Odnajdziesz się sam
- Автор: Савченко Владимир Иванович
- Год: 1975
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Переводчик: Grzegorz Abgarowicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Odnajdziesz się sam». Краткое содержание книги:
Całość znakomicie napisana, sylwetki bohaterów wyraziste, nauka bez zarzutu. Czyta się wręcz jednym tchem i z przyjemnością.
Możliwości mamy. A cel? Celu nie możemy na razie sformułować…
— Cel jest prosty: żeby wszystko było dobrze.
— Znowu? — Dubel spojrzał na mnie. — I znowu zaczyna się to dziecięce gaworzenie na temat: „Co to jest zło, a co dobro?”
— Oj, tylko bez dziecięcego gaworzenia! — jęknąłem. — Będziemy operować tymi dowolnymi pojęciami, mimo że są nieścisłe: dobro, zło, pragnienia, potrzeby, zdrowie, uzdolnienia, głupota, wolność, miłość, smutek, zasady — nie dlatego, że się nam podobają, ale dlatego, że po prostu innych nie ma. Nie ma i już!
— Trudno temu zaprzeczyć. Rzeczywiście, innych nie ma — westchnął dubel. — Och, czuję, co to będzie za robota!
— I omówmy to do końca. Istotnie, trzeba, żeby wszystko było dobrze. Trzeba, żeby wszystkie zastosowania, które da nasze odkrycie ludziom, światu… żebyśmy mieli co do nich pewność, że nie przyniosą ludzkości szkody, lecz tylko korzyści. A o tym, w jakich jednostkach mierzyć korzyść, porozmawiamy kiedy indziej. Ja nie wiem.
— W kriwoszyjach — nie wytrzymał dubel.
— Niech ci będzie! Ale wiem co innego: rola intelektualnego złoczyńcy na skalę światową nie odpowiada mi.
— Mnie też. Mam jednak małe pytanie: czy masz jakiś pomysł?
— Jaki pomysł?
— Pomysł takiego zastosowania maszyny-matki, aby dawała społeczeństwu ludzkiemu tylko dobro. Rozumiesz, że byłby to bezprecedensowy przypadek w historii nauki. Nic, co wynaleziono dotychczas i co nadal się wynajduje, nie ma takiej cudownej właściwości.
Lekarstwem można otruć. Prądem elektrycznym można nie tylko oświetlać domy, ale i torturować. Albo wystrzelić rakietę z głowicą bojową. I tak jest ze wszystkim…
— Na razie nie mam konkretnego pomysłu. Za mało jeszcze wiemy. Będziemy badać maszynę-matkę i szukać takiego sposobu.
Powinien istnieć. To, że nie ma precedensu w nauce, nie jest tak istotne — nasze odkrycie też nie ma precedensu. Przecież będziemy syntetyzować właśnie ten układ, który czyni i dobro, i zło, i cuda, i głupstwa — człowieka!
— Cóż, masz rację — pomyślawszy chwilę zgodził się dubel. — Znajdziemy ten wspaniały sposób albo i nie, ale bez takiego celu nie warto brać się do pracy. Na razie produkuje się ludzi i bez naszej pomocy…
— Więc może zakończymy posiedzenie jak należy i ustalimy zadanie naszej pracy — zaproponowałem. — Podobnie jak pisze się w umowie-zleceniu: my, niżej podpisani — Ludzkość, zwana dalej Zleceniodawcą, z jednej strony i kierownictwo Pracowni Nowych Systemów Instytutu Systemologii w osobach W. Kriwoszeina i W. Kriwoszeina, zwanych dalej Wykonawcą, z drugiej — zawarliśmy niniejszą umowę…
— Co tu będziesz kręcił z umową i tematem zlecenia. Przecież interesy zleceniodawcy tej pracy reprezentujemy my sami. Zróbmy to prościej!
Wstał, zdjął z szafy magnetofon „Astra-2”, postawił go na stole i włączył mikrofon. I obaj — ja, Walentin Kriwoszein, lat trzydzieści cztery, i mój sztuczny sobowtór, który pojawił się na świecie przed tygodniem — dwaj pozbawieni nadmiernych sentymentów, krytycznie myślący ludzie — wypowiedzieliśmy tekst przysięgi.
Dla kogoś patrzącego z boku byłoby to z pewnością pompatyczne i śmieszne. Nie brzmiały fanfary, nie łopotały sztandary, nie zamierały w pozycji na baczność szeregi. Bladło niebo przedświtu, staliśmy przed mikrofonem w samych spodenkach i przeciąg z balkonu ziębił nam nogi… Ale przysięgę złożyliśmy uroczyście. I tak będzie.
Inaczej być nie może.”
Rozdział szósty
Jeżeli po powrocie nocą do domu zamiast wody wypiłeś przez pomyłkę wywoływacz, wypij i utrwalacz, inaczej bowiem dzieło nie będzie doprowadzone do końca.