Dziewiąty Klucz
- Автор: Carroll Jenny
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dziewiąty Klucz». Краткое содержание книги:
Rudy nie jest winny mojej śmierci. Oto rozpaczliwe przesłanie ducha młodej kobiety, który zjawia się w sypialni Susannah. Sporo się wydarzy, zanim Suze rozwikła zagadkę – pozna wampira, spróbuje zasztyletować go ołówkiem i natrafi na ślad sprawcy niewyjaśnionych zaginięć. Jednak im jest bliżej rozwiązania, tym większe niebezpieczeństwo jej zagraża. Niełatwo jest śledzić mordercę, zwłaszcza że wszystkie części układanki wskazują na ojca Tada Beaumonta, najbardziej odjazdowego chłopaka w szkole i pierwszego, który zaprosił Suze na randkę!
Zwróciłam też uwagę na to, że obok zdjęcia mamy i taty wisi zdjęcie, które musiało przedstawiać ślub Andy'ego z pierwszą żoną. To było bardziej studium portretowe niż przypadkowa fotka. Andy, sztywny i zmieszany, stał obok bardzo szczupłej dziewczyny o wyglądzie hipiski, z długimi prostymi włosami.
Dziewczyna hipiska wydała mi się znajoma.
– Oczywiście, że tak – odezwał się głos obok mojego łokcia.
– Rany, tato – syknęłam, okręcając się na pięcie. – Kiedy ty wreszcie przestaniesz?
– Jesteś w poważnych tarapatach, młoda damo – stwierdził. Wydawał się nadęty i zły. No, jak na faceta w spodniach od dresu. – Co ty sobie wyobrażałaś?
Szepnęłam:
– Wyobrażałam sobie, że ludzie będą mogli bezpiecznie protestować przeciwko niszczeniu przez wielkie korporacje zasobów naturalnych północnej Kalifornii bez obawy, że zostaną zamknięci w beczce i zakopani trzy metry pod ziemią.
– Nie baw się ze mną, Susannah. Wiesz doskonale, o czym mówię. Mogłaś zginąć.
– Mówisz tak jak on – podniosłam oczy na zdjęcie Andy'ego.
– Postąpił słusznie, dając ci areszt domowy – orzekł ojciec surowo. – Chce ci dać nauczkę. Zachowałaś się lekkomyślnie i nieostrożnie. I nie powinnaś była uderzać tego chłopaka, jego syna.
– Przyćmionego? Żartujesz?
Widziałam jednak, że mówi poważnie. Zrozumiałam również, że w tej kłótni nie wygram.
Wobec tego popatrzyłam na zdjęcie Andy'ego i jego pierwszej żony, i powiedziałam, nadąsana:
– Mogłeś mi o niej powiedzieć. To by mi bardzo ułatwiło życie.
– Ja też nie wiedziałem. Tata wzruszył ramionami. – Dopóki nie zobaczyłem, jak twoja mama wiesza to zdjęcie dziś po południu.
– Jak to, nie wiedziałeś? – spojrzałam na niego gniewnie. – To o co ci chodziło z tymi tajemniczymi ostrzeżeniami?
– Cóż, wiedziałem, że Beaumont nie jest tym Rudym, którego szukałaś. Powiedziałem ci to.
– Och, wielka mi pomoc – burknęłam.
– Posłuchaj – zdenerwował się tata – nie jestem wszechwiedzący, tylko nieżywy.
Usłyszałam kroki mamy na drewnianej podłodze.
– Mama wraca – szepnęłam. – Uciekaj.
A tata, choć raz, zastosował się do mojej prośby, więc kiedy mama weszła do pokoju, stałam skromnie przy ścianie z fotografiami. Skromnie i spokojnie, przynajmniej jak na dziewczynę, która o mało nie spłonęła żywcem.
– Posłuchaj – powiedziała mama cichutko. Odwróciłam oczy od zdjęć. Mama trzymała kopertę – jasnoróżową kopertę pokrytą ręcznie narysowanymi serduszkami i tęczami. Takimi serduszkami i tęczami, jakie zawsze rysuje Gina na listach do mnie.
– Andy chciał, żebym poczekała z powiedzeniem ci tego – mówiła mama ściszonym głosem – aż do czasu, kiedy twoja kara się skończy. Ale nie mogę. Chcę, żebyś wiedziała, że rozmawiałam z mamą Giny, która wyraziła zgodę na jej przyjazd do nas w czasie ferii wiosennych, w przyszłym miesiącu…
Mama przerwała, kiedy zarzuciłam jej ręce na szyję.
– Dziękuję! – krzyknęłam.
– Och, skarbie – stęknęła, obejmując mnie, jakkolwiek z lekką, jak zauważyłam, rezerwą, ponieważ nadal zalatywałam rybą. – Proszę bardzo. Wiem, jak bardzo za nią tęsknisz. I wiem, jak ci było trudno przyzwyczaić się do całkiem nowej szkoły i zupełnie nowych ludzi. I do tego, że masz przyrodnich braci. Jesteśmy tacy dumni, że tak dobrze sobie radzisz. – Odsunęła się. Czułam, że miałaby ochotę nadal mnie przytulać, ale nie mogła znieść smrodu. – Cóż, w każdym razie, jak dotąd.
Spojrzałam na list Giny. Gina pisze fantastyczne listy. Nie mogłam się doczekać, żeby pójść na górę i go przeczytać. Tylko… tylko jeszcze jedna rzecz nie dawała mi spokoju.
Rzuciłam okiem przez ramię na zdjęcie Andy'ego i jego pierwszej żony.
– Widzę, że powiesiłaś kilka nowych zdjęć – zagaiłam. Mama spojrzała w tym samym kierunku.
– Och, tak. Cóż, mogłam przynajmniej zająć czymś myśli, czekając na wiadomość, co się z tobą dzieje. Może pójdziesz na górę, żeby się umyć? Andy robi pizzę na kolację.
– Jego pierwsza żona – powiedziałam, nie odrywając oczu od fotografii – mama Przyć… to jest, Brada. Umarła, tak?
– Ehe – odparła mama. – Wiele lat temu.
– Na co?
– Na raka jajników. Skarbie, nie rzucaj tego ubrania byle gdzie, jak je zdejmiesz. Jest całe w sadzy. Popatrz, nowa narzuta umazała się na czarno.
Wpatrywałam się w zdjęcie.
– Czy ona… – Nie bardzo wiedziałam, jak sformułować pytanie. – Czy ona była w śpiączce, czy coś?
– Tak mi się wydaje. Tak, pod koniec. Dlaczego?
– Czy Andy musiał… – Obracałam w rękach list Giny. – Czy musieli ją odłączyć?
– Tak. – Mama zapomniała o narzucie. Patrzyła na mnie zaniepokojona. – Tak, rzeczywiście, w pewnym momencie musieli poprosić o odłączenie aparatury podtrzymującej życie, ponieważ Andy sądził, że jego żona nie chciałaby trwać w takim stanie. Dlaczego pytasz?
– Nie wiem. – Spojrzałam na serduszka i tęcze na kopercie. „Rudy”. Ależ byłam głupia. „Znasz mnie”, twierdziła mama Profesora. Boże, powinni mi odebrać licencję mediatora. Gdyby było coś takiego, a rzecz jasna, nie ma.
– Jak się nazywała? – zapytałam, wskazując zdjęcie. – To znaczy, mama Brada?
– Cyntia.
Cyntia. Boże, ale ze mnie ofiara.
– Kochanie, pomóż mi, dobrze? – Mama mocowała się z krzesłem, na którym przed chwilą siedziałam. – Nie mogę odczepić tej poduszki…
Włożyłam list od Giny do kieszeni i podeszłam do mamy.
– Gdzie jest Profesor? – zapytałam. – To jest, David. Mama spojrzała zaskoczona.
– Pewnie na górze, w swoim pokoju, odrabia lekcje. Dlaczego?
– Och, muszę mu coś powiedzieć.
Coś, co powinnam była mu powiedzieć dawno temu.
23
– No więc? – zapytał Jesse. – Jak to przyjął? – Nie chcę o tym mówić. Rozciągnęłam się na łóżku, bez śladu makijażu, ubrana w wyciągnięty dres. Powzięłam nowy plan: postanowiłam, że będę traktować Jesse'a dokładnie w ten sam sposób co przyrodnich braci. Dzięki temu na pewno się w nim nie zakocham.
Przeglądałam egzemplarz „Vogue'a” zamiast odrabiać lekcje z geometrii. Jesse siedział pod oknem, pieszcząc Szatana. Jesse pokręcił głową.
– Daj spokój – powiedział. Takie „daj spokój” w wykonaniu Jesse'a zawsze brzmiało dziwacznie. Z ust chłopaka, który nosił koszulę ze sznurowadłami zamiast guzików, to było dość niezwykłe. – Powiedz mi, co mówił.
Przewróciłam stronę magazynu.
– Powiedz mi, co zrobiliście Marcusowi.
Jesse wydawał się jakby odrobinę za bardzo zaskoczony tym pytaniem.
– Nic mu nie zrobiliśmy.
– Bujasz. To gdzie się podział?
Jesse wzruszył ramionami i podrapał Szatana pod brodą. Głupi kot mruczał tak głośno, że słyszałam go w drugim końcu pokoju.
– Sądzę, że zdecydował się trochę pojeździć po świecie – odparł Jesse fałszywie niewinnym tonem.
– Bez pieniędzy? Bez kart kredytowych?
W pokoju strażacy znaleźli między innymi portfel Marcusa i… rewolwer.
– To nie takie byle co – Jesse pacnął Szatana delikatnie po łebku, kiedy kot zamachnął się na niego leniwie łapą – zwiedzić nasz wspaniały kraj na własnych nogach. Może z czasem zdoła docenić jego naturalne piękno. Parsknęłam, przewracając kolejną stronę.
– Wróci za tydzień.
– Nie sądzę.
Pewność, z jaką to powiedział, wzbudziła moje podejrzenia.
– Dlaczego nie?
Jesse się zawahał. Wyraźnie nie chciał mi powiedzieć.