Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #3
- Год: 2009
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom 3». Краткое содержание книги:
WŁADZA… Wystarczyło zaledwie czworo obdarzonych jej pełnią Ziemian, by z planety Midgaard uczynić prawdziwe piekło.
VUKO DRAKKAINEN… Podąża śladami ich przerażającego szaleństwa. Z misją: Zlikwidować! Wsadzić do promu i odesłać na Ziemię, albo zabić. I pogrzebać na bagnach. Problem w tym, że oni stali się… Bogami.
FILAR, cesarski syn, w krótkim życiu zaznał już losu władcy i wygnańca, wodza i niewolnika. Podąża ku przeznaczeniu, szukając ratunku dla swego skazanego na zagładę świata. Podobnie jak Vuko, i jego próbowano już zabić na najprzeróżniejsze sposoby.
Wsiadasz? Lodowy drakkar topnieje…
Na dziedzińcu obok studni ustawiono zbitą z wielkich bali kratę, na której wisiało cielsko ogromnego potwora z wytrzeszczonymi krwawymi ślepiami i potężną szczęką. Był już obdarty ze skóry; rozpięto ją na drugiej ramie i czyszczono z resztek tłuszczu żelaznymi skrobaczkami, a dwóch półnagich, obryzganych krwią mężczyzn odcinało od tuszy kawały czerwonego mięsa, które układali w drewnianym szafliku. W powietrzu unosił się smród wątpi i roje wielkich much, lśniących jak wykute z miedzi.
Wtedy do głowy by mi nie przyszło, że to po prostu niedźwiedź. Sądziłem, że patrzę na jakąś nieznaną bestię. Jednak w krainie za górami wszystko jest większe i bardziej krwiożercze. Kiedy świeci tam słońce, praży nie gorzej niż u nas na Północy, kiedy leje deszcz, wygląda jak potop, jelenie pDtrafią mieć kłąb wyżej, niż sięga uniesiona dłoń rosłego męża, a niedźwiedzie, stając na tylnych łapach, umiejj ściągnąć z konia jeźdźca, chwytając go za głowę.
Tak przybyłem do dworu szalonej Smildrun, która nosiła osobiste imię Lśniąca Rosą, choć częściej widziałem, jak lśniła od krwi. Później dowiedziałem się, że domownicy za jej plecami nazywają ją Smoczycą.
Czas, który przyszło mi tam przeżyć, ciągnął się bez końca, jednak do opowiadania nie ma wiele. Znój niewolnika jest nędzny i monotonny. Składa się ze zmęczenia i bólu, strachu i nudy, a nade wszystko z ciągłej pracy. I o tym także nie na zbyt wiele do powiedzenia. Po co opowiadać o tym, jak wykopuje się z ziemi rozmaite bulwy, młóci dziwne;boże, szoruje drewniane podłogi, rąbie drwa albo nosi wadę? W gospodarstwie zawsze jest coś do zrobienia, więc gdy skończy się jedną rzecz, natychmiast trzeba zacząć kolejną i nie ma temu końca. Ten zaś, kto znajdzie się w takiej sytuacji, zwykle przestaje myśleć o czymkolwiel innym niż błogosławieństwa niewolnika – łyk zimnej vody albo podpiwka, trochę strawy więcej, chwila wytchnienia lub dodatkowy moment snu. Wkrótce stało się tak: że było to jedyne, na czym nam zależało – Benkejowi mnie.
Gdy tylko wjechaliśmy za bramę, kazano nam rozładować wozy i nosić kupione przez Smildrun towary do komory. Był to osobny budynek z kamiennymi piwnicami, do którego klucz miała tylko ona. Przez cały czas, kiedy nosiliśmy wory, skrzynie i pakunki, towarzyszył nam Udułaj, który patrzył nam na ręce i ani na chwilę nie odkładał tęgiego kija. Zapamiętałem, który to klucz, bo Smildrun nosiła ich przy pasie cały pęk, a wtedy usiłowałem zapamiętywać różne rzeczy, ponieważ uznałem, że mogą się przydać w razie ucieczki.
Potem kazano nam szykować wielką ucztę na powitanie pani, więc rąbaliśmy drewno, rozpalaliśmy wielkie palenisko, obieraliśmy bulwy, toczyliśmy beczki i obracaliśmy rożny, na których piekły się w całości tusze saren i dzików. Nie byłoby tu także niczego godnego uwagi, gdyby nie to, że przez cały dzień nie dano nam ani kęsa strawy, tymczasem musieliśmy przez długie godziny pilnować skwierczącego i rumianego mięsa, nosić półmiski pełne jadła i kosze chleba, jednak nie wolno nam było nawet ich dotknąć, a Udułaj obiecał nam ciężką chłostę, jeśli któryś choćby obliże palce.
– Zadbałem o wasze zdrowie i czystość waszych ciał – oznajmił. – Powiedziałem zacnej Smildrun, że nam, Amitrajom, Pramatka nie pozwala spożywać ciał dzieci ziemi ani pić sfermentowanych napojów, dlatego nie dostaniecie nawet kości, które pójdą dla psów. Po uczcie zaś zostaniecie napiętnowani żelazem i zostanie wam wypalony znak zacnej Smildrun, taki sam, jaki noszą jej woły i konie i jaki ma na żaglu jej łódź.
Kiedy to mówił, Benkej dokładał do paleniska. Odłożył bierwiono i wstał powoli z zaczerwienioną, spoconą twarzą. Szybko zaprzeczyłem ruchem głowy, więc nie powiedział niczego, ale poznałem po jego wzroku, że starzec właśnie wydał na siebie wyrok śmierci.
– Nie żyjesz już, koźle – powiedział Benkej w chwilę potem, kiedy Udułaj już sobie poszedł. – Chodzisz jeszcze, skrzeczysz i oddychasz, ale tyle to warte, co bieganie gęsi z odciętym łbem. Jesteś już martwy. Dopilnuję tego, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobię w życiu.
Rzeczywiście wypalono nam na barku znaki Smildrun. Czekaliśmy na kaźń przez całą ucztę i jedyne, na czym mi zależało, to nie drżeć ze strachu ani nie płakać. Było to o wiele gorsze niż za pierwszym razem. Najpierw zaprowadzono Benkeja do stołu, przy którym biesiadowała Lśniąca Rosą, i dwóch mężów zdarło z niego koszulę, a potem przytrzymało za ramiona. Naszej pani przyniesiono żelazny kosz z węglem, z którego sterczał trzonek piętna, a ona bawiła się nim dłuższy czas, wywijając rozżarzonym końcem przed twarzą tropiciela, zbliżając je w różnych miejscach do piersi i brzucha Benkeja, a potem oddalając, jakby igrała z dzieckiem, a wreszcie przystawiła mu je do ramienia, zamknąwszy oczy i oblizując czubkiem języka górną wargę, a z jego rany szedł dym.
Kiedy przyszła moja kolej, nic nie mogłem poradzić na to, że trzęsły mi się nogi, ani na to, że ogłuszył mnie własny wrzask, zanim po czasie, który trwał chyba tydzień, odjęła piętno. Trzymała je tak długo, że żelazo ostygło w ranie i czułem wyraźnie swąd przypieczonego mięsa. Kiedy mnie puścili, ulga trwała ledwie chwilę, potem ogarnął mnie ból tak okropny, że opadłem na kolana i zdawało mi się, iż oślepłem.
po tym wszystkim pokazano nam miejsce do spania, gył to długi, kryty strzechą budynek, z którego część okazała się oborą dla wołów i bawolic, a część przeznaczono na nocleg dla nas. Nie byliśmy jedyni. Mieszkało tam jeszcze dziesięciu innych niewolników, głównie mężczyzn, z czego trzech miejscowych, których pozwolono Smildrun zniewolić za jakieś przewiny. Mają tam bowiem taki zwyczaj, że jeśli ktoś wyrządzi komuś jakąś krzywdę, może zostać oddany skrzywdzonemu na okres, jaki ustali sąd, by odpracował swoją winę. Były tam jeszcze dwie kobiety, stara i młoda, które porwano na wybrzeżu Prowincji Kangabadzkiej, oraz pięciu mężczyzn, którzy byli wioślarzami na amitrajskiej galerze wojennej i pochodzili z różnych narodów. Mieli tego pecha, że galera, na której przykuto ich do wioseł, padła łupem okrętu zacnej Smildrun, a nie kogoś innego, bo jak dowiedziałem się później, inni żeglarze nie brali w niewolę wioślarzy z galer, ale puszczali ich wolno, zadowalając się załogą.
W chacie dla niewolnych cuchnęło i było ciasno. Spało się na siennikach umieszczonych w zbitych z żerdzi pryczach ciągnących się wzdłuż ścian, znajdowało się tam jeszcze palenisko i żelazny kocioł. Kiedy jednak przyszliśmy, był już pusty.
Nikt z nami nie rozmawiał i my nie mieliśmy ochoty z nikim rozmawiać.
Udułaj wskazał nam swoim kijem puste prycze i wyszedł, spał bowiem gdzie indziej. Nie mieliśmy siły nawet się rozebrać, po prostu upadliśmy na worki wypełnione zetlałą starą słomą i usiłowaliśmy zasnąć. W siennikach zyło mnóstwo maleńkich owadów, które cięły bezlitośnie, więc do rana byłem cały pokryty swędzącymi rankami i niewiele spałem. Na domiar złego dostałem gorączki od oparzenia.
A potem popłynęły smutne, szare dni, kiedy nie był0 nic poza niezliczonymi gospodarskimi pracami. Moje ramię spuchło i sączyła się z niego ropa. Narzędzia były dużo większe i cięższe niż te, których używaliśmy w pałacu.
Kiedy przybyliśmy do domu Lśniącej Rosą, nadchodziła jesień. W tamtej stronie świata jest to pora roku, która wygląda bardzo pięknie. Liście zmieniały kolory, robiły się czerwone albo złote i spadały z drzew. Codziennie o świcie kazano nam maszerować na pola, które wznosiły się tarasami na zboczach doliny, i wykopywać stamtąd dorodne podłużne bulwy lub zrywać owoce z drzew w sadach i wokół pól. Kiedy przybyliśmy, zboże było już zwiezione, a żniwa przypadają u nich tylko raz w roku. W kraju za górami mają mniej rodzajów owoców i niemal żadnego z nich nie widziałem przedtem. Jednak wszystko, co tylko nadawało się do jedzenia, zbieraliśmy, wykopywaliśmy lub zrywaliśmy i zwoziliśmy do spichlerzy Lśniącej Rosą.