Głos Skrzypiec
- Автор: Камиллери Андреа
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Głos Skrzypiec». Краткое содержание книги:
Podczas prywatnej podróży służbowy samochód Montalbana potrąca zielone twingo. Zaintrygowany brakiem reakcji ze strony właściciela, komisarz zakrada się do willi, przed którą doszło do incydentu. Podczas tej nieformalnej wyprawy odkrywa zwłoki pięknej, młodej blondynki. I oto, podobnie jak w poprzednich powieściach, wskutek niekonwencjonalnego postępowania policjanta, z jednej sprawy robią się dwie – trzeba odkryć zabójcę, lecz również sprawić, żeby zwłoki zostały odkryte w następstwie formalnej procedury. Kiedy Montalbano realizuje swoją mistyfikację, staje się przypadkowym świadkiem prywatnego koncertu światowej sławy skrzypka, który stara się uciec od świata… Odległe wydarzeniaq łączy nić, której ślad Montalbano raz po raz mocno chwyta w ręce, żeby doprowadzić dochodzenie do końca. Głos skrzypiec to powieść nieco bardziej ściszona od poprzednich kryminałów Andrei Camilleriego. Jej fabuła toczy się z dala od mafii i polityki, w gęstym klimacie sycylijskiego miasteczka, który rozjaśniają barwne, zapadające w pamięć postaci.
Wszystkiego się spodziewał, tylko nie takiej reakcji. Z początku myślał, że antykwariusz, który właśnie stał plecami do niego i patrzył w okno, płacze. Potem jednak odwrócił się i Montalbano zobaczył, że z trudem powstrzymuje śmiech. Wystarczyło jednak, że przez chwilę jego oczy spotkały wzrok komisarza, by śmiech wybuchł z całą gwałtownością. Serravalle śmiał się i płakał. Wreszcie, wielkim wysiłkiem, udało mu się nad sobą zapanować.
– Może lepiej, żebym z panem poszedł – powiedział.
– Serdecznie to panu doradzani – odparł Montalbano. – Ci, którzy czekają na pana w Bolonii, mają całkiem inne zamiary.
– Coś jeszcze włożę do aktówki i możemy iść.
Montalbano zobaczył, że pochyla się nad aktówką, która leżała na skrzyni. Coś w jego geście zaniepokoiło komisarza i poderwało na równe nogi.
– Nie! – krzyknął Montalbano. I doskoczył do antykwariusza.
Za późno. Guido Serravalle zdążył włożyć sobie lufę pistoletu do ust i nacisnął spust. Z trudem powstrzymując torsje, komisarz otarł rękami twarz, z której ściekała kleista, ciepła materia.
18
Guido Serravalle odstrzelił sobie pół głowy. W małym pokoju hotelowym strzał był tak silny, że Montalbano wciąż słyszał świst w uszach. Czy to możliwe, że nikt jeszcze nie przyszedł, nie zapukał do drzwi i nie spytał, co się stało? „Albergo della Valle” został zbudowany pod koniec XIX wieku, miał grube, solidne ściany, ponadto o tej porze wszyscy goście pewnie spacerowali i robili zdjęcia świątyni.
Komisarz poszedł do łazienki, wytarł, jak mógł najdokładniej, dłonie lepkie od krwi, podniósł słuchawkę.
– Mówi komisarz Montalbano. Na waszym parkingu jest samochód policyjny, wezwijcie kierowcę. I przyślijcie tu natychmiast dyrektora.
Pierwszy zjawił się Gallo. Kiedy zobaczył przełożonego z krwią na twarzy i na ubraniu, przestraszył się.
– Komisarzu, jest pan ranny?
– Spokojnie, to nie moja krew, tylko tamtego.
– A kto to?
– Morderca Micheli Licalzi. Tylko na razie nikomu nic nie mów. Leć do Vigaty i powiedz Augellowi, żeby zadepeszował do Bolonii: muszą mieć na oku takiego drobnego bandytę, na pewno mają go w kartotekach, nazywa się Eolo Portinari. To jego wspólnik – zakończył, wskazując samobójcę. – Aha, i potem szybko tu wracaj.
W drzwiach Gallo odsunął się na bok, żeby przepuścić dyrektora, chłopisko o dwóch metrach wysokości i proporcjonalnej szerokości. Na widok ciała z rozłupaną głową i upapranego pokoju wybąkał pytające „e?”, jak gdyby nie dosłyszał jakiegoś pytania, po czym upadł w zwolnionym tempie na kolana, aż wreszcie, bez przytomności, runął twarzą na podłogę. Reakcja dyrektora była tak natychmiastowa, że Gallo nie zdążył wyjść. We dwóch zaciągnęli go do łazienki, oparli o ścianę wanny, Gallo wziął prysznic, odkręcił wodę i polał mu głowę. Dyrektor prawie od razu się ocknął.
– Co za szczęście! Co za szczęście! – mamrotał, wycierając twarz.
Montalbano patrzył na niego pytająco, więc dyrektor wyjaśnił, potwierdzając jego przypuszczenia.
– Grupa japońska zdążyła już wyjść z hotelu.
Zanim przybyli sędzia Tommaseo, doktor Pasquano, nowy szef oddziałów specjalnych i sądówka, Montalbano musiał się przebrać, ulegając prośbom dyrektora, który zechciał mu pożyczyć swoje ubrania. W ubrania chłopiska wszedłby dwa razy – z dłońmi zagubionymi w rękawach, w spodniach, które zginały mu się na butach w harmonijkę, wyglądał jak karzeł Bagonghi. I to go wprawiało w znacznie gorszy humor niż opowiadanie wszystkim wciąż na nowo szczegółów zdemaskowania mordercy i jego samobójstwa. Po niezliczonych pytaniach i odpowiedziach, uwagach i spostrzeżeniach, rozmaitych „jeśli”, „być może”, „lecz” oraz „jednak”, mógł wrócić do komisariatu w Vigacie dopiero około wpół do dziewiątej wieczorem.
– Zmalałeś? – spytał Mimi na jego widok.
W ostatniej chwili zdołał uniknąć ciosu Montalbana, który, gdyby trafił, rozwaliłby mu nos.
Nie musiał wołać „wszyscy!”, bo wszyscy zjawili się spontanicznie. I komisarz dał im taką satysfakcję, na jaką zasługiwali: opowiedział dokładnie całą historię – od pierwszych podejrzeń, jakich nabrał wobec Guida Serravalle, do tragicznego zakończenia. Najbardziej przytomnie odezwał się Mimi Augello.
– To dobrze, że strzelił sobie w łeb. Trudno byłoby zatrzymać go w więzieniu bez konkretnych dowodów. Dobry adwokat natychmiast by doprowadził do jego uwolnienia.
– Przecież on też popełnił samobójstwo! – wykrzyknął Fazio.
– O co ci właściwie chodzi? – spytał Mimi.
– Z biednym Mauriziem Di Blasi było tak samo! Skąd wiecie, że wychodząc z groty z butem w ręku, nie miał nadziei, że tamci strzelą do niego, pewni, że trzyma broń?
– Przepraszam, komisarzu, ale dlaczego wołał, żeby go ukarać? – spytał Germana.
– Ponieważ widział morderstwo, któremu nie umiał zapobiec – zakończył Montalbano.
Kiedy wychodzili z gabinetu, przypomniał sobie o czymś, czego jeśli nie zrobiłby od razu, to nazajutrz mógłby zapomnieć o tym na śmierć.
– Chodź tu, Gallo. Słuchaj, musisz pojechać do naszego warsztatu. Weź wszystkie papiery, które są w twingo, i przywieź mi je. Porozmawiaj z właścicielem i powiedz, żeby zrobił preliminarz za naprawę. Po naprawie, jeśli chce się zająć sprzedażą samochodu, to niech się zajmie.
– Komisarzu, czy przyjmie mnie pan na jedną minutkę?
– Wejdź, Catarella.
Catarella był czerwony na twarzy, zmieszany i zadowolony.
– Co jest? Mów.
– Dostałem ocenę za pierwszy tydzień, komisarzu. Kurs informatyki trwa od poniedziałku do piątku rano. Chciałem panu pokazać.
Była to kartka złożona na pół. Zebrał same celujące, a w rubryce „uwagi” było napisane: „Najlepszy kursant w grupie”.
– Znakomicie, Catarella! Jesteś flagowym policjantem naszego komisariatu!
Niewiele brakowało, a Catarella by się rozpłakał.
– Ilu jest was na kursie?
Catarella zaczął liczyć na palcach:
– Amato, Amoroso, Basile, Bennato, Bonura, Catarella, Cimino, Farinella, Filippone, Lo Dato, Scimeca i Zicari. Dwunastu, komisarzu. Gdybym miał pod ręką komputer, policzyłbym szybciej.
Komisarz złapał się za głowę.
Czy przed ludzkością jest jeszcze jakaś przyszłość?
Z warsztatu wrócił Gallo.
– Rozmawiałem z właścicielem. Chce się zająć sprzedażą. W schowku była książka wozu i karta drogowa.
Położył wszystko na biurku komisarza, ale nie odszedł. Był jeszcze bardziej zmieszany niż Catarella.
– Co się dzieje?
Gallo nie odpowiedział, podał mu papierowy prostokąt.
– Znalazłem to pod przednim siedzeniem, po prawej stronie.
Była to karta pokładowa samolotu relacji Rzym-Palermo, tego, który lądował na Punta Raisi o dziesiątej wieczorem. Na odcinku widniała data: środa ubiegłego tygodnia. Pasażer nazywał się G. Spina. Dlaczego – zapytał się w duchu komisarz – ci, którzy wymyślają sobie pseudonimy, prawie zawsze zachowują swoje prawdziwe inicjały? Guidowi karta wypadła w samochodzie Micheli. Po zabójstwie nie miał już czasu jej szukać albo myślał, że wciąż ma ją w kieszeni. Oto dlaczego, rozmawiając z nim, zanegował jej istnienie i zasugerował, że nazwisko pasażera było fałszywe. Ale mając tę kartę, dałoby się jednak, choć z pewnym trudem, odkryć tożsamość pasażera.
Dopiero teraz zorientował się, że Gallo wciąż stoi przed jego biurkiem, z poważną miną. Słabym głosem powiedział: