Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Odnajdziesz się sam - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odnajdziesz się sam

Электронная книга - «Odnajdziesz się sam». Краткое содержание книги:

Powieść ukraińskiego pisarza sf, wydana w oryginale w 1967 roku. Akcja rozgrywa się w środowisku cybernetyków, którzy wytwarzają ludzkie sobowtóry metodą powielania informacji w basenie z pierwotną materią organiczną. Mają z początku kłopoty, produkują martwe, identyczne ciała i pozbywają się ich, a milicja rozpoczyna śledztwo w sprawie morderstw w okolicy — no bo skoro są zwłoki?
Całość znakomicie napisana, sylwetki bohaterów wyraziste, nauka bez zarzutu. Czyta się wręcz jednym tchem i z przyjemnością.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 85
Перейти на страницу:

Możliwości mamy. A cel? Celu nie możemy na razie sformułować…

— Cel jest prosty: żeby wszystko było dobrze.

— Znowu? — Dubel spojrzał na mnie. — I znowu zaczyna się to dziecięce gaworzenie na temat: „Co to jest zło, a co dobro?”

— Oj, tylko bez dziecięcego gaworzenia! — jęknąłem. — Będziemy operować tymi dowolnymi pojęciami, mimo że są nieścisłe: dobro, zło, pragnienia, potrzeby, zdrowie, uzdolnienia, głupota, wolność, miłość, smutek, zasady — nie dlatego, że się nam podobają, ale dlatego, że po prostu innych nie ma. Nie ma i już!

— Trudno temu zaprzeczyć. Rzeczywiście, innych nie ma — westchnął dubel. — Och, czuję, co to będzie za robota!

— I omówmy to do końca. Istotnie, trzeba, żeby wszystko było dobrze. Trzeba, żeby wszystkie zastosowania, które da nasze odkrycie ludziom, światu… żebyśmy mieli co do nich pewność, że nie przyniosą ludzkości szkody, lecz tylko korzyści. A o tym, w jakich jednostkach mierzyć korzyść, porozmawiamy kiedy indziej. Ja nie wiem.

— W kriwoszyjach — nie wytrzymał dubel.

— Niech ci będzie! Ale wiem co innego: rola intelektualnego złoczyńcy na skalę światową nie odpowiada mi.

— Mnie też. Mam jednak małe pytanie: czy masz jakiś pomysł?

— Jaki pomysł?

— Pomysł takiego zastosowania maszyny-matki, aby dawała społeczeństwu ludzkiemu tylko dobro. Rozumiesz, że byłby to bezprecedensowy przypadek w historii nauki. Nic, co wynaleziono dotychczas i co nadal się wynajduje, nie ma takiej cudownej właściwości.

Lekarstwem można otruć. Prądem elektrycznym można nie tylko oświetlać domy, ale i torturować. Albo wystrzelić rakietę z głowicą bojową. I tak jest ze wszystkim…

— Na razie nie mam konkretnego pomysłu. Za mało jeszcze wiemy. Będziemy badać maszynę-matkę i szukać takiego sposobu.

Powinien istnieć. To, że nie ma precedensu w nauce, nie jest tak istotne — nasze odkrycie też nie ma precedensu. Przecież będziemy syntetyzować właśnie ten układ, który czyni i dobro, i zło, i cuda, i głupstwa — człowieka!

— Cóż, masz rację — pomyślawszy chwilę zgodził się dubel. — Znajdziemy ten wspaniały sposób albo i nie, ale bez takiego celu nie warto brać się do pracy. Na razie produkuje się ludzi i bez naszej pomocy…

— Więc może zakończymy posiedzenie jak należy i ustalimy zadanie naszej pracy — zaproponowałem. — Podobnie jak pisze się w umowie-zleceniu: my, niżej podpisani — Ludzkość, zwana dalej Zleceniodawcą, z jednej strony i kierownictwo Pracowni Nowych Systemów Instytutu Systemologii w osobach W. Kriwoszeina i W. Kriwoszeina, zwanych dalej Wykonawcą, z drugiej — zawarliśmy niniejszą umowę…

— Co tu będziesz kręcił z umową i tematem zlecenia. Przecież interesy zleceniodawcy tej pracy reprezentujemy my sami. Zróbmy to prościej!

Wstał, zdjął z szafy magnetofon „Astra-2”, postawił go na stole i włączył mikrofon. I obaj — ja, Walentin Kriwoszein, lat trzydzieści cztery, i mój sztuczny sobowtór, który pojawił się na świecie przed tygodniem — dwaj pozbawieni nadmiernych sentymentów, krytycznie myślący ludzie — wypowiedzieliśmy tekst przysięgi.

Dla kogoś patrzącego z boku byłoby to z pewnością pompatyczne i śmieszne. Nie brzmiały fanfary, nie łopotały sztandary, nie zamierały w pozycji na baczność szeregi. Bladło niebo przedświtu, staliśmy przed mikrofonem w samych spodenkach i przeciąg z balkonu ziębił nam nogi… Ale przysięgę złożyliśmy uroczyście. I tak będzie.

Inaczej być nie może.”

Rozdział szósty

Jeżeli po powrocie nocą do domu zamiast wody wypiłeś przez pomyłkę wywoływacz, wypij i utrwalacz, inaczej bowiem dzieło nie będzie doprowadzone do końca.

K. Prutkow — inżynier, myśl nr 21

„Następnego dnia zaczęliśmy w pracowni budować kamerę informacyjną. Wydzieliliśmy miejsce w pokoju o rozmiarach dwa na dwa metry, otoczyliśmy je płytami z getinaksu i zaczęliśmy tam znosić wszystkie mikrofony, analizatory, sondy, obiektywy — wszystkie czujniki, które poprzednio chaotycznie sterczały z różnych bloków maszyny-matki. Założenie było następujące: żywy obiekt, umieszczony w kamerze, myszkuje, pasie się, walczy z sobie podobnymi albo po prostu porusza się otoczony siecią czujników, które przekazują maszynie informację niezbędną do syntezy.

Żywe obiekty, czyli króliki, po dzień dzisiejszy spokojnie chrupią wczesną inspektową kapustę w klatkach na korytarzu. Między mną a dublem nieustannie wynikały spory — kto ma się nimi zajmować?

Dostałem je od bioników za oscylograf pętlicowy i lampę generacyjną GI-250. Jeden z królików (albinos Waśka) ma na głowie coś w rodzaju korony z brązu, utworzonej przez wszczepione w głąb czaszki elektrody do zapisu elektroencefalogramu.

Siódmego maja zdarzył się drobny, ale przykry incydent. Zwykle dość dokładnie koordynowaliśmy wszystkie sprawy, tak żeby nie pokazać się razem w obecności innych i nie powtarzać się. Ale ta przeklęta pracownia aparatury naukowej każdego by wyprowadziła z równowagi!

Jeszcze zimą złożyłem tam zamówienie na uniwersalny układ czujników biologicznych. Przygotowałem rysunki techniczne, schemat montażowy, pobrałem z magazynu wszystkie potrzebne materiały i detale; pozostał tylko montaż. A oni do tej pory nic nie zrobili!

Układ jest niezbędny do uruchomienia kamery, a nie zanosi się na to, abyśmy go dostali w najbliższym czasie… Rzecz w tym, że kierownicy tej pracowni zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jeden przekazuje sprawy, drugi przyjmuje, oczywiście w takich warunkach trudno pracować. Później nowy kierownik zapoznaje się z sytuacją, przeprowadza reformy i zmiany organizacyjne (nowa miotła dobrze miecie) — i nadal nikt nie pracuje. Tymczasem rozwścieczeni pracownicy innych oddziałów awanturują się, wreszcie idą ze skargą do Azarowa — i nowy kierownik przekazuje sprawy następnemu, który…

i wszystko zaczyna się od początku. Oddziaływałem również bezpośrednio na majstrów, starałem się przekupić ich spirytusem, kombinowałem dla nich deficytowe tranzystory P657 do kieszonkowych odbiorników. Wszystko na próżno.

Wreszcie rezerwy kandydatów na stanowisko kierownika tej pechowej pracowni wyczerpały się i zabrał się do niej Chiłobok. Nie na piękne oczy, a na pół etatu, rzecz jasna.

To jest właśnie cały Chiłobok — będzie kierował czymkolwiek, organizował cokolwiek, kręcił się, koordynował — byle tylko nie stanąć oko w oko z przyrodą, z tymi przerażającymi przyrządami, którym nie można nic nakazać ani zakazać, a które wskazują to, co jest i na „czym trzeba się znać.

Tego dnia ponownie zadzwoniłem do majstra Gawriuszczenki.

Znów usłyszałem mętne ględzenie o braku przewodu montażowego, o łączówkach. Wściekłem się ostatecznie i popędziłem zrobić awanturę Chiłobokowi.

W zapale nie zauważyłem, że docent jest jakby oszołomiony, i wygarnąłem mu wszystko. Zagroziłem, że zamówienie przekażę uczniom i w ten sposób ostatecznie skompromituję pracownię…

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 85
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)