Jesień Cudów
- Автор: Пиколт Джоди Линн
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Jesień Cudów». Краткое содержание книги:
Początkowo Mariah lekceważy te rozmowy, jednak kiedy Faith dokonuje kolejnych cudownych uzdrowień, a na jej dłoniach pojawiają się stygmaty, zadaje sobie pytanie, czy córce istotnie nie objawia się Bóg. Wieść rozchodzi się błyskawicznie – Mariah i Faith wbrew własnej woli stają się bohaterkami medialnego cyrku. Rozwój sytuacji nieuchronnie prowadzi do destabilizacji rodziny dręczonej przez media, lekarzy oraz posiadaczy jedynych słusznych prawd.
Ale oczywiście MacReady zachowuje te uwagi dla siebie.
– Psychologia pastoralna – mówi przyjaźnie, skręcając na drogę prowadzącą do domu Mariah White. – Co skłoniło cię do takiego wyboru?
Rourke zakłada nogę na nogę, spod czarnych spodni widać polarową skarpetkę i sandały.
– Och, przypuszczam, że dar nawiązywania kontaktów z ludźmi. Pewnie zostałbym psychiatrą, gdybym nie poczuł innego powołania.
Oraz przemożnej potrzeby opowiadania o tym wszystkim dookoła.
– Nie wiem, ile dokładnie rektor powiedział ci o Faith White.
– Niewiele – odpowiada Rourke. – Jestem tu, żeby zbadać stan jej umysłu.
– Dla ścisłości, to już zostało zrobione. Przez świeckich psychiatrów.
Rourke odwraca się na siedzeniu.
– Zdajesz sobie sprawę, że szansa, iż ta dziewczynka jest prawdziwą wizjonerką, praktycznie nie istnieje?
Joseph MacReady uśmiecha się.
– Zawsze postrzegasz szklankę jako w połowie pustą?
– Jeśli mówimy o umyśle, połowa nigdy nie jest tak dobra jak całość.
MacReady parkuje na polu naprzeciwko podjazdu White'ów, pomiędzy samochodem kempingowym i grupą starszych kobiet, które siedzą na turystycznych składanych krzesełkach. Ksiądz z seminarium rozgląda się, szczęka mu opada.
– Ojej! Zebrała sporo wyznawców.
Chwilę rozmawiają z policjantem na końcu podjazdu, dzięki Bogu, także parafianinem, który bez problemu ich przepuszcza, kiedy MacReady mówi, że jest umówiony z panią White.
– Jesteśmy umówieni? – pyta Rourke, kiedy idą w kierunku domu. – Naprawdę?
– Niezupełnie. – MacReady puka do frontowych drzwi. W szybce pojawia się buzia elfa. Słychać odgłos spadających zasuw i szczęk klucza przekręcanego w zamku, a potem drzwi się otwierają.
– Już jest lepiej – mówi Faith, wyciągając w stronę księży dłonie. – Niech pan patrzy, wystarczą plastry.
MacReady gwiżdże.
– W dodatku masz plastry z Flintstone'ami. Super.
Faith zerka na drugiego księdza i chowa ręce za plecami.
– Nie powinnam z panem rozmawiać – przypomina sobie nagle.
– Może w takim razie moglibyśmy porozmawiać z twoją mamą.
– Jest na górze, bierze prysznic.
Rourke robi krok do przodu.
– Ksiądz MacReady mówił mi, jak bardzo lubił rozmawiać z tobą, kiedy byłaś w szpitalu. Wiesz, nie mogłem się doczekać, żeby też z tobą porozmawiać.
MacReady widzi, że Faith się waha. Może w tej psychologii pastoralnej coś jednak jest.
– Faith, twoja mama mnie zna. Na pewno nie będzie się sprzeciwiać.
– To może lepiej poczekajcie, aż zejdzie.
Rourke zwraca się do MacReady'ego:
– No cóż, nie wiem, co w takim razie zrobię z tymi wszystkimi grami, które przyniosłem.
Faith pociera rękawem o gałkę, polerując ją na wysoki połysk.
– Grami? – pyta.
Zdążyłam wytrzeć włosy w ręcznik, kiedy słyszę męskie głosy.
– Faith!
Ubieram się pośpiesznie i zbiegam po schodach, czując, jak żołądek mi się ściska.
Faith siedzi na podłodze z MacReadym i innym nieznajomym księdzem; zieloną kredką zakreśla odpowiedzi na formularzu, który bez najmniejszych wątpliwości jest testem psychologicznym. Zaciskając zęby, notuję w myślach, by zadzwonić do komendanta policji i zażądać protestanckiego funkcjonariusza.
– Faith, nie powinnaś otwierać drzwi.
– To moja wina – mówi gładko MacReady. – Powiedziałem jej, że nie będzie pani się sprzeciwiać. – Waha się, a potem głową wskazuje swego towarzysza. – To ksiądz Rourke z seminarium Świętego Jana w Bostonie. Przyjechał, żeby spotkać się z Faith.
Policzki płoną mi rozczarowaniem.
– Jak pan mógł! Miał pan stać po naszej stronie.
MacReady otwiera usta, by przeprosić, ale mu nie pozwalam.
– Nie. Niech pan nie myśli, że powie pan coś i wszystko będzie w porządku, bo to niemożliwe.
– Mariah, nie miałem wyboru. W Kościele katolickim przestrzegamy określonych procedur i…
– My nie jesteśmy katoliczkami!
Rourke spokojnie podnosi się na nogi.
– Nie, ale pani córka zwróciła uwagę wielu katolików. Kościół chce się upewnić, że ludzie ci nie zostaną sprowadzeni na manowce.
Przed oczami przesuwają mi się wizje ukrzyżowanych, męczenników palonych na stosach.
– Mariah, nie robimy zdjęć – mówi ojciec MacReady. – Nie powiemy w wieczornych wiadomościach, jakie płatki Faith je na śniadanie. Chcemy tylko chwilę z nią porozmawiać.
Faith wstaje i wsuwa dłoń w moją dłoń.
– Wszystko w porządku, mamusiu, naprawdę.
Przesuwam wzrok od córki do księży.
– Pół godziny – mówię stanowczo. Krzyżuję ramiona na piersiach i siadam obok Faith, by być świadkiem tej rozmowy.
Rourke równie dobrze może pozbierać testy i karty z kleksami i następnym samolotem wracać do domu. Nie potrzebuje analizy komputerowej, by wiedzieć, że Faith White nie jest dzieckiem, które straciło kontakt z rzeczywistością, że jej zachowania nie można sklasyfikować jako psychotycznego.
Spogląda na MacReady'ego, który z ozdobnej miski wybiera żółte m &m i wrzuca do ust. Matka od dwudziestu minut siedzi nieruchomo jak kamień. Rourke nie wie, co robić. Dziewczynka nie jest chora psychicznie, a z drugiej strony, z religijnego punktu widzenia też nie stanowi jakiegoś szczególnego problemu. W przeciwieństwie do tej kobiety, którą Rourke wysłał na badania do Plymouth, nie plecie o tym, co usłyszała od Boga. W gruncie rzeczy Faith White prawie nic nie mówi.
Starając się ustalić następny krok, Rourke wyciąga z kieszeni różaniec i z roztargnieniem przesuwa po nim palcami.
– Och – wzdycha Faith. – Jakie to ładne.
Rourke patrzy na wypolerowane paciorki.
– Chcesz obejrzeć?
Faith kiwa głową, po czym wkłada różaniec przez głowę jak naszyjnik.
– Tak się tego używa?
– Nie. Różaniec służy do modlitwy. – Widząc, że dziewczynka nie rozumie, Rourke dodaje: – „Ojcze Nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje…” – Przerywa mu wybuch śmiechu Faith.
– Myli się pan.
– W jakiej sprawie? Faith przewraca oczami.
– Bóg jest matką.
– Słucham?
– Panią. Bóg jest panią.
Twarz mu czerwienieje. Bóg kobieta? W żadnym razie. Odwraca głowę ku pani White, która wznosi brwi i wzrusza ramionami. Joseph MacReady dla odmiany stanowi uosobienie niewinności.
– Och – mówi – czyżbym o tym nie wspomniał?
Tuż po dziesiątej wieczorem rozlega się dzwonek do drzwi. W nadziei, że Faith się nie obudzi, schodzę cicho na dół. Otwieram drzwi i widzę przed sobą Colina.
Wygląda strasznie. Włosy ma przyklepane z jednej strony, jakby leżał na tym boku, płaszcz wymięty, oczy zaczerwienione z niewyspania. Zaciśnięte w wąską linię usta wyrażają dezaprobatę.
Ogląda się przez ramię na widoczne w świetle księżyca furgonetki i samochody, zaparkowane na polu kukurydzy po drugiej stronie drogi. Zaspana Faith, potykając się, schodzi po schodach. Staje i obejmuje mnie w pasie.
Colin przykuca i wyciąga do niej rękę. Faith waha się, potem chowa się za moimi plecami.
– Na Boga, co zrobiłaś mojej córce? – pyta Colin zdławionym głosem.
– Śmieszne, że tak to ująłeś – odpowiada Mariah.
Colin musi wykorzystać całą swoją samokontrolę, by jej nie odepchnąć i nie utorować sobie drogi do córki. Jadąc tu, nie miał pojęcia, co właściwie zastanie. Z całą pewnością te idiotyczne programy telewizyjne naginają prawdę, w taki sam sposób, w jaki w „National Enquirer” rzekomo przedstawiono ciało Heather Locklear z głową Elizabeth Taylor. Colin myślał, że może Faith oparzyła sobie dłonie na piecu. Może spadła z roweru i konieczne były szwy. Istniało bardzo wiele sposobów na wyjaśnienie marnego ujęcia krwawiących dłoni małej dziewczynki.