Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #3
- Год: 2009
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3». Краткое содержание книги:
WŁADZA… Wystarczyło zaledwie czworo obdarzonych jej pełnią Ziemian, by z planety Midgaard uczynić prawdziwe piekło.
VUKO DRAKKAINEN… Podąża śladami ich przerażającego szaleństwa. Z misją: Zlikwidować! Wsadzić do promu i odesłać na Ziemię, albo zabić. I pogrzebać na bagnach. Problem w tym, że oni stali się… Bogami.
FILAR, cesarski syn, w krótkim życiu zaznał już losu władcy i wygnańca, wodza i niewolnika. Podąża ku przeznaczeniu, szukając ratunku dla swego skazanego na zagładę świata. Podobnie jak Vuko, i jego próbowano już zabić na najprzeróżniejsze sposoby.
Wsiadasz? Lodowy drakkar topnieje…
Przez pierwsze tygodnie nie myśleliśmy o niczym innym niż o ucieczce. Wymyślaliśmy przeróżne sposoby, ale wcale nie było to łatwe. Na noc zamykano nas w chacie, a na dziedzińcu spuszczano psy. Na polach stale pilnowało dwóch zbrojnych z końmi, co gorsza, w sąsiedniej dolinie i w górach stały gospodarstwa mniej możnych kmieci, którzy pracowali na polach Smildrun i dostawali za to część plonów, zaciągali się na jej okręt, kiedy wyruszała rzeką na morza, i we wszystkim byli od niej zależni.
Mi polu często nakłaniali nas do ucieczki, bo okazało się, że za każdego schwytanego niewolnika dostają od Lśniącej Kosą sztukę złota, którą nazywali gwichtem, a w której było mniej więcej tyle kruszcu co w dwóch dirhamach. nla takich jak oni był to majątek, dzięki któremu nie musieli kłopotać się o strawę przez rok. Do tego trzymanie jakichkolwiek zapasów jedzenia było zakazane i karane chłostą, a naszą chatę często przeszukiwano.
Z pozostałych niewolnych też nie mieliśmy większej pociechy. Każdy trzymał się na uboczu i licząc razem z Udułajem, tylko pięcioro mówiło w naszej mowie. Pozostali rozmawiali językiem Wybrzeża Żagli, jak ludzie żyjący za górami nazywają swój kraj. W ich mowie brzmi to „Smarselstrand”.
Krótko po naszym przybyciu stało się jednak tak, że uciekło dwóch ludzi. Byli to tutejsi, skazani na niewolę u Smildrun za kradzież. Jeden z nich ukradł jej konia z pastwiska, zaś drugi, młody chłopak, wędrując przez góry, zabił jej kowcę, bo jak twierdził, przymierał głodem. Koniokrad poszedł w niewolę na dziesięć lat, a włóczęga na trzy, z czego rok już spędził w gościnie u Lśniącej Rosą.
Uciekli sprytnie – zbierając chrust, znaleźli jakieś grzyby, które ususzyli i utarli na proszek, i dosypali psom do karmy. W nocy wszystkie były chore i otumanione, i nie miały siły nawet szczekać, a dwa później zdechły. Obaj mężczyźni podczas naprawy strzechy ponacinali sznurki splatające pędy i przygotowali tę część dachu tak, że nikt niczego nie zauważył, a kiedy nastała noc, po prostu otworzyli kawałek strzechy i wydostali się na dach. Stamtąd przebiegli na drugi koniec obory i przeskoczyli na dach spichrza, a potem pobiegli nim aż do częstokołu. Wartownik pilnujący w nocy rzadko tam zachodził i głównie stał na drewnianej wieży nad bramą, oni zaś zachowywali się cicho. Mieli długi rzemień z przywiązanym sierpem, który skradli za dnia, i dzięki niemu przedostali się na częstokół, po czym zsunęli z drugiej strony i uciekli w góry. O tym wszystkim dowiedzieliśmy się rano, kiedy mieliśmy iść w pole i okazało się, że dwaj ludzie znikli, a w dachu nad sąsiekiem zieje dziura. Nazywali się Snakaldi Serdeczna Dłoń – ten, który ukradł konia, a młodym włóczęgą był Harulf Czytający Ze Śniegu.
Natychmiast zaczęto dąć w długie na kilka kroków wydrążone trąby, grając specjalny sygnał, który oznaczał ucieczkę. Ludzie Smildrun i ona sama nie wyglądali na stropionych, a raczej uradowanych, przekrzykiwali się i gwizdali, dosiadając koni, zabierając łuki i zwinięte w pętle długie rzemienie. Wściekli się, dopiero gdy odkryli, że psy są chore.
Także wieśniacy wyruszyli w góry z własnymi psami, bronią i wielkim hałasem i nikt wówczas nie pracował na polu.
Ci, którzy pozostali w grodzie, by nas pilnować, wyglądali na rozjuszonych i nie szczędzili nam razów. Udułaj, który był kimś w rodzaju starosty dla niewolnych, wydawał się przerażony. Trzęsły mu się ręce, a oczy zwilgotniały i ten widok był dla nas prawdziwą pociechą.
Ścigający wrócili trzeciego dnia około południa, prowadząc uciekinierów na rzemieniach za końmi. Obaj mieli ubrania w strzępach, pętle zaciskały im się na szyjach i musieli cały czas biec, napinając rzemień związanymi dłońmi. Gdyby którykolwiek z nich upadł i zaczął być wleczony, zadusiłby się, ale ludziom Smildrun nie chodziło o to, więc zatrzymywali się i biciem zmuszali ich do powstania na nogi. Obaj byli poobijani i pokrwawieni, a Snakaldiemu wybito oko.
Sprowadzono nas na dziedziniec i kazano patrzeć, jak przywiązują Harulfa do tej samej kratownicy, na której wieszano do oprawiania upolowaną dziczyznę. Potem wystąpiła Smildrun, boso, ze związanymi włosami i ubrana tylko w cienką koszulę. Smoczyca przyniosła sobie pleciony z rzemieni bicz na krótkim trzonku. Kiedy wywinęła nim nad głową, dał się słychać zawodzący odgłos, a potem pejcz z trzaskiem smagnął skórę na plecach młodego Harulfa, od razu przecinając ją i ukazując szkarłatną ranę. Smildrun tańczyła po brukowanym dziedzińcu, wywijając pletnią, ale nie słychać już było świstu rzemienia ani trzasku uderzeń, tylko przeraźliwe wycie dręczonego chłopaka.
Patrzyliśmy na to w milczeniu, dygocąc, jakbyśmy wyszli z lodowatej wody, niewolnik stojący obok mnie trząsł się i płakał bezgłośnie, zaś Benkej patrzył na kaźń przymrużonymi oczami i żuł słomkę, którą przesuwał w ustach z jednej strony na drugą, i widać było, że jest blady z wściekłości.
Lśniąca Rosą lśniła od potu i krwi, wywijając pletnią, koszula przylepiła się do jej zwalistego ciała z podrygującymi wałami tłuszczu, wielkie, baloniaste piersi wezbrały, jakby chciały rozerwać sznurowanie cienkiego płótna, oblizywała wargi, krople posoki obryzgały jej twarz i zrozumiałem, że ją to podnieca, że jest nagrzana jak klacz w rui. Biła tak długo, aż chłopak przestał krzyczeć i zwisł na drewnianej ramie, więc odwiązano go i ciśnięto na podwórze jak łachman, a potem przy. wleczono Snakaldiego. I znów pejcz zawył w powietrzu, i znów bryznęła krew. Trwało to bez końca, a my staliśmy i patrzyliśmy, słuchając krzyku katowanego człowieka, którego nazywano Serdeczna Dłoń, ale i krzyków Smildrun, która przy każdym uderzeniu wydawała z siebie ochrypły jęk.
Wreszcie Snakaldi także zawisł na rzemieniach, a Lśniąca Rosą opadła z sił. Miałem nadzieję, że na tym koniec, lecz najgorsze dopiero miało nadejść.
Najpierw ocucono ich obydwu, jednak Snakaldiego nie odwiązano, ale wtarto mu w rany na plecach garść soli. Nie miał już siły krzyczeć, wił się tylko i wydawał z siebie cichy, przerażający skowyt, jak konający pies. Tego także nie było dość Lśniącej Rosą, więc dwóch ludzi złapało włócznie, których używano do polowania na niedźwiedzie. Włócznie te miały wąskie, liściowate groty, poniżej zaś drzewca okute żelazem na długość łokcia, zaopatrzone w dwa sterczące na boki kolce. Wbijano je niedźwiedziowi w pierś, a kolce miały oprzeć się o jego ciało, by nie nadział się zbyt głęboko i nie zdołał dosięgnąć myśliwego.
Obaj mężczyźni podeszli do nieszczęsnego Snakaldiego z boków i powoli wbili mu rohatyny pod pachy, tak by wyszły karkiem z obu stron głowy. Potem odwiązali go od ramy i zanieśli przed otwartą bramę, trzymając za drzewce. Obwiązali rzemieniem i wciągnęli na podest wieży obserwacyjnej. W końcu drzewce oparto o podest, a na ostrza założono łańcuchy zakończone żelaznymi kółkami, które były umocowane do belki tuz pod dachem wieży. Skrzyżowane włócznie pochyliły siC lekko do przodu i utrzymały nabite, drgające ciało nad bramą, tuż nad czaszką bawołu.
– Chciał umrzeć, patrząc na góry i niebo! – wrzasnęła Smildrun i wydała z siebie upiorny, jazgotliwy śmiech. – Niech więc się tak stanie!
Potem przyszła kolej na młodego włóczęgę, który omal oszalał ze strachu, jego jednak nie przebito rohatynami, a zamiast tego Smildrun obcięła mu wszystkie palce u jednej stopy wielkimi cęgami do wyciągania gwoździ, które rozżarzyła w palenisku. Nie była jednak zadowolona, bo w połowie kaźni chłopak zemdlał i nie dało się go ocucić.