Jesień Cudów
- Автор: Пиколт Джоди Линн
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Jesień Cudów». Краткое содержание книги:
Początkowo Mariah lekceważy te rozmowy, jednak kiedy Faith dokonuje kolejnych cudownych uzdrowień, a na jej dłoniach pojawiają się stygmaty, zadaje sobie pytanie, czy córce istotnie nie objawia się Bóg. Wieść rozchodzi się błyskawicznie – Mariah i Faith wbrew własnej woli stają się bohaterkami medialnego cyrku. Rozwój sytuacji nieuchronnie prowadzi do destabilizacji rodziny dręczonej przez media, lekarzy oraz posiadaczy jedynych słusznych prawd.
Jego rozmyślania przerywa pukanie do drzwi, Ian otwiera je szeroko, spodziewając się skruszonego Davida, błagającego o pracę, ale zamiast niego widzi nieznajomego mężczyznę w średnim wieku, z lekkim brzuszkiem i rzednącymi jasnymi włosami. Ubrany jest w bejsbolową kurtkę z plamami wzdłuż zamka błyskawicznego.
– Hej, widzę, że już jest pan moim fanem – mówi nieznajomy, Ian zerka na swoją dłoń, w której ściska „Globe”.
– Allen McManus – mówi mężczyzna, wyciągając rękę. – Poznanie pana to zaszczyt. Przyjechałem tutaj, by napisać dalszy ciąg, zobaczyłem pańską przyczepę i… cóż mogę powiedzieć? Sądzę, że obu nam chodzi o to samo. Wielkie umysły myślą podobnie.
Ian ignoruje wyciągniętą dłoń.
– Ale pan nie jest jednym z nich.
– Za to pan…
Ian chwyta mocno palce McManusa, co postronny obserwator uznałby pewnie za uścisk ręki, jemu jednak chodzi o to, by intruzowi sprawić dotkliwy ból.
– Pracuję sam – mówi Ian przez zaciśnięte zęby. – A jeśli pan sugeruje, że mam jakikolwiek związek z tymi bzdurami, które pan publikuje, znajdę w pańskiej szafie tyle szkieletów, że szef nie pozwoli panu pisać alfabetu, nie wspominając już o nekrologach.
I z uczuciem wielkiej satysfakcji zatrzaskuje drzwi przed nosem dziennikarza.
W wieku siedmiu lat Constantine Christopher Andrews wszył kawałki drutu kolczastego w podszewkę swoich ubrań, uznał bowiem, że tylko wtedy zdoła wydostać się z dzielnicy, w której się urodził, i najprawdopodobniej umrze, jeśli swą gorliwą pokutą zwróci na siebie uwagę Boga. Jego matka, która nie zadała sobie trudu, by nauczyć się angielskiego, kiedy z Sycylii przypłynęła do Ameryki, zawsze zakładała, że syn zostanie księdzem; jej pewność miała jakiś związek ze znamieniem w kształcie krzyża, wyraźnie znaczącym jego brzuszek przy narodzinach. Constantine przez całe dzieciństwo tak często słyszał o swym powołaniu, że sam przyzwyczaił się do tej myśli i przyjął ją jako fakt.
Kochał katolicyzm. Była to tygodniowa dawka koloru, pozłoty i wspaniałości w biednym jak mysz kościelna getcie. Jego poświęcenie zostało stosownie nagrodzone i Constantine wspiął się po szczeblach kościelnej hierarchii; obecnie piętnasty rok służył jako biskup. Chciał przejść na emeryturę pięć lat temu, ale papież nie wyraził zgody. Minęło tak wiele czasu, odkąd miał styczność ze zwykłymi wiernymi – a prawdę mówiąc, odkąd religia znaczyła coś więcej niż tylko oliwienie kół w maszynerii służącej do zbierania funduszy – że kiedy O'Shaughnessy dzwoni z historią o rzekomej stygmatyczce, Constantine'a ogarnia konsternacja.
– O czym my tu mówimy? – pyta zdesperowany, ponieważ przedłużanie tej rozmowy oznacza, że spóźni się na Heritage Breakfast w Italian Center, w którym udział biorą niektórzy najbogatsi katoliccy biznesmeni w Manchesterze. – Stopy, dłonie, boki?
– O ile wiem – odpowiada O'Shaughnessy – tylko dłonie. Poza tym dziewczynka jest Żydówką.
– Ha, to sprawę załatwia. Niech się nią zajmą rabini.
– Chyba tak zrobią. Tylko że prasa już się w to zaangażowała. Według księdza MacReady'ego, około trzystu praktykujących katolików odwiedziło jej dom. – Prałat chrząka. – Jest też drobna kwestia rzekomego wskrzeszenia.
– Prasa, powiadasz? – Biskup Andrews zastanawia się. Jako członek kościelnej hierarchii zdążył zauważyć, że dotacje na rzecz kościoła są częstsze, jeśli wiarę promują specjaliści od PR – u. Gdyby udało mu się do grudnia zebrać założoną sumę, mógłby chyba wybrać się do Scottsdale na golfa.
Nie po raz pierwszy żałuje, że jest biskupem w małej, biednej diecezji w południowym New Hampshire, a nie w wielkim mieście w rodzaju Bostonu.
– W tym roku wysłałem do seminarium Świętego Jana trzech kandydatów. Powinni użyczyć nam jednego z wykładowców, żeby przyjrzał się tej sprawie.
– Bardzo dobrze, wasza ekscelencjo. Powiadomię księdza Mac – Ready'ego.
Biskup rozłącza się, po czym dzwoni do rektora seminarium Świętego Jana w Bostonie. Przez minutę rozmawia o meczu drużyny Celtics, po czym przechodzi do sedna z tym samym wyrachowanym wdziękiem, który zwykle rezerwuje do wylewnych powitań. Po niecałych dziesięciu minutach przyparty do muru rektor podaje nazwisko. Biskup notuje je na kartce i przekazuje ją swojemu asystentowi. Kiedy wychodzi z gabinetu, zastanawia się, czy zje wafle, czy raczej grzankę; zdołał już całkowicie usunąć z myśli dziewczynkę ze stygmatami.
Faith wie, że dzień nie będzie dobry, jeśli mama na śniadanie robi naleśniki z bananami. Lubi naleśniki, ale smażone banany śmierdzą jak stopy i próbując je przełknąć, cały czas mimowolnie myśli o przepoconych skarpetkach, co przy śniadaniu całkiem wystarczy, by zwymiotować. Mówiła mamie chyba z miliard razy, że nie znosi naleśników z bananami, tylko że jak w wypadku większości rzeczy, które jej mówi, słowa trafiają w próżnię; Faith zadaje sobie pytanie, czy rzeczywiście wydaje jakieś dźwięki, czy też głos rozbrzmiewa wyłącznie w jej głowie.
– Mamo – mówi, siadając przy stole. – Chcę coś innego.
Mama bez słowa się odwraca i zabiera naleśniki z bananami.
Faith opada szczęka. Jeśli mama zadaje sobie trud, żeby przygotować na śniadanie coś więcej niż płatki, Faith powinna docenić jej wysiłki i zjeść wszystko, co ma na talerzu. Patrzy teraz, jak mama wyrzuca naleśniki do kosza na śmieci i z roztargnieniem zamyka pokrywę.
– Co mam jeść?
Mama patrzy na nią i mruga.
– Och – mówi, wracając na ziemię. – Sama nie wiem. Płatki? – I nie czekając na zgodę Faith, otwiera pudełko i wsypuje część jego zawartości do miski, po czym zalewa to wodą. Ze stukiem stawia miskę na stole. Faith pociąga nosem. Banany.
– Założę się, że tatuś nie kazałby mi jeść czegoś tak obrzydliwego – mruczy.
Matka okręca się na pięcie.
– Co powiedziałaś?
Faith zadziera brodę.
– Założę się, że gdybym mieszkała z tatusiem, nie kazałby mi tego jeść.
Oczy matki są czerwone i załzawione, głos tak cichy, że słuchanie go wręcz boli. Faith ma wrażenie, że dostała kopniaka w żołądek. Matka z wysiłkiem przełyka, jakby bananowe płatki utkwiły jej w gardle.
– Chcesz mieszkać z tatusiem?
Faith przygryza wargę. Kocha ojca, to prawda, ale z matką jest inaczej, jakoś łatwiej i bliżej, i po tych wszystkich latach przebywania na obrzeżach jej życia Faith nie ma ochoty rezygnować z ani jednej cennej sekundy.
– Ja chcę mieszkać tutaj – mówi ostrożnie.
Warto było to powiedzieć, bo matka pośpiesznie przemierza dzielący je dystans i przytula Faith. A jeszcze lepsze jest to, że wsadza łokieć do miski z płatkami.
– Cholera – mówi i rumieni się. – Chyba lepiej dam ci coś innego.
– Chyba tak.
Faith patrzy, jak matka opłukuje rękaw i moczy gąbkę.
– Nie najlepiej mi to wychodzi – mówi, wycierając stół.
Grudki płatków spadają, lądując na kolanach Faith i na podłodze. Faith patrzy na włosy zasłaniające mamie połowę twarzy, na dołeczek w jej policzku. Kiedy Faith miała trzy, cztery lata, dotykała tego miejsca i czekała, aż przy uśmiechu zrobi się tam wgłębienie. Uwielbiała to, że mogła wsuwać palec w uśmiech mamy.
– Radzisz sobie doskonale – mówi Faith i nieśmiało podnosi się z krzesła, by pocałować mamę w łuk karku.
Joseph MacReady ukradkiem zerka na siedzącego obok niego w starym chevrolecie księdza i myśli, że stopień naukowy z psychologii pastoralnej jeszcze nie czyni z człowieka eksperta. Ksiądz Rourke z seminarium Świętego Jana wciąż ma mleko pod nosem. Jest tak młody, że pewnie jeszcze się nie urodził, kiedy MacReady był w Wietnamie. I nie wysuwa nosa poza bostońskie seminarium, tę swoją wieżę z kości słoniowej. Nie wiedziałby, jak doradzić parafianinowi, nawet gdyby ten sam do niego przyszedł.