Dziewiąty Klucz
- Автор: Carroll Jenny
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dziewiąty Klucz». Краткое содержание книги:
Rudy nie jest winny mojej śmierci. Oto rozpaczliwe przesłanie ducha młodej kobiety, który zjawia się w sypialni Susannah. Sporo się wydarzy, zanim Suze rozwikła zagadkę – pozna wampira, spróbuje zasztyletować go ołówkiem i natrafi na ślad sprawcy niewyjaśnionych zaginięć. Jednak im jest bliżej rozwiązania, tym większe niebezpieczeństwo jej zagraża. Niełatwo jest śledzić mordercę, zwłaszcza że wszystkie części układanki wskazują na ojca Tada Beaumonta, najbardziej odjazdowego chłopaka w szkole i pierwszego, który zaprosił Suze na randkę!
A wszystko wskazywało na to, że tak właśnie będzie.
Samochód zatrzymał się. Palce Marcusa wpiły się w moje ramię.
– Chodź – rzucił i zaczął mnie ciągnąć na swoją stronę samochodu, do otwartych drzwi.
– Chwileczkę – powiedziałam, podejmując ostatni rozpaczliwy wysiłek przekonania go, że na skutek odpowiedniej zachęty, w postaci groźby śmierci, potrafię zdobyć się na rozsądek. – A gdybym przyrzekła, że nikomu nie powiem?
– Już komuś powiedziałaś – przypomniał Marcus. – Mojemu bratankowi, Tadowi. Nie pamiętasz?
– Tad nikomu nie powie. Nie może. Jest pana krewnym. Nie wolno mu zeznawać przeciwko krewnemu w sądzie, czy coś takiego. – Byłam nadal lekko zamroczona od ciosu, jaki wymierzył mi Marcus i wymyślanie argumentów przychodziło mi z trudem. Robiłam jednak, co mogłam, żeby go przekonać. – Tadowi można zaufać, jeśli chodzi o dochowanie tajemnicy.
– Tak zwykle jest – powiedział Marcus – z martwymi ludźmi.
Gdybym nie bała się już wcześniej, a nie da się ukryć, że się bałam, teraz zwariowałabym ze strachu. Co miał na myśli? Czy to, że… że Tad nie będzie mówił, ponieważ zginie? Facet chciał zabić własnego bratanka? W związku z tym, co mu powiedziałam?
Nie mogłam do tego dopuścić. Nie miałam pojęcia, co Marcus zamierza ze mną zrobić, ale jednego byłam pewna: nie tknie palcem mojego chłopaka.
Jakkolwiek w tym konkretnym momencie nie miałam pomysłu, jak mu w tym przeszkodzić.
Marcus szarpał mnie, ciągnąc do drzwi, a ja zwróciłam się do jego przybocznych:
– Wielkie dzięki za pomoc. No, wiecie, biorąc pod uwagę, że jestem bezbronną dziewczyną, a ten człowiek to zwykły morderca, naprawdę, byliście wspaniali…
Marcus pociągnął mnie i wyleciałam z wozu jak z procy.
– Hola – powiedziałam, odzyskawszy równowagę. – Nie przesadza pan z tą kurtuazją?
– Nie będę ryzykował – warknął Marcus, nie zwalniając żelaznego uchwytu na moim ramieniu, gdy prowadził mnie w stronę wejścia. – Okazałaś się dużo bardziej kłopotliwa, niż się spodziewałem.
Zanim zdążyłam nacieszyć się komplementem, wciągnął mnie do domu. Zbiry też wysiadły z samochodu i ruszyły naszym śladem… tak na wszelki wypadek, jak sądzę, gdybym wyrwała się nagle, podejmując próbę ucieczki w stylu Nikity.
W domu rodziny Beaumontów – na tyle, na ile zdołałam się zorientować przy prędkości, z jaką Marcus przeganiał mnie przez pokoje – wszystko wyglądało tak samo, jak podczas mojej poprzedniej wizyty. Pan Beaumont nie dawał znaku życia. Prawdopodobnie leżał w łóżku, dochodząc do siebie po moim brutalnym ataku. Biedak. Gdybym wiedziała, że to Marcus jest tą pijawką, a nie jego brat, okazałabym staruszkowi odrobinę współczucia.
Co przypomniało mi o Tadzie.
– Co z Tadem? – zapytałam, podczas gdy Marcus prowadził mnie przez patio, na którym deszcz pluskał do basenu, wywołując tysiące malutkich fontann i tysiące zmarszczek na wodzie. – Gdzie pan go zamknął?
– Zobaczysz. Marcus wkroczył wraz ze mną na korytarzyk, gdzie znajdowała się winda do gabinetu pana Beaumonta.
Otworzył drzwi windy i wepchnął mnie do maleńkiego wędrującego pokoiku, po czym sam wlazł do środka. Jego gwardia zajęła pozycje na korytarzu, ponieważ w windzie nie było miejsca na ich przerośnięte cielska. Byłam zadowolona, bo wełniana dwurzędowa kurtka jednego z nich zaczynała nieco śmierdzieć.
I znowu czułam, że się poruszam, ale nie mogłam się zorientować, czy do góry, czy na dół. Miałam okazję, żeby przyjrzeć się Marcusowi z bliska. Zabawne, ale naprawdę wyglądał zupełnie zwyczajnie. Mógłby być kimkolwiek, pracownikiem biura podróży, prawnikiem, lekarzem…
Ale nie był. Był mordercą.
Mamusia musi być z niego dumna.
– Wie pan – zauważyłam – kiedy moja mama to odkryje, Beaumont Industries bardzo na tym stracą. Ogromnie stracą.
– W żaden sposób nie skojarzy twojej śmierci z Beaumont Industries – wyjaśnił Marcus.
– Och, tak? Coś panu powiem. Jak tylko odnajdą moje okaleczone ciało, mama zamieni się w tego potwora z Obcego 2. Wie pan, z tego filmu, w którym Sigourney Weaver wsiada do takiego śmiesznego pojazdu. A potem…
– Nie zostaniesz okaleczona – parsknął Marcus. Wyraźnie nie należał do fanów kina. Otworzył drzwi windy i stwierdziłam, że wróciliśmy do miejsca, gdzie to wszystko się zaczęło, a mianowicie do wywołującego gęsią skórkę gabinetu pana Beaumonta.
– Utopisz się – oświadczył z satysfakcją.
19
Proszę. Wywierając stały nacisk na mój kark, Marcus skierował mnie na środek pokoju. Obszedł biurko, sięgnął do szuflady i wyciągnął coś czerwonego, zrobionego z jedwabiu. Rzucił to w moją stronę.
Chwyciłam to coś błyskawicznie, upuściłam na podłogę, podniosłam i przyjrzałam się uważniej. Jeśli nie liczyć świateł na dnie akwarium, w pokoju panowała ciemność.
– Włóż to – rozkazał Marcus.
Był to kostium kąpielowy. Jednoczęściowy kostium marki Speedo. Rzuciłam go, jakby poparzył mi palce, na biurko Rudego Beaumonta.
– Nie, dziękuję – powiedziałam. – Nie lubię ramiączek na krzyż.
Marcus westchnął. Jego spojrzenie powędrowało w stronę ściany po prawej stronie.
– Tada – powiedział – nie było nawet w połowie tak trudno przekonać jak ciebie.
Odwróciłam się. Na skórzanej kanapie, której przedtem nie zauważyłam, leżał Tad. Był albo nieprzytomny, albo pogrążony w głębokim śnie. Opowiadałabym się raczej za utratą przytomności, ponieważ większość ludzi nie kładzie się spać w stroju kąpielowym.
Zgadza się: Tad był nagusieńki, miał na sobie jedynie spodenki kąpielowe, w których miałam szczęście już raz go oglądać.
Odwróciłam się ponownie do Marcusa.
– Nikt w to nie uwierzy – oznajmiłam. – Na dworze pada. Nikt nie uwierzy, że poszliśmy popływać w taką pogodę.
– Nie będziecie pływali – oświadczył Marcus. Podszedł do akwarium. Postukał w szybę, żeby zwrócić uwagę rybki welona. – Popłyniecie jachtem mojego brata, a potem będziecie jeździli na nartach wodnych.
– W deszczu?
Spojrzał na mnie z politowaniem.
– Nigdy nie jeździłaś na nartach wodnych, prawda? Otóż, nie. Wolę poruszać się po suchym lądzie. Najchętniej czymś, co ma koła i szybko jeździ.
– Woda jest bardzo wzburzona podczas takiej pogody – wyjaśnił cierpliwie Marcus. – Zaprawieni narciarze, jak mój bratanek, nigdy nie mają dość bałwanów. W ogóle to cudowne zajęcie dla pary poszukujących wrażeń nastolatków, którzy uciekli ze szkoły, żeby nacieszyć się swoim towarzystwem… i którzy nigdy nie wrócą na brzeg. Cóż, w każdym razie, żywi.
Westchnął, po czym mówił dalej:
– Widzisz, Tad, niestety, nie uznaje kamizelki ratunkowej, kiedy pływa, zbytnio go krępuje – i, obawiam się, ciebie także zdoła namówić, żebyś jej nie wkładała. Oboje oddalicie się zanadto od łodzi, szczególnie silna fala was przewróci i… Cóż, prąd w końcu zniesie wasze martwe ciała na brzeg… – Odchylił rękaw i ponownie sprawdził godzinę. – Najprawdopodobniej jutro rano. Teraz przebierz się szybko. Jestem umówiony na lunch z dżentelmenem, który chce mi sprzedać kawałek gruntu świetnie nadający się pod budowę supermarketu.
– Nie może pan zabić własnego bratanka. – Głos mi się załamał. Byłam naprawdę… cóż, przerażona. – To znaczy, nie wyobrażam sobie, żeby rodzina była zachwycona.