiły lustro, uniesione ku jej martwej twarzy. Kiedy raz w nie zajrzała, nie umiała już oderwać od niego wzroku. Prawy został uwięziony z nią w tej kontemplacji i czuł się coraz głębiej wciągany w jej rozpacz. Runął w otchłań razem z „Vivacią”.
Właściwie nie była już „Vivacią”. Zawsze była tylko ukradzionym życiem smoka. Jej niby-życie bazowało na resztkach smoczej śmierci. Nie miała prawdziwego prawa do istnienia. Robotnicy z Deszczowych Ostępów rozłupali kokon przekształcającego się smoka. Wyrzucili zalążek jego życia, by sczezł, wijąc się na zimnej, kamiennej podłodze, a spowijające go nici pamięci i wiedzy odciągnęli i pocięli na deski, służące do budowy żywostatków.
Zycie stara się przetrwać za wszelką cenę. Burza powala drzewo na poszycie lasu; z jego pnia wyrastają młode drzewka. Ziarenko rzucone między kamyki i piasek i tak chwyta kroplę wilgoci i strzela w górę arogancką zielenią. Zanurzone w słonej wodzie, bombardowane wspomnieniami i emocjami ludzi przebywających na pokładzie „Vivacii”, włókna pamięci w jej deskach starały się ułożyć w jakimś porządku. Przyjęły nadane jej imię; teraz usiłowały zrozumieć to, czego doświadczały. W końcu „Vivacia” się przebudziła. Lecz dumny statek i jej wspaniały galion nie stanowiły tak naprawdę części rodziny Vestritów. Nie. Jej życie zostało skradzione. Była półistotą, mniej niż półistotą, prowizorycznym stworzeniem skleconym z ludzkiej woli i stłumionych smoczych wspomnień, pozbawionym płci, nieśmiertelnym i, na dłuższą metę, pozbawionym znaczenia. Niewolnikiem. Ludzie posłużyli się skradzionymi wspomnieniami smoka, by stworzyć sobie wielkiego drewnianego niewolnika.
Krzyk, który wyrwał się z gardła „Vivacii”, wstrząsnął Prawym i sprawił, że chłopiec odzyskał pełnię świadomości. Przetoczył się i wypadł z koi, uderzając kolanami o podłogę. Czuwająca przy nim Etta obudziła się.
– Prawy! – zawołała z przerażeniem na widok wstającego z wysiłkiem chłopca. – Czekaj! Nie, nie wyzdrowiałeś. Połóż się, wracaj!
Jej słowa ścigały Prawego, który wyszedł chwiejnie z kajuty i ruszył w stronę pokładu dziobowego. Usłyszał hałas dobiegający z kajuty kapitana – to Bystry wołał o kulę i światło:
– Etto, niech cię licho, gdzie jesteś, kiedy cię potrzebuję?!
Prawy nie zatrzymał się i teraz. Kuśtykał, nagi pod narzuconym na ramiona prześcieradłem, a nocne powietrze parzyło jego zdrowiejące ciało. Zaskoczeni marynarze z nocnej wachty zaczęli wołać do siebie. Jeden z nich chwycił latarnię i poszedł za Prawym. Chłopiec nie zwracał na niego uwagi. Schodki wiodące na fordek pokonał dwoma wielkimi krokami, rozdzierając sobie przy tym skórę, i przewiesił się przez reling.
– „Vivacio”! – zawołał. – Proszę cię. To nie była twoja wina; to nigdy nie była twoja wina. „Vivacio”!
Galion szarpał swoje ciało. Olbrzymie drewniane palce wplątały się w bujne czarne loki i usiłowały wyrwać je z głowy. Paznokcie orały policzki i szturchały oczy.
– To nie ja! – zawołała „Vivacia” w nocne niebo. – To nigdy nie byłam ja! Och, Wielki Sa, jakim nieprzyzwoitym jestem żartem, jaką obrzydliwością w twoich oczach! Pozwól mi odejść! Niech przestanę żyć!
Za Prawym przyszedł Gankis.
– Co cię trapi, chłopcze? Co dolega statkowi? – zapytał stary pirat, lecz Prawy widział tylko galion.
Żółte światło latarni ukazywało coś straszliwego. Chociaż paznokcie „Vivacii” ryły w jej policzkach głębokie bruzdy, natychmiast wypełniały się one włóknistym ciałem i zamykały. Włosy, które wydzierała sobie z głowy, przepływały w jej dłonie, wchłaniały się, a czupryna pozostawała gęsta i lśniąca jak dotychczas. Prawy z przerażeniem wpatrywał się w ten cykl niszczenia i odradzania.
– „Vivacio”! – zawołał jeszcze raz i rzucił swoje jestestwo w jej wnętrze, chcąc ją pocieszyć, uspokoić.
Czekała tam smoczyca. Odtrąciła go z tą samą łatwością, z jaką trzymała w uścisku „Vivacię”. To jej duch przeciwstawiał się pragnieniu śmierci, które ogarnęło statek. Nie. Nie po tylu latach stłamszenia, tylu wiekach milczenia i bezruchu. Nie chcę umierać. Jeśli to jest jedyne życie, jakie możemy wieść, to będziemy je wieść. Uspokój się, niewolniku. Dziel to życie ze mną albo odejdź ze świata żywych!
Prawy był jak sparaliżowany. W miejscu, do którego mógł dotrzeć tylko umysłem, rozgrywało się straszliwe starcie. Smoczyca walczyła o życie, a statek usiłował odebrać je im obu. Prawy czuł się, jakby jego drobne jestestwo schwyciły dwa teriery. Ciągnęły go każdy w swoją stronę i rozdzierały, usiłując zawładnąć jego lojalnością i umysłem. „Vivacia” zagarnęła go w swoją miłość i rozpacz. Znała go tak dobrze; on znał ją tak dobrze, jak jego serce mogło się różnić od jej serca? Wlokła go za sobą; zachwiali się na krawędzi dobrowolnego skoku w śmierć. Niebyt kusił. Przekonała Prawego, że to jedyne rozwiązanie. Co innego ich czeka? To niekończące się poczucie zła, ten straszliwy ciężar ukradzionego życia; czy on zechce wybrać coś takiego?
– Prawy! – wydyszał Bystry, podciągając się na fordek.
Chłopiec odwrócił się w jego stronę. Nocna koszula pirata, na wpół wepchnięta w spodnie, powiewała wokół niego na nocnym wietrze, był bosy. Prawy zauważył, że jeszcze nigdy nie widział Bystrego w tak niechlujnym stroju. W zawsze chłodnym, sardonicznym spojrzeniu kapitana zagościła panika. On nas wyczuwa, pomyślał Prawy. Zaczyna nawiązywać z nami więź; wyczuwa nieco z tego, co się dzieje, i to go przeraża.
Etta podała kapitanowi kulę. Chwycił ją i podszedł rozkołysanym krokiem do Prawego. Nagły uścisk Bystrego na ramieniu chłopca był jak uścisk życia, powstrzymujący go przed krokiem w śmierć.
– Co robisz, chłopcze? – zapytał gniewnie Bystry. A potem głos mu się zmienił; z przerażeniem spojrzał ponad ramieniem Prawego. – Na Boga Ryb, co zrobiłeś z moim statkiem?
Prawy odwrócił się do galionu. „Vivacia” odwróciła się, by popatrzeć na rosnący na pokładzie dziobowym tłum zaniepokojonych marynarzy. Jeden z nich krzyknął, ponieważ jej oczy rozjaśniły się nagle zielenią. Jej twarz straciła ludzkie rysy. Czarne włosy powiewające na nocnym wietrze przypominały gniazdo wijących się węży. Zęby, które odsłoniła w parodii uśmiechu, były śnieżnobiałe.
– Jeśli ja nie mogę wygrać – spomiędzy warg „Vivacii” wydobyła się smocza myśl – to nie wygra nikt.
Powoli się od nich odwróciła i uniosła rozpostarte ręce, jakby chciała objąć nocne morze. A potem powoli objęła nimi kadłub statku za sobą.
Prawy! Prawy, pomóż mi! - poprosiła „Vivacia” w jego myślach; nie władała już ustami i głosem galionu. Umrzyj ze mną.
Niemal to uczynił. Niemal podążył za nią w tę otchłań. Lecz w ostatniej chwili nie potrafił tego dokonać.
– Chcę żyć! – usłyszał własny krzyk. – Proszę cię, proszę, pozwól nam żyć!
Przez chwilę myślał, że jego słowa osłabiły jej pragnienie śmierci.
Nastała po nich dziwna cisza. Nawet nocny wiatr jakby wstrzymywał oddech. Prawy uświadomił sobie, że któryś z marynarzy mamrocze modlitwę, lecz jego uwagę przykuł inny, słabszy dźwięk. Był to ciągły, przerywany, delikatny stukot, podobny do odgłosu, jaki wydaje lód pękający na powierzchni jeziora, kiedy odejdzie się zbyt daleko od brzegu.