Ludzie [Humans - pl]
- Автор: Сойер Роберт Джеймс
- Серия: Neandertalska Paralaksa #2
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-81-6
- Переводчик: Agnieszka Jacewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Ludzie [Humans - pl]». Краткое содержание книги:
W drugim tomie Ponter Boddit doprowadza do ponownego otwarcia portalu między światami. Wraca na Ziemię zamieszkałą przez Homo sapiens i znowu spotyka profesor Mary Vaughan. Podczas pierwszej oficjalnej wizyty delegacji ze świata Neandertalczyków dochodzi do incydentu, który stawia pod znakiem zapytania dalsze kontakty między gatunkami. Na szczęście, udaje się pokonać pierwsze trudności i rozpoczyna się wymiana kulturowa między obiema Ziemiami.
Uśmiech Jalska sięgał od ucha do ucha. Muzyka brzmiała coraz żywiej.
— Za Jalskiem stoi Rabba Habrorn. Należy ona do naszych najtęższych umysłów prawniczych i jest czołową interpreta — torką naszego Kodeksu Cywilizacji. Wielu z was zastanawiała kwestia tego, jak możemy kierować się moralnością i etyką bez potrzeby odwoływania się do istoty wyższej. Sędzina Habrorn z przyjemnością odpowie na wasze pytania w tej sferze. — Do orkiestry dołączyły dźwięki trzech lodowych rogów.
Habrorn ukłoniła się z godnością. Wbrew zasadom obowiązującym na sali obrad Zgromadzenia Ogólnego wielu delegatów wyciągnęło telefony komórkowe i rozmawiało teraz — przypuszczalnie z głowami państw, które reprezentowali.
— Obok niej — powiedziała Tukana — widzicie Dradea Kii — milka, głowę naszej Akademii Filozofii. Nie dajcie się zwieść jego brązowym włosom; uważany jest za jednego z najmądrzej szych i najbardziej wnikliwych myślicieli na naszym świecie.
Dzięki niemu oraz Sędzinie Habrorn poznacie nasze sposoby rozumowania.
— Tuż nie mogę się doczekać pierwszych rozmów — oznajmił Klimilk głębokim i silnym głosem. W symfonii powtórzono ten sam motyw, ale tym razem zabrzmiał on z większą siłą.
— Za Uczonym Klimilkiem stoi Krik Donalt, jeden z naszych najwspanialszych kompozytorów. To jego kompozycji, zatytułowanej Dwoje stający się Jednym, słuchacie w tej chwili.
Donalt się ukłonił.
— Jako ostatnia, ale nie mniej ważna, stoi Dapbur Kajak, którą część z was już poznała. To ona opracowała proces de — kontaminacji za pomocą lasera przestrajalnego, umożliwiający odkażanie osób podróżujących między naszymi dwoma światami. Uczona Kajak przedstawi wam wszystko, co sama wie na temat odkażania ludzi oraz teoretycznych podstaw technologii kwantowego lasera kaskadowego.
Muzyka przeszła w crescendo. Sześcienne bębny, lodowe rogi, geody perkusyjne i pozostałe instrumenty brzmiały w idealnej harmonii.
— Tych dziesięcioro naukowców i inżynierów, filozofów i artystów, sportowców i uczonych przybyło tu w dobrej woli, aby podzielić się z wami całą wiedzą, jaką każde z nich ma w swojej dziedzinie. — Tukana ogarnęła wzrokiem całe Zgromadzenie Ogólne. — Dołóżmy starań, aby nam się udało, przyjaciele. Zbudujmy między naszymi światami relacje, które każdej ze stron przyniosą korzyści, relacje oparte na pokoju. Przeszłość niech pozostanie przeszłością; teraz skupmy się na przyszłości. Sprawmy, aby była dla nas wszystkich jak najlepsza.
Jeden z delegatów, chyba z grupy reprezentującej Austrię — tak przynajmniej wydawało się Tukanie — pierwszy zaczął uderzać dłonią o dłoń, ale niemal natychmiast dołączyły do niego dziesiątki, a potem setki innych i wkrótce wszyscy podnieśli się z miejsc, entuzjastycznie hałasując dłońmi i ustami.
Niekompetentna? — pomyślała Tukana. — Jeśli jestem niekompetentna, to niech mnie pocałują w mój włochaty tyłek…
Rozdział Dwudziesty Drugi
— Mamy tylko jeden dzień tu, w Waszyngtonie, zanim zacznie się konferencja — powiedziała Mary — a chciałabym ci tak wiele pokazać. Postanowiłam zacząć właśnie od tego miejsca. Ono najwięcej mówi o kraju, w którym jesteśmy, oraz o tym, co to znaczy być człowiekiem… mojego gatunku.
Ponter patrzył na dziwny pejzaż przed sobą, nic nie rozumiejąc. Porośniętą trawą ziemię przecinała blizna — głęboka szrama, która biegła prosto przez osiemdziesiąt kroków i pod kątem rozwartym schodziła się z drugą, podobną.
Szramy były czarne i odbijały światło — jak… jak brzmiało to słowo? Oksyymoron? Tak, sprzeczność znaczeń. „Czarny” oznaczał pochłaniający światło; natomiast tutaj było ono odbijane.
Tak właśnie to wyglądało. W czarnym lustrze odbijały się twarze Pontera i Mary: dwie formy ludzkości — nie tylko kobieta i mężczyzna, ale dwa odrębne gatunki, dwie wariacje na temat „człowiek”. Jej własne odbicie, przedstawicielki gatunku, który ona nazywała Homo sapiens, a on Gliksinami: dziwne pionowe czoło, maleńki nos i — w języku Pontera nie było na to określenia — broda.
I jego odbicie — mężczyzny z gatunku nazywanego przez nią Homo neanderthalensis, a przez niego Barast — słowem, które w jego języku znaczyło „człowiek”: szerokie oblicze z podwójnie wygiętym wałem nadoczodołowym i ze słusznych rozmiarów nosem zajmującym trzecią część twarzy.
— Co to takiego? — spytał Ponter, wpatrując się w ich odbicia w lśniącej czerni.
— To pomnik. — Mary odwróciła się od czarnej ściany i wskazała znajdujące się dalej obiekty. — To wszystko są pomniki. Te dwie ściany wychodzą na dwa najważniejsze. Tamten obelisk jest pomnikiem Waszyngtona, pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. A tam stoi pomnik Lincolna, upamiętniający prezydenta, który wyzwolił niewolników.
Tłumacz Pontera emitował krótki pisk.
Mary westchnęła. Wciąż jeszcze zostało do wyjaśnienia sporo zawiłych kwestii, sporo — jak ona to nazywała — brudów do wyprania.
— Później zobaczymy oba te pomniki — obiecała. — Ale chciałam zacząć właśnie tutaj. To jest pomnik weteranów Wietnamu.
— Wietnam to chyba jedna z waszych nacji?
Mary przytaknęła.
— Z południowowschodniej Azji… południowowschodniego Galasoy. Na północ od równika. Państwo w kształcie litery „S”… — nakreśliła znak palcem w powietrzu, żeby Ponter zrozumiał, co ma na myśli — …nad brzegiem Pacyfiku.
— My to miejsce nazywamy Holtanatan. Ale na mojej wersji Ziemi jest tam bardzo gorąco, bardzo wilgotno, deszczowo, pełno bagien i insektów. Nikt w tych rejonach nie mieszka.
Mary uniosła brwi ze zdziwienia.
— U nas żyje tam ponad osiemdziesiąt milionów mieszkańców.
Ponter pokręcił głową. Ludzie z tej wersji Ziemi byli tacy… tacy niepohamowani.
— Tam właśnie toczyła się wojna — wyjaśniła Mary.
— O co? O trzęsawiska?
Mary zamknęła oczy.
— O ideologię. Pamiętasz, jak opowiadałam ci o zimnej wojnie? To była jej część, tylko że tam było gorąco.
— Gorąco? Chyba nie chodzi ci o temperaturę?
— Nie. Mam na myśli to, że była to wojna na serio. Wojna, podczas której ginęli ludzie.
— Ilu? — Ponter zmarszczył brew.
— Ogółem, po obu stronach? Nikt tego nie wie dokładnie. Ponad milion mieszkańców południowego Wietnamu. Gdzieś od pół miliona do miliona Wietnamczyków z północy. No i jeszcze… — Wskazała ścianę.
— Tak? — spytał Ponter, wpatrując się ze zdziwieniem w odbijającą światło czerń.
— Pięćdziesiąt osiem tysięcy dwustu dziewięciu Amerykanów. Te ściany ich upamiętniają.
— Upamiętniają jak?
— Widzisz te napisy wyryte w czarnym granicie?
Ponter przytaknął.
— To są imiona i nazwiska poległych oraz zaginionych w akcji, czyli tych, którzy nigdy nie wrócili do domów. — Mary przerwała na moment. — Wojna skończyła się w 1975 roku — dodała.
— Ale teraz mamy rok, który wy określacie jako… — Ponter podał jego nazwę.
Mary kiwnęła głową. Ponter spuścił wzrok.
— Nie sądzę, aby zaginieni mieli jeszcze wrócić. — Zbliżył się do ściany. — Według jakiego porządku wyryto te nazwiska?