Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Księga Jesiennych Demonów
Księga Jesiennych Demonów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Księga Jesiennych Demonów

Электронная книга - «Księga Jesiennych Demonów». Краткое содержание книги:

Pogoda na dworze niczym z koszmaru- leje deszcz a ja siedzę w domu patrząc, jak krople rozpryskują sie na czarnej ziemi.Właściwie przed chwilką skończyłam czytać ostatnie opowiadanie.Wpatruję się w to, co dzieje się za oknem i rozmyślam nad sobą, nad tym co ukrywa się w każdym z nas.Strach, ból, tajemniczośc.Czy demony istnieją naprawdę? Oczywiście, że tak! Ale czy istnieją w nas? Czy nam dokuczają? Gdzie są? Takie i inne pytania zadaje sobie po przeczytaniu debiutanckiej książki Grzędowicza.
Księga jesiennych demonów to pięć długich opowiadań, których akcja toczy się w Polsce.
Pierwsze z nich to Klub absolutnej karty kredytowej-główny bohater Zięba jest posiadaczem karty kredytowej, która ma niezwykłą moc.Jaka tego dowiecie się po przeczytaniu.Czy los świata spoczywa w rękach jednego człowieka?
Opowieśc terapeuty-czyli tytuł drugiego opowiadania.Bóg ma dosyć ludzi i ich ciągłych narzekań.Kolejny pacjent…niezwykły pacjent…białe ściany.
Wiedźma i wilk-młodziutka wiedźma Melanie bita przez swojego chłopaka postanawia wyhodować sobie nowego mężczyznę.Co z tego wyjdzie?:) Wilk przeobrażony w człowieka dusi się w nowym ciele…
Piorun- opowieść kryzysu małżeńskiego.Typowa groteska:)
Czarne motyle- według mnie najlepsze opowiadanie o poruszającym zakończeniu.Miłość, samotność i groza.
Podsumowując- książkę polecam osobom, które lubią psychologię.Fani Stephena Kinga powinni być zadowoleni i uznac to za lekturę obowiązkową.Ciekawe czy i wy potraficie tak, jak główni bohaterowie odnaleźć swojego jesiennego demona?
1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 89
Перейти на страницу:

To było pobojowisko. Z rudego, mlaskającego błota sterczały zardzewiałe kłęby zasieków, poskręcane stalowe szkielety, wszędzie leżały trupy. Stawiałem ostrożnie kroki, buty grzęzły w błocie przesiąkniętym krwią, patrzyły na mnie szare twarze z wytrzeszczonymi oczami, szczerzyły się zęby, sztywno sterczały ręce z zakrzywionymi w skurczu palcami. Rozkrzyżowani na ziemi, zwinięci w kłębek, półsiedzący. W szarych, brązowych i zgniłozielonych mundurach z kosmatego sukna, skórzanych zbrojach, porąbanych żelaznych pancerzach. Z mgły wyłoniła się ogromna kanciasta sylwetka tygrysa królewskiego, o pancerzu pokrytym chropawym cimeritem, z przekręconą w bok wieżą i zwieszoną ku ziemi lufą. O gąsienicę opierał się plecami leżący hoplita w brązowym hełmie zasłaniającym twarz; przerąbany grzebień hełmu wieńczyło końskie włosie.

Szedłem. Musiałem iść. Starałem się tylko nie deptać po twarzach, nie potykać o korpusy. Patrzyłem na klęczącego samuraja, który tkwił odchylony do tyłu z odrzuconymi na boki rękami, w każdej dłoni trzymając miecz. Na francuskiego grenadiera, który zastygł w wiecznym ukłonie nabity na rzymskie pilum, z drzewcem pogrążonym głęboko w błocie.

Nad pobojowiskiem snuł się dym. Kiedy kłęby trochę rzedły, widać było, że ciągnie się w nieskończoność. Pobojowisko ludzkich żywotów, uczuć i nadziei. Wielkie Śmietnisko świata. Dolina Rozpaczy. Har Mageddon.

Szedłem. Trzeba było iść.

Szedłem na wzgórze.

Było tak samo jałowe, puste i spowite dymem, jak wszystko tutaj. Górą ciągnęły kohorty chmur, kłębiących się nienaturalnie szybko pod niebem koloru stali.

Snuli się wśród kłębów mgły, martwo jak lunatycy.

– Niestety, zrobiliśmy wszystko co w ludzkiej mocy – powiedział obojętnie lekarz. – teraz już wszystko w rękach Boga.

Ominąłem go.

Fox skomlał z wysiłkiem i patrzył na mnie z rozpaczą. Ufał mi. Błagał o pomoc. Wiedział, że wyciągnę go z tarapatów. Bał się. Prosił.

A ja nic nie umiałem zrobić. Zanim skonał, polizał mnie w dłoń.

– Zawiodłem się na tobie. Zawiodłem ostatecznie – powiedział ojciec pękniętym, drewnianym głosem i odwrócił się do mnie plecami.

– Od początku byliśmy nieporozumieniem – powiedziała Anita. – Po prostu spotkałam kogoś lepszego. Jeszcze będziesz mi wdzięczny.

Szedłem. Po prostu musiałem wejść na ten szczyt.

– Budzę się i zwyczajnie dłużej nie mogę – powiedziała Marzena. – Miałeś mi pomóc. Dlaczego mi nie pomagasz? Zrób coś. Zrób, proszę, bo któregoś dnia nie wytrzymam i wreszcie to zrobię.

– Jesteś miły, ale nie jesteś facetem, z którym chciałabym budować sobie życie. Nic nie umiesz z siebie dawać. Nic, czego potrzebuję – powiedziała Monika.

– Przyjaciel to ktoś, na kogo można liczyć – powiedział Paweł. – A ja mam pracę i rodzinę. Na mnie na pewno nie możesz liczyć. Mam ważniejsze sprawy.

Musiałem tylko wejść na szczyt wzgórza. Wśród skał, dymu i rozpaczy.

– Zabiła się. Przez ciebie. Tak jakbyś ją wypchnął przez to okno.

Trzeba stawiać nogi ostrożnie, wymacując miejsca pomiędzy ostrymi jak szkło skałami. Łatwo trafić na szczyt. Po prostu trzeba iść pod górę. Cały czas pod górę. Kiedy nie ma już żadnego „pod górę”, to jest się na szczycie.

Siedział tam nieruchomo, zgarbiony, z dłońmi zwieszonymi bezradnie pomiędzy kolanami, i patrzył na nie kończące się pobojowisko w dole.

Oparłem mu dłoń na ramieniu.

– Nie chcę – powiedział, nie patrząc na mnie. – Nie wrócę.

Obszedłem skałę, tak żeby musiał spojrzeć mi w twarz.

Nie jestem sędzią. Moim zadaniem nie jest oskarżać ani ferować wyroki. Świat jest pełen takich, którzy to kochają. Ja jestem tym, który umie słuchać. Kiedy podejmę się komuś pomóc, jestem po jego stronie. Nazywamy to „bezwarunkową akceptacją”.

Ale byłem też człowiekiem. Nie siedziałem za swoim biurkiem, tylko szarpany wiatrem stałem na wzgórzu nad Doliną Rozpaczy i patrzyłem w twarz Sprzedawcy Zwierząt. Wiedziałem, że powiem mu to, co czuję. Przyszedłem tam w imieniu wszystkich, takich jak ja, którym dano maleńki kawałeczek czasu, kawałek świata pod nogami i niewiele więcej. Wszystkich, którzy wrzuceni w młyn będący kosmiczną maszyną losującą marzyli, szukali chociaż odrobiny szczęścia i na koniec mieli wrażenie, że ich oszukano. Mówiłem jako człowiek. I wydawało mi się, że wiele od tego zależy.

Uniósł głowę i spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

– To nie twoja wina – powiedziałem. – Dobrze zrobiłeś.

Nie dopalił fajki, nie dopił whisky. Nawet chyba nie dośpiewał „Sound of Silence” do końca.

Odszedł tam, gdzie było jego miejsce. Przy moim stole został tylko martwy, stary sprzedawca zwierząt, wrażenie, że chciałem tak wiele powiedzieć i nie zdążyłem. I pustka.

I dźwięk ciszy.

Płakałem dzwoniąc po pogotowie.

– Serce – powiedział surowo lekarz. – Nie powinien był palić tytoniu ani pić alkoholu, ani jeść wysokobiałkowych potraw. Można bić na alarm w nieskończoność, przedstawiać statystyki, powtarzać i tłumaczyć. Nic!

Spojrzał na mnie z potępieniem, jakby uważał, że to ja go zabiłem. Ludzie kochają potępiać.

I to już cała opowieść. Pieniędzy wystarczyło mi na kawałek ziemi tam, gdzie nawet diabeł rzadko zapuszcza się, żeby powiedzieć „dobranoc”.

Rzadko się odzywam. Mam dach nad głową, łóżko, stół i krzesło. Patrzę na las. Gotuję, piłuję drewno, pędzę śliwowicę. Piszę. Czasem schodzę do wsi, siadam w gospodzie albo pod sklepem. Nie zaczepiają mnie. W milczeniu stawiają mi piwo albo kieliszek wódki.

Czasem ktoś ze wsi w dolinie przychodzi ścieżką przez las i siada przy drewnianym stole przed moim domem, żeby coś mi opowiedzieć. Czasem chodzi o bóle w piersiach, a czasem o krzywdę lub winę. Wiedzą, że nikogo nie osądzam. Najwyżej pokręcę w milczeniu głową. Wtedy odchodzą. Ale to zdarza się rzadko. Zazwyczaj zgadzam się położyć na kimś ręce.

Nie ciągną do mojej chaty żadne pielgrzymki, nie przyłażą wiejskie dewotki. Miejscowi nikomu o mnie nie mówią. Boją się milczącego, siwego człowieka. Wiedzą, że chcę być sam.

Wieczorami siadam na schodach i patrzę w rozgwieżdżone niebo. Patrzę w ciemność. W takie noce smutek świata prawie do mnie nie dociera. Nie słychać szlochu ani złorzeczeń. Słychać tylko ciszę.

Hello darkness my old friend, I’v come to talk with you again…

Zupełnie nie umiem śpiewać.

25 listopada 2002

WIEDŹMA I WILK

– Muszę go mieć, prababciu – powiedziała Melania do lustra, wycierając nos. – Muszę.

Siedząca po drugiej stronie owalnego intarsjowanego stołu stara kobieta kryła twarz w cieniu, ale widać było siatkę drobnych i głębokich zmarszczek, niczym na miękko wyprawionej skórze. I jeszcze kołnierzyk spięty kameą w srebrze. Jej podbródek, drobny i ostry, drżał lekko. Milczała.

Tykał skrzynkowy zegar, lampa z witrażowym abażurem rzucała ciepły blask na stół, drobny sterczący podbródek, białą koszulę, kameę i dłonie prababki.

Staruszka sięgnęła po filiżankę i upiła łyk herbaty. Melania czekała, dygocąc od wstrzymywanego szlochu.

– Proszę…

– Moje biedne dziecko… – powiedziała prababka. – Przecież znasz zasady. Pamiętaj o stosach.

– Prababciu, proszę…! – jęknęła Melania ze zniecierpliwieniem. – Co się ma jeszcze stać, żebyś zrozumiała, że to właśnie jest ta sytuacja. Muszę!

– Zrób to, co może zrobić zwykła kobieta. Wezwij policję. Wypędź go. Rozwiedź się.

– Nie jesteśmy, chwała Bogu, małżeństwem, prababciu, i dobrze o tym wiesz. Już wzywałam policję. Znają mnie. Nie chcą przyjeżdżać. A jak mam go wypędzić, kiedy nie chce wyjść? Siłą? Jest silniejszy! Wraca. Wszędzie mnie znajduje. Wraca z kwiatami, z tymi swoimi czarnymi, bezbronnymi oczami i prosi o pomoc… Pisze wiersze i…

1 ... 33 34 35 36 37 38 39 40 41 ... 89
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)