Odnajdziesz się sam
- Автор: Савченко Владимир Иванович
- Год: 1975
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Переводчик: Grzegorz Abgarowicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Odnajdziesz się sam». Краткое содержание книги:
Całość znakomicie napisana, sylwetki bohaterów wyraziste, nauka bez zarzutu. Czyta się wręcz jednym tchem i z przyjemnością.
A później… Później ze zbiornika, kolb i węży, szybko, jak pędy bambusa, zaczęły wyrastać macki i ssawki. Było coś naiwnego i dziecięco wzruszającego w ich ruchach. Splatały się, dotykały ścianek kolb, przyrządów i ścian pracowni. Jedna z macek wyciągnęła się w kierunku nie izolowanych zacisków zasilania, dotknęła ich i obwisła zwęglona.
— No, zaczyna się na serio — rzekł dubel.
Tak, to było już serio. Maszyna przechodziła od biernego do czynnego sposobu gromadzenia informacji i w tym celu tworzyła swoje własne czujniki i własne mechanizmy wykonawcze… W ogóle, niezależnie od tego, jak by nazwać jej rozwój — dążeniem do równowagi informacyjnej, samokonstruowaniem czy biologiczną syntezą informacji — nie można było nie zachwycać się niezwykłą uporczywością i potęgą tego procesu. Jeśli nie tak, to inaczej — byle się nie zatrzymywać!
Ale po wszystkim, co już widzieliśmy, byliśmy dalecy od zachwytu i akademickiej ciekawości. Domyślaliśmy się, czym się to może skończyć.
— Dość! — wziąłem ze stołu „czapkę Monomacha”. — Nie wiem, czy uda się nam zmusić ją, żeby robiła to, co chcemy…
— W tym celu nieźle byłoby wiedzieć, czego chcemy — wtrącił dubel.
— …ale najpierw powinniśmy ją zmusić, żeby nie robiła tego, czego nie chcemy.
„Zlikwidować oczy! Zlikwidować macki! Przerwać realizację informacji! Zlikwidować oczy! Zlikwidować macki! Przerwać…” — powtarzaliśmy z maksymalnym napięciem myślowym poprzez „czapkę Monomacha” i nawoływaliśmy do mikrofonów.
A maszyna jak poprzednio wodziła żywymi mackami i wytrzeszczała na nas setki najrozmaitszych oczu. Przypominało to pojedynek.
— No, doczekaliśmy się! — powiedział dubel.
— Tak?! — Uderzyłem pięścią w ściankę zbiornika. Wszystkie macki drgnęły i wyciągnęły się w moim kierunku. Odsunąłem się. — Walka, zakręcaj wodę! Odłącz przewody!
Zginiesz, maszyno! Zginiesz z pragnienia i głodu, jeśli nie podporządkujesz się…
Oczywiście było to brutalne i niewyszukane, ale co mieliśmy robić? Dubel powoli zakręcał zawór doprowadzający wodę. Dźwięk strumyczków z destylarek zmienił się w odgłos kapania kropel. Ja zamykałem węże zaciskami… I macki, drgnąwszy, bezsilnie zwisły!
Zaczęły się kurczyć i wciągać z powrotem do zbiornika. Zamgliły się, załzawiły i zmarszczyły baloniki oczu.
Po godzinie wszystko znikło. Płyn w zbiorniku był jak poprzednio złocisty i klarowny.
— No, tak to już lepiej! — zdjąłem „czapkę” i zwinąłem przewody.
Wznowiliśmy dopływ wody, zdjęliśmy zaciski z węży i czekaliśmy w pracowni do późnej nocy paląc i rozmawiając o byle czym.
Nie wiedzieliśmy już, czego się bardziej obawiać: nowych majaczeń maszyny czy też tego, że zamęczony przez nas układ rozpadnie się i przestanie istnieć jako całość.
Pierwszego dnia jeszcze mogliśmy dyskutować, czy by nie zlikwidować odkrycia? Teraz ogarniała nas obawa na myśl, że może się ono zlikwidować samo, oszołomić niezwykłością i niebywałymi perspektywami i zniknąć.
Na zmianę z dublem podchodziliśmy do zbiornika, węsząc z obawą, czy nie poczujemy woni rozkładu lub gnicia. Nie dowierzając wskazaniom termometru dotykaliśmy rękami ścianek zbiornika i ciepłych, żywych węży — czy nie stygną lub czy nie pałają znowu gorączkowym żarem.
Ale nie, powietrze w pokoju pozostawało ciepłe, wilgotne i rześkie, jak gdyby znajdowało się tu wielkie, czyste zwierzę. Maszyna żyła. Po prostu niczego bez nas nie podejmowała. Podporządkowaliśmy ją sobie!
O godzinie pierwszej w nocy spojrzałem na swego sobowtóra jak w lustro. Zmęczony mrugał zaczerwienionymi powiekami i uśmiechał się.
— Chyba wszystko w porządku. Idziemy się przespać, co?
W tej chwili to nie był już sztuczny dubel. Obok mnie siedział towarzysz pracy, tak samo zmęczony i szczęśliwy, jak ja sam. A przecież — dziwna rzecz! — wcale nie odczuwałem zachwytu podczas naszego spotkania w parku, nie bawiły mnie też urojenia pamięci oglądane w zbiorniku… teraz jednak odczuwałem spokój i radość.
Jednak najważniejszą d)a człowieka rzeczą jest poczucie panowania nad sytuacją!”
Rozdział piąty
Czy w uporczywych poszukiwaniach związków przyczynowych nie wyraża się ludzki instynkt posiadania? Przecież i tu szukamy, co do czego należy.