Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Księga Jesiennych Demonów
Księga Jesiennych Demonów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Księga Jesiennych Demonów

Электронная книга - «Księga Jesiennych Demonów». Краткое содержание книги:

Pogoda na dworze niczym z koszmaru- leje deszcz a ja siedzę w domu patrząc, jak krople rozpryskują sie na czarnej ziemi.Właściwie przed chwilką skończyłam czytać ostatnie opowiadanie.Wpatruję się w to, co dzieje się za oknem i rozmyślam nad sobą, nad tym co ukrywa się w każdym z nas.Strach, ból, tajemniczośc.Czy demony istnieją naprawdę? Oczywiście, że tak! Ale czy istnieją w nas? Czy nam dokuczają? Gdzie są? Takie i inne pytania zadaje sobie po przeczytaniu debiutanckiej książki Grzędowicza.
Księga jesiennych demonów to pięć długich opowiadań, których akcja toczy się w Polsce.
Pierwsze z nich to Klub absolutnej karty kredytowej-główny bohater Zięba jest posiadaczem karty kredytowej, która ma niezwykłą moc.Jaka tego dowiecie się po przeczytaniu.Czy los świata spoczywa w rękach jednego człowieka?
Opowieśc terapeuty-czyli tytuł drugiego opowiadania.Bóg ma dosyć ludzi i ich ciągłych narzekań.Kolejny pacjent…niezwykły pacjent…białe ściany.
Wiedźma i wilk-młodziutka wiedźma Melanie bita przez swojego chłopaka postanawia wyhodować sobie nowego mężczyznę.Co z tego wyjdzie?:) Wilk przeobrażony w człowieka dusi się w nowym ciele…
Piorun- opowieść kryzysu małżeńskiego.Typowa groteska:)
Czarne motyle- według mnie najlepsze opowiadanie o poruszającym zakończeniu.Miłość, samotność i groza.
Podsumowując- książkę polecam osobom, które lubią psychologię.Fani Stephena Kinga powinni być zadowoleni i uznac to za lekturę obowiązkową.Ciekawe czy i wy potraficie tak, jak główni bohaterowie odnaleźć swojego jesiennego demona?
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 89
Перейти на страницу:

– Przez trzy dni, Melanio. Potem traci natchnienie, szuka go w karafce, widzi na swoim ciele pająki, nienawidzi wszystkiego wokół siebie i robi się okrutny, a ty zaczynasz znowu nosić czarne okulary i fioletowy makijaż. Problem w tym, moje dziecko, że za każdym razem, kiedy wraca, ty go przyjmujesz. Musisz zrobić porządek ze sobą, a nie sięgać po Dar. Ty go nadal kochasz, moje dziecko. Gdybym była twoją matką, powiedziałabym, że cię ostrzegałam. On ma czarną aurę, dziecko. Nie ma w nim nic jasnego ani dobrego. Ma ambicje, ale nie ma talentu. A nade wszystko nie ma do niczego serca. A ty nadal go kochasz. I zawsze go przyjmiesz.

– Już nie, prababciu. Ostatnio spał na klatce i dopadł mnie, jak wychodziłam. Jest coraz gorzej i ja… Prababciu, to się skończyło. Wiem. Coś we mnie pękło. Leżał w przedpokoju i nagle zobaczyłam go takim, jakim jest naprawdę. Miałaś rację. Wpakowałam siedem lat życia w bydlaka, który jest po prostu pasożytem. Pękło i już. Nie ma. Nie kocham już, babciu. Chcę, żeby zniknął. Im prędzej tym lepiej. Skopałam go, kiedy leżał. Chcę się uwolnić, prababciu. To jest ta sytuacja. Proszę, pozwól mi.

– Dobrze więc, ja się nim zajmę. Jeżeli chcesz, to zniknie.

– Nie! – zawołała Melania. – Chcę to zrobić sama. Muszę. Chcę odzyskać godność, babciu. Jestem gotowa. I silna. Bardzo silna.

– Bo cierpisz, dziecko. Zawsze tak jest. Ale to jest zła siła. Nie masz nad nią kontroli.

Melania zamilkła. Przypomniała sobie wczorajszą trasę z Poznania. Dłonie zaciśnięte na kierownicy, podrapane kostki po niedawnym spotkaniu z ukochanym. I więcej pamiątek na całym ciele. Nic wielkiego. Siniak na żebrach, fioletowe ślady palców na udach, obtarte kolano, spuchnięty policzek. I upokorzenie. Bezsilna wściekłość. Zaschnięte łzy na policzkach, piekące oczy. I kilometr za kilometrem wstęga czarnego asfaltu, przerywana linia dzieląca świat na połowy.

Motocyklista śmignął jak pocisk wystrzelony z samolotu, niemal smagnął drzwi i zajechał jej drogę. Podskoczyła, kierownica drgnęła jej w ręku, koła zachrzęściły na żwirze pobocza. Uwolniła wtedy całą wściekłość. W wielopiętrowej wiązance, której nie powstydziłby się doker. Wymierzonej wprost w jego opięte skomplikowaną kurtką plecy znikające za zakrętem.

A w pół godziny później mijała już błyskające lampami karetki, kałużę benzyny i drobnych kryształków szkła. I tę yamahę wbitą w rozdarty bok furgonetki. I motocyklistę kołyszącego się tam i z powrotem w objęciach pielęgniarzy, obejmującego obiema rękami strzaskany kask.

Nie masz kontroli…

Zabiłam go.

Bo wszedł mi w drogę.

– A dlaczego nie zrobisz czegoś innego? Znajdź normalnego, dobrego mężczyznę. Jesteś piękna, Melanio. Może nie jak modelka, ale one w ogóle nie mają twarzy. Twojej przynajmniej nikt nie zapomni, moje dziecko. Dobrze wiesz, że wystarczy, gdy spojrzą w twoje oczy. Gdy poczują zapach twoich włosów. Kiedy zobaczą, jak się uśmiechasz. Tak dawno nie widziałam cię uśmiechniętej, córeczko. Znajdź dobrego, silnego mężczyznę. Człowieka honoru. Takiego, który nie pozwoli cię skrzywdzić. Możesz użyć do tego Daru. W tym chętnie ci pomogę. Ale to, co chcesz zrobić… To jest chore, moje dziecko.

– Prababciu – powiedziała Melania bardzo rzeczowo – nie mam siły. Nie mam po prostu siły szukać i zdobywać mężczyzny. Nie teraz. Zrozum, że ten sukinsyn…

– Język, moje dziecko – przerwała ostro nestorka. – Nie chodzi nawet o przyzwoitość i dobre maniery. Chodzi o Dar. Ty możesz zabić jednym słowem, Melanio, i to nie tego, kogo byś chciała. Nie można powierzać broni komuś, kto strzela na oślep.

– Prababciu, przepraszam – powiedziała Melania. – Chodzi o to, że on mnie wyssał ze wszystkich sił. Nie dam rady nikogo zdobyć. A takich mężczyzn, o jakich mówisz, dawno już nie ma. Nie mogę też czekać, aż wrócę do siebie. On mi nie pozwoli. Zabije mnie. – Dotknęła świeżo zasklepionego pęknięcia przecinającego cienką, wypielęgnowaną brew. – Trafił mnie pękiem kluczy, prababciu, bo otworzyłam drzwi, we własnym domu. Drzwi, za którymi siedział. Trafił mnie kluczami, bo przed świecznikiem się uchyliłam. Myślałam nad tym, babciu. Wiesz, co chcę zrobić.

– Chcesz zamienić małpę na wilka, moja droga.

– Babciu, wiesz przecież. Zresztą, zwierzęta są dużo lepsze od ludzi. Babciu, jestem gotowa. Doceń, że proszę cię o zgodę.

Nestorka zaśmiała się cynicznie.

– Prosisz nie o zgodę, ale o bransoletę. O lykopeion. Nie umiałabyś zrobić własnej. Jestem już bardziej stara, niż mogłabyś sobie wyobrazić, Melanio. Chciałabym nareszcie umrzeć. Muszę tylko skończyć edukację nestorki. Najlepiej przyszłej jesieni. Wtedy przekażę ciotce Teresie mój grimoir i umrę. W listopadzie.

– Babciu, proszę… – wykrztusiła Melania przez łzy. – Potrzebuję cię.

– Nadszedł czas, córeczko. Czekają na mnie, a ja jestem już zmęczona tym światem. Nie rozumiem go. Znacznie więcej łączy mnie z tymi, którzy odeszli, niż z wami. Daj mi odejść, prawnuczko. Chcesz swój Dar. Chcesz lykopeion. Chcesz otworzyć swój grimoir. Dobrze więc. Niech się tak stanie. Ale to znaczy, że nie będę więcej trzymać cię za rękę. Czas stanąć na własnych nogach. I tak zawsze robiłaś, co chciałaś, mała wiedźmo.

– Babciu…

– Poczekaj. – Stara kobieta wstała zza stołu i odeszła w głąb swojego mieszkania. Przez chwilę widać było jej twarz. Wypukły nos, taki sam jak u Melanii, i tak samo niesforne włosy, jednak srebrzyste i spięte w miarę możliwości w gładki kok. Srebrne, a nie ogniście rude.

Melania czekała, bawiąc się herbatnikiem i patrząc na ciężką, drewnianą ramę lustra, które dzieliło stół na dwie połowy. W mieszkaniu panował mrok. Gdzieś za oknem przejechał tramwaj.

Prababka wróciła wreszcie i przyniosła dwa woreczki z miękkiej skóry.

– Klucz do grimoiru. Lykopeion. I – z jednego z woreczków wydobyła rzeźbioną buteleczkę z ciemnego szkła – przemyj tym twarz, moja droga. Trzy krople na szklankę wody. Nie chcę cię więcej widzieć z poranioną twarzą. W tym drugim woreczku znajdziesz niektóre zioła i zamienniki. Teraz trudno je dostać. Są w szkatułce. Używaj ich oszczędnie i uzupełniaj, kiedy przyjdzie sezon.

– Dziękuję, prababciu.

– Melanio, posłuchaj. Ten cały Łukasz to potwór, zgoda. Ale ty chcesz stworzyć drugiego potwora. Posłuchaj mojej rady i nie rób tego. Rozdepcz to jego czarne serce, ale potem zacznij życie jak normalna dziewczyna w twoim wieku. Poszukaj sobie normalnego mężczyzny i spraw, by cię pokochał. Dar to nie jest proteza. Nie wolno go tak używać. Jesteśmy kobietami i ludźmi. Musimy żyć jak ludzie.

– Chyba nie umiem, babciu. Za długo to trwało.

Prababka westchnęła.

– I tak będziesz musiała. Nauczysz się. Droga na skróty zawsze się mści.

Wiesz, co masz zrobić z bransoletą. Będziesz miała go we władzy tylko wtedy, gdy będzie nosił lykopeion, a ty będziesz musiała mieć swój. Nie zdejmuj go nigdy na dłużej niż kilka godzin. A przy pełni nawet na chwilę. Będziesz pamiętać?

– Tak, babciu.

– I odeślij go natychmiast, kiedy zrobi swoje.

Cisza.

– Melanio?

– Dam mu wiedzę, babciu. I dam mu siebie.

Stara kobieta westchnęła ciężko.

– I myślisz, że to takie proste. Boże drogi, moje dziecko – to ci się nie uda. Pewnych rzeczy musisz się sama dowiedzieć. W tej sprawie już ci nie pomogę. Proszę.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 89
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)