Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
— Miedziany Królu — dał się słyszeć przerwany szept. — Weź, co jest mi drogie…
Wtedy Razwijar pchnął ostrzem ostatkiem sił, na oślep.
I przebił pierś władcy.
Rozdział szósty
Drogi, po której chodziły karawany z żywnością, już nie było. Razwijar przedzierał się w ciemnościach, co chwila ryzykując wpadnięcie na osuwisko albo stoczenie się w przepaść.
Niekiedy pełzł na czworakach, wymacując rękami przed sobą chwiejące się, śliskie kamienie.
Należałoby zatrzymać się i doczekać świtu, ale Razwijara gnał paniczny strach.
Nie bał się, że go złapią i oskarżą o zabójstwo. W ogóle o tym nie myślał. Strach, który go opanował, miał zupełnie inny charakter. Najbardziej ze wszystkiego na świecie Razwijar chciał zapomnieć o tym, co zdarzyło się w zamku. Słowa: „Żałuję, że nie jesteś moim synem”. Widok odrąbanej dłoni, która wpada do basenu. Przymilny szept: „Miedziany Królu, Miedziany Królu”.
Razwijar parł przed siebie, brodząc po kolana w wodzie, potykając się i upadając, grzęznąc w rozmytej glinie. Czyż nie wiedział, że ofiarą dla Miedzianego Króla jest tylko to, co najdroższe dla człowieka?!
Przypominał sobie szczegóły, na które wcześniej nie zwracał uwagi. W zamku szeptano, że Razwijar zaczarował władcę; że „maleńki Heks” jest zapewne jego rodzonym synem. Chodziły i inne słuchy, ale on okazał się naiwny i zbyt niedoświadczony, żeby zrozumieć wieloznaczne spojrzenia, przypadkowe słowa niektórych zawistnych strażników. Był za bardzo zajęty sobą i swoimi wspomnieniami o lesie, a także księgami, mieczami, strzałami, zwycięstwami, zabijaniem, pierwszym doświadczaniem potęgi z racji posiadanej władzy. Schlebiało mu to, że władca „widzi go na wskroś”, przecież nie miał niczego do ukrycia przed nim…
Razwijar wyobraził sobie, jak wedle woli Miedzianego Króla taje w powietrzu jego ciało. Tak znikła ze świata kromka chleba na galerze i ogarek świecy w lochu. Gdzie one teraz są? Na jakim spoczęły ołtarzu?!
Razwijar, wciąż potykając się, biegł. Przepływał stojące ni to jeziora, ni to gigantyczne kałuże.
Kilka razy natknął się na trupy, leżące na kamieniach niczym kupy szmat moknące na płyciźnie.
W uszach wciąż słyszał gderliwy głos starego Latarnika: co jest dla ciebie drogie, to kładziesz.
Co jest dla ciebie drogie. Rzecz. Człowiek. Razwijar potrząsał głową. Chciał zapomnieć, nie chciał wierzyć, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Gdyby teraz zaproponowano mu „słodkie mleczko” wypiłby do ostatniej kropli.
Warstwa gliny i drobnych kamieni spełzła na dno wąwozu, wlokąc za sobą biegnącego.
Wydostał się spod zwału, pomagali sobie krótkim mieczem i popełzł w górę jak ślepy ślimak.
Niebo poszarzało, pogasły gwiazdy, już można było rozróżnił zarysy gór. Razwijar ruszył szybciej. W końcu natrafił na coś w rodzaju ścieżki. Na stoku zupełnie pojaśniało i zobaczył zryty wodą wąwóz, nieruchome, głębokie kałuże w miejscach, gdzie przeszła rwąca woda oraz trupy dwunogich i czworonogich chimajrydów, wielu oszpeconych, roztrzaskanych o ostre wyłomy skalne.
Razwijar odwrócił się. Gdyby go wczoraj zabili, umarłby jak żołnierz i nie wiedziałby tego, co wie teraz. I nie pamiętałby rwącego się szeptu — „Miedziany Królu…”
Osunął się na kolana i usiadł na kamieniu. Przeczekał zawrót głowy i podniósł się. Poszedł dalej, z trudem przestawiali nogi, niekiedy opierając się na długiej klindze i tak szedł nie będąc w stanie myśleć, nie rejestrując upływającego czasu. Kiedy słońce podniosło się już całkiem ponad szczyty i zaczęło przypiekać, Razwijar znalazł ciemne miejsce pod żółtoszarą poszarpaną wiatrem skałą, upadł i zasnął.
Po południu obudził się i długo nie mógł pojąć, gdzie się znajduje. Wokół wznosiły się skały, ich cienie powoli wydłużały się, zakrywając rzadkie kępki wypalonej trawy, krzaki z drżącymi białymi kwiatami, kamienne tarcze pokryte zielonymi wzorami mchu. Było bardzo cicho.
Razwijar znalazł bezgłośny strumyczek, sączący się tylko i kilka minut zlizywał wilgoć z mokrego kamienia.
Potem rozejrzał się.
Niedaleko sterczała przekrzywiona pika.
Nowa granica ustanowiona przez władcę. Pomyłka, kosztująca go władzę i życie; na ostrzu piki nie było czaszki. Nieopodal Razwijar zobaczył stos kamieni ułożonych w stożek.
Wkroczył na ziemie chimajrydów.
Wśród kamieni żyły człapacze — tłuste, ale zwinne zwierzęta o basowych głosach. Nocami ni to śpiewały, ni to melodyjnie wzdychały, wyłażąc z nor. Razwijar nie zdołał ani razu złapać człapacza, ale za to drugiego dnia wędrówki znalazł w szczelinie gniazdo z wielkimi, kulistymi, złotobrązowymi jajami.
W południe słońce rozgrzało kamienie. Razwijar znalazł czarny płaski kamień i podsmażył sobie na nim jajecznicę. W zamku gardzono jajami człapaczy, ale pasterze i ludzie z karawan, ci mniej wybredni, jedli je nie chorując i nie narzekając. Razwijar był strasznie głodny, dlatego przełknął wszystko bez soli i przypraw, prawie nie zauważając lekkiego posmaku pleśni. Właśnie z powodu tego smaku jaja człapaczy uważano za pośledniejsze jadło.
Syty odpełzł w cień i zamknął oczy. Od razu zobaczył mapę; grube paski oznaczające grzbiety górskie i podwójne kreseczki przełęczy. Kreskowania, oznaczające typy terenu, różne linie wyznaczające potoki i jeziora, granice klanowych terytoriów. Dwugłową skałę, pod którą spędził dzisiejszą noc.
I potok pełen wody na mapie, a teraz w połowie wyschnięty. Idąc wzdłuż koryta, Razwijar miał nadzieję w ciągu kilku dni przekroczyć granice Imperium.
Co zamierza robić w Imperium? Nie wiedział. Początkowo po prostu szedł gnany strachem, nie myśląc, w jakim kierunku podąża. Pozbawione wody góry wysychały, dotychczas zielony mech stawał się bury, więdły kwiaty. Po raz pierwszy Razwijar przypomniał sobie mapę, żeby nie umrzeć z pragnienia. Mag, bez względu na to, jak silny by był, nie mógł wyssać z tej ziemi całej wody, a to oznaczało, że wielkie strumienie i jeziora powinny były się zachować. I mapa pomogła Razwijarowi, dzięki niej doszedł do płytkiego, ale jeszcze żywego strumienia, napił się i w myślach pobłogosławił człowieka, który tak dokładnie zmierzył i tak szczegółowo opisał tę ziemię.
A potem w myślach prześledził bieg tego strumienia na mapie i zobaczył, że wpada on do dużej rzeki przy samej granicy Imperium. I zdecydował się iść wzdłuż koryta. A potem, co ma być, to będzie.
Kilka razy spotykał przy drodze świeże mogiły chimajrydów, ale żywych nie widział ani razu.
O tym, co się stanie, jeśli na swoich ziemiach złapią go czworonożni ze swoimi jeźdźcami, nie chciał nawet myśleć. Stronił od odkrytych miejsc, ukrywał się w załomach skał, szedł o zmroku i nocami, jeśli były gwiazdy. Za dnia szukał dla siebie pożywienia i odpoczywał. W długich kałużach, resztkach wody w wyschłym korycie, zdarzały się ryby i można je było łowić rękoma.
Cisza, pustka, słońce za dnia i gwiazdy nocą, zupełnie odkryta przestrzeń nad głową, powoli przywróciły równowagę w duszy Razwijara. Dręczący, duszący strach odszedł, przedzierając się teraz tylko poprzez tkaninę snu.
We śnie starał się wyrwać z pajęczyny Cza, a władca szedł ku niemu, uśmiechając się i wypowiadając słowa zaklęcia, Razwijar wyrywał się, przeklinał, błagał, często budził się we łzach i z ogromną ulgą stwierdzał, że koszmar się skończył. Zachodziło słońce, nad rozgrzanymi kamieniami drżało powietrze, prawie niesłyszalnie szemrał potok; Razwijar mył się, dojadał resztki dziennego posiłku i szedł wzdłuż koryta, nie obawiając się zboczyć z trasy.