Żelazna rada [Iron Council - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-352-3
- Переводчик: Tomasz Bieron
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żelazna rada [Iron Council - pl]». Краткое содержание книги:
Między domami młode bawią się ulepionymi z mułu golemami, tak jak dzieci crobuzońskie grają w kulki i pstrykane stivery. Judasz robi notatki i heliotypuje. Nie jest ksenologiem. Nie wie, według jakich kryteriów zdecydować, co jest ważne. Chciałby zbadać wszystkie te czary — instynktowny kamuflaż, ich golemy, ich zielarską medycynę czy wyodrębnianie momentów.
Nie zna ich imion i nie wie nawet, czy mają imiona. Niektórym sam je nadaje na podstawie pewnych fizycznych cech charakterystycznych: Czerwonooki, Leciwy, Koń. Judasz pyta Leciwego o figurki z błota. Jego informator odpowiada, że to zabawki albo gry, coś w tym rodzaju.
— Czyli już ich nie robicie? — pyta Judasz.
Stiltspear prycha i zakłopotany patrzy w niebo. Judasz już się nie czerwieni, kiedy popełni jakąś gafę. Jeśli dobrze zrozumiał, dorosłym osobnikom nie wypada lepić figurek. To byłoby tak, jakby dorosły Crobuzończyk załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne jak niemowlę.
Judasz towarzyszy samicom. Szklą się w dziennym świetle. Łapią całe naręcza opancerzonych pająków wodnych, które są większe od dłoni Judasza, doją ich jedwab i tkają z niego sieci między korzeniami i zanurzonymi gałęziami, zamieniając cieki wodne w pułapki na ryby.
Judasz zauważa coś niezwykłego. Zwinna mięśnioryba zgina się w pół, połyskując łuskami w kolorze lapis lazuli. W tej samej chwili słyszy szybkie, kilkuwarstwowe, rytmiczne buch, buch, buch, buch, kilku samic unisono, i mięśnioryba nieruchomieje. Zastyga w wodzie jak w bursztynie. Samice przestają skandować i ryba się porusza, ale jest już za późno, bo jedna z łowczyń nabija ją na swoją organiczną włócznię. Kilka dni później Judasz jest świadkiem tego samego: ledwo słyszalny chór, buczące mruczenie, które na moment paraliżuje zwierzynę.
W głębszych odnogach pływają słodkowodne delfiny, brzydkie stworzenia, które wymieniają materiał genetyczny w obrębie małej grupy. Prychnięcia sarkozucha przerażają je. Małe stiltspeary próbują nauczyć Judasza, jak się lepi figurki. Uznały, że jest dzieckiem tak jak one. Jego próby są koślawe i wzbudzają westchnienia, które u stiltspearów są wyrazem śmiechu.
Kiedy one śpiewają swoim statuetkom, Judasz z humorem usiłuje je naśladować. Wie, że tylko tak może wkupić się w ich łaski: grając błazna.
— Szalabalu! — mówi.
— Kallam kalaj kaza!
I oczywiście nic się nie dzieje, i oczywiście wszystkie wprawiają swoje figurki w ruch, a jego oklapnięte dzieło przelewa mu się przez palce.
Choć lato zbliża się ku końcowi, powietrze jest rozedrgane od upału. Słychać strzały. Na dźwięk tej odległej perkusji strzelb wszystkie stiltspeary zastygają w kamuflażu i przez kilka chwil Judasz przebywa w zagajniku udawanych drzew. Kiedy powraca cisza, stiltspeary stopniowo powracają do swojej prawdziwej postaci. Wszystkie patrzą na Judasza.
Przybyli myśliwi, obwieszeni trupami bagiennych zwierząt. Badają moczary i zbierają egzemplarze flory i fauny.
Judasz mija jednego z nich w odległości dziesięciu metrów, ale nauczył się poruszać w tym środowisku, dlatego myśliwy go ani nie słyszy, ani nie widzi, tylko unosi strzelbę i z tępą miną patrzy przed siebie tuż koło Judasza. Drugi jest bardziej spostrzegawczy: mierzy mu w pierś.
— Kurna buda — bluzga — o mało cię nie zastrzeliłem. — Czujnie przygląda się ubraniu i bagiennej bladości Judasza. Pokazuje kciukiem na północ. — Reszta jest tam, cztery-pięć kilometrów dalej. Bądź tam przed zachodem słońca.
Tubylcza fauna ucichła. Nie ma zwyczajowego ćwierkania, szelestów i plusków. Judasz zwalnia kroku. To jest kluczowy moment i chociaż może winić tylko sam siebie, że znalazł się w tym miejscu, musi zamknąć oczy i pomyśleć o tym, co będzie i co było. Nie puści tej chwili: trzyma się jej jak pies czyjejś nogawki, póki czas nie wyrywa się zakrwawiony. Judasz powraca do teraźniejszości i jest smutniejszy niż przedtem.
— O rany — wzdycha.
Jest jakąś poronioną rzeczą w czasie. Przechodzi go dreszcz.
Wypustka twardej ziemi, pomost. Polana na skraju dużego torfowiska, płaskie i zaśmiecone połacie delikatnie poruszającej się cieczy. Nowa ścieżka między ociekającymi drzewami, do skupiska namiotów, wozów i glinianek z omszałymi dachami. Słychać strzały.
Judasz niesie w plecaku prezent i bukiet bagiennych kwiatów. Widzi grupę mężczyzn w zabrudzonych białych koszulach i grubych spodniach. Analizują mapy i patrzą przez zagadkowe instrumenty. Gotują jedzenie w kociołkach nad ogniskami, które plują kulami oleistego dymu, czarnego jak wydzielina kałamarnicy. Zdawkowo pozdrawiają Judasza. Na pewno wygląda dla nich jak duch z mokradeł. Prze-tworzone zwierzęta myśliwskie robią się nerwowe na jego widok.
Dowódca wstaje. Jest mężczyzną w podeszłym wieku, ale wciąż jeszcze krzepkim i żylastym jak wilk. Judasz patrzy tylko na niego, idzie za nim do jego pokoju z brezentowymi ścianami.
Światło skąpo przenika przez płótno, oświetlając proste meble z ciemnodrzewu, szafkę, z której po rozłożeniu robi się łóżko.
Starszy mężczyzna podsuwa sobie zmaltretowany bukiet pod nos. Judasz jest zdezorientowany — zapomniał zasad cywilizowanego życia. Czy powinien dawać kwiaty temu starcowi? Ten jednak reaguje życzliwie, wącha wciąż jeszcze piękne kwiaty i wkłada do wody.
Trzyma się prosto. Włosy ma siwe, precyzyjnie zebrane w koński ogon, a oczy czujne, jasnoniebieskie. Judasz grzebie w torbie — strażnicy tężeją i unoszą pistolety — i wyjmuje z niej figurkę.
— To dla ciebie — mówi. — Dzieło stiltspeara. — Mężczyzna przyjmuje podarek z autentyczną, jak się wydaje, przyjemnością. — To jest bóg — wyjaśnia Judasz. — Ich rzeźba i inne dziedziny sztuki nie są zbyt rozwinięte. Robią tylko proste rzeczy. — Figurka przedstawia owiniętego sznurkiem ducha przodków. Judasz ulepił ją sam. Mężczyzna przygląda się okutanej twarzy figurki. — Mam pytanie — kontynuuje Judasz. — Nie wiedziałem, że będziesz tutaj osobiście…
— Zawsze kiedy zdobywamy nowy teren. To jest święte dzieło, synu.
Judasz kiwa głową, jakby usłyszał coś cennego.
— Na bagnach mieszkają ludzie. Można powiedzieć, że jestem tutaj jako ich rzecznik.
— Myślisz, że o tym nie wiem, synu? Że nie wiem, po co tutaj przybyłeś? Właśnie dlatego ci powiedziałem, że wykonujemy święte dzieło. Chcę ci zaoszczędzić zmartwień.
— Oni nie są tacy, jak ich opisano w bestiarium Shaka…
— Synu, mam ogromny szacunek dla jego Potencjalnie mądrych, ale nie musisz mi tego mówić. Już dawno nie uważam tej pracy za, nazwijmy to, naukowo rzetelną. Nie ma takiej kwestii.
— Ale… Muszę wiedzieć… Muszę wiedzieć, jaką trasę planujecie, bo tubylcy, stiltspeary… Nie wiem, czy są przygotowani na zmiany, które moglibyście ze sobą sprowadzić…
— Nie chcę ich krzywdy, ale, na bogów i na Jabbera, nie zawrócę z obranej drogi — nie mówi tego agresywnym tonem, ale misjonarski zapał w jego głosie przejmuje Judasza dreszczem. — Musisz zrozumieć, synu, o co tutaj chodzi. Nie planuję zagłady twoich stiltspearów, ale jeśli nasze drogi się przetną, to ich zmiażdżę. Masz świadomość, co tutaj widzisz? Każdy z nas i każdy, kto przyjdzie, każdy robociarz, każdy skryba, każda obozowa dziwka, każdy kucharz, jeździec i prze-tworzony… wszyscy jesteśmy misjonarzami nowego kościoła i nic nie powstrzyma naszego świętego dzieła. Nie chcę być dla ciebie niemiły. Czy to jest wszystko, co masz mi do powiedzenia?