Żniwo
- Автор: Герритсен Тесс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Żniwo». Краткое содержание книги:
Dwie osoby gotowe do operacji i tylko jedno serce, które można przeszczepić. Gdy doktor Abby DiMatteo podejmowała decyzję, by dokonać przeszczepu u umierającego siedemnastolatka, nie przypuszczała, że wywoła tym lawinę wydarzeń. Kim jest czterdziestosześcioletnia, bogata kobieta, która, wedle przełożonych, winna była otrzymać narząd? Tego Abby nie wie. Wie jednak, że coś jest nie w porządku – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się drugie serce i operacja może się odbyć. Cud? To mało prawdopodobne. W wyniku podjętych decyzji, pracę traci przełożona kobiety, a sama Abby zaczyna stawiać sobie niewygodne pytania. Czy to możliwe, że narządy do transplantacji pochodzą z nie do końca legalnych źródeł? Gdzie leżą granice etyki lekarskiej? Dyrekcja nie życzy sobie rozgłosu, ale sumienie zmusza Abby do poprowadzenia prywatnego śledztwa.
– Nie przejmuj się tym – powiedziała Vivian. – Twoje serce było bardzo chore i nie biło jak trzeba. Wtedy do mózgu dopływało za mało krwi. Dlatego niektórych rzeczy nie pamiętasz. – Dotknęła jego ramienia. Jak na nią to był bardzo serdeczny gest. Sama się sobie dziwiła. – Przynajmniej nie zapomniałeś mnie, choć pewnie próbowałeś – dodała ze śmiechem.
Josh opuścił głowę i powiedział cicho.
– Nigdy nie będę chciał zapomnieć o pani.
Chwilę milczeli lekko zakłopotani. Vivian ciągle trzymała dłoń na jego ramieniu. Chłopiec nie podnosił głowy, jego twarz była schowana pod daszkiem czapki.
Abby dyskretnie odwróciła się i zaczęła oglądać odznaki sportowe Josha. Wszystkie były tu przyniesione i ułożone pieczołowicie na nocnym stoliku. Ale teraz nie był to już ołtarzyk umierającego chłopca, tylko zachęta do nowego życia.
Ktoś zapukał do drzwi i zawołał:
– Joshie?
– Mamo – odpowiedział Josh.
Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła liczna rodzina Josha: rodzice, rodzeństwo, ciotki i wujkowie. Naprzynosili baloników i jakichś smakołyków od McDonalda. Otoczyli kręgiem łóżko, zasypali Josha całusami i radosnymi okrzykami:
– Popatrzcie świetnie dziś wygląda, prawda, że dobrze wygląda? Josh siedział trochę ogłupiały, ale z zachwytem w oczach. Nie zauważył, kiedy Vivian odsunęła się na bok, żeby zrobić miejsce hałaśliwej familii O’Dayów.
– Josh, kochanie, przyjechał z nami wujek Harry z Newbury. On wie wszystko o odtwarzaczach video. Podłączy ci, jak trzeba, prawda Harry?
– No pewnie. Robię to wszystkim sąsiadom.
– Czy wziąłeś ze sobą wszystkie potrzebne druty, Harry? Jesteś pewien, że masz wszystko, co trzeba?
– Sądzisz, że mógłbym zapomnieć?
– Masz, Josh, trzy super porcje frytek. To chyba ci nie zaszkodzi, prawda? Doktor Tarasoff nic nie mówił, że nie możesz jeść frytek.
– Mamo, zapomnieliśmy wziąć aparat! Chciałem zrobić zdjęcie blizny Josha.
– Po co ci zdjęcie jego blizny?
– Moja nauczycielka na pewno powiedziała, że byłoby fajowo.
– Twoja nauczycielka na pewno nie używa słowa fajowo. Nie będzie żadnych zdjęć blizny. To naruszanie prywatności.
– Josh, pomóc ci zjeść te frytki?
– To co, Harry, myślisz, że uda ci się to podłączyć?
– No nie wiem. To dość stary telewizor…
Vivian w końcu udało się przecisnąć do Abby. Znowu ktoś zapukał do drzwi, kolejna grupa krewnych wtłoczyła się do pokoju i na nowo rozległy się okrzyki zachwytu. W tym tłumie O’Dayów Abby obserwowała Josha. Popatrzył w ich stronę, uśmiechnął się bezradnie i pomachał dłonią. Abby i Vivian wyszły z pokoju. Stały chwilę w korytarzu, słuchając głosów za drzwiami.
– I co, Abby? To jest właśnie odpowiedź na twoje pytanie. Warto było, prawda? – powiedziała Vivian.
W pokoju pielęgniarek zapytały, gdzie znajdą doktora Iwana Tarasoffa. Oddziałowa poradziła im, żeby sprawdziły w pokoju lekarskim. Tam go zastały. Pił kawę i zapisywał coś w kartach. Z okularami na końcu nosa, w tweedowej marynarce przypominał raczej angielskiego dżentelmena, a nieznanego kardiochirurga.
– Właśnie widziałyśmy się z Joshem – powiedziała Vivian. Tarasoff spojrzał znad swoich poplamionych kawą notatek.
– No i co pani sądzi, doktor Chao?
– Dzieciak wygląda fantastycznie. Świetna robota.
– Cierpi na niegroźną amnezję. Poza tym szybko wraca do zdrowia, tak jak to zwykle bywa u dzieci. Jeszcze z tydzień i będzie go można wypisać, o ile pielęgniarki wcześniej go stąd nie wyrzucą. – Tarasoff zamknął kartę i spojrzał na Vivian. Już się nie uśmiechał. – Muszę z panią omówić pewną ważną sprawę, pani doktor.
– Ze mną?
– Pani wie, o czym mówię. O drugiej pacjentce czekającej na transplantację w Bayside. Kiedy przysłała nam pani chłopca, nie powiedziała mi pani wszystkiego. Dopiero potem dowiedziałem się, że serce było już przeznaczone dla kogo innego.
– Nie było. Była zgoda na przekazanie serca Joshowi.
– Pozwolę sobie zauważyć, że zdobyta w pewnym sensie podstępnie. – Rzucił spojrzenie znad okularów na Abby i zmarszczył brwi. – Dyrektor waszego szpitala, pan Parr, przedstawił mi wszystko ze szczegółami. To samo zrobił adwokat pana Vossa.
Vivian i Abby spojrzały na siebie.
– Jego adwokat?
– Tak. – Tarasoff znowu zwrócił się do Vivian. – Czy pani wie, że przez panią mogą postawić mnie przed sądem?
– Próbowałam ocalić życie chłopca.
– Zatrzymała pani dla siebie istotne informacje.
– A teraz chłopak żyje i ma się dobrze.
– Powiem krótko. Niech pani więcej tego nie robi.
Vivian chciała coś powiedzieć, ale rozmyśliła się. Zamiast tego skinęła tylko poważnie głową. Był to jej gest wyrażający szacunek; spuszczone w dół oczy i lekki ukłon. Tarasoff nie dał się na to nabrać. Spojrzał na nią karcąco. Potem, zupełnie niespodziewanie roześmiał się. Odwracając się z powrotem do swoich kart, powiedział:
– Powinienem był wyrzucić panią z Harvardu, kiedy miałem taką okazję.
– Gotowi! No to na wiatr! – krzyknął Mark i pchnął rumpel.
Dziób „Gimmie Shelter” odwrócił się do wiatru. Żagle jeszcze przez chwilę łopotały i szarpały się, liny uderzały o pokład. Raj Mohandas szybko przeniósł się na prawą burtę i zaczął wciągać fok. Z głośnym łopotem wiatr dmuchnął w żagiel i „Gimmie Shelter” przechylił się na prawą stronę. Z kabiny dobiegł hałas przewracających się puszek z napojami.
– Na nawietrzną, Abby! – krzyknął Mark. – Przejdź na nawietrzną! Abby wgramoliła się po nachylonym pokładzie na lewą burtę, gdzie uczepiła się trapezu i po raz kolejny przysięgła sobie, że nigdy więcej nie da się namówić na te rzeczy. Co tak fascynuje mężczyzn w tych łodziach? – zastanawiała się. Co jest tak niezwykłego w morzu, że wszyscy są podnieceni i zaczynają krzyczeć? Bo oni właśnie krzyczeli, wszyscy czterej: Mark, Mohandas, i osiemnastoletni syn Mohandasa, Hank, i Pete Jaegly, stażysta z trzeciego roku. Krzyczeli cały czas: Wyluzować żagle! Podać spinaker-bom! Nie tracić wiatru! Krzycząc wymieniali uwagi o jachcie Archera, „Red Eye”, który płynął przed nimi. Czasem krzyczeli również na Abby. Ona też miała swoją rolę w tym wyścigu. Nazywano to uprzejmie balastowaniem. Tego samego można było wymagać od worków z piaskiem. Abby była właśnie takim workiem, tyle że miała ręce i nogi. Kiedy krzyczeli, przenosiła się po prostu na drugą burtę, gdzie z pewną regularnością niestety wymiotowała. Mężczyznom jakoś nic nie dolegało. Byli zbyt zajęci krzykiem i skakaniem po pokładzie w swoich drogich butach na specjalnych podeszwach.