Sami Swoi
- Автор: Мулярчик Анджей
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Sami Swoi». Краткое содержание книги:
Film Sami Swoi cieszy się popularnością aż po dziś dzień. Został on oparty na książce pod takim samym tytułem. Książka ta została napisana przez Andrzeja Mularczyka, który również napisał scenariusz do filmu Sami Swoi.
Początek filmu Sami Swoi jest nieco mało sielankowy… Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, Władyk Kargul zaorał miedze na trzy palce i w końcu polała się krew. Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula, musiał wyemigrować do Ameryki. Tenże Jaśko, teraz John, przyjeżdża po wojnie do Polski i zastaje sytuację niezwykłą – obie rodziny żyją w zgodzie i harmonii. Tak jednak nie od razu było, ale życie zmusiło emigrantów zza Buga do zakończenia dawnego sporu, a miłość Witii Pawlaka i Jadźki Kargulanki połączyła ich więzami rodzinnymi.
– W porządku – dobiegła odpowiedź Kokeszki.
– Leży? – upewniał się zadowolony Pawlak, zsuwając baranią czapkę na tył głowy.
– Uciekł – poinformował z ulgą Kokeszko, rad z chybionego strzału.
– No i takeśmy się obronili…
Rozdział 22
Kruk, co kracze nad domem twego wroga, niekoniecznie tylko jemu przepowiada zły los. To nieszczęście równocześnie spadło i na Pawlaka, i na Kargula. Ledwie Kargul popieścił wzrokiem marcowe oziminy, które pokryły zieloną runią położone za stodołą pola, a już w kwietniu patrzył na to samo pole z bezmierną rozpaczą. Wśród zielonej runi biegły kręte labirynty spulchnionej ziemi, zewsząd ziały dziury, którymi myszy przenikały do swych korytarzy, biegnących pod korzeniami wyrastającego zboża. Wydawało się, że ziemia puchnie w oczach, rusza się, jakby pod cienką warstwą gruntu płynęły wartkie potoki, bił jakiś puls. Że Kargula pole plaga myszy obsiadła – to Pawlaka tylko mogło cieszyć. Gorzej, że i jego pole tak wyglądało, że tylko siąść i zapłakać.
– Kaźmierz – usłyszał dobiegające ze stodoły wołanie babci Leonii – Taż to koniec świata. Na klepisku stały wypełnione zbożem worki, przygotowane do młyna. Sypało się z nich ziarno, wyciekało srumyczkiem z wyciętych przez myszy dziur. Gryzonie bezczelnie tańczyły między workami, potrącając się w tłoku jak tłum na deptaku. Nic sobie nie robiły z tego, że babcia Leonia rzuciła w nie chodakiem.
– Ty widział, jak nas niebo bezlitośnie doświadczyło? U Karguli nie lepiej – pocieszał matkę Kaźmierz.
– Znaczy, że Pan Bóg nas wysłuchał i zesłał wreszcie te straszliwe plagi na Kargulowy ród.
– Tylko, że się czut-czut za bardzo rozpędził i na naszą miedzę nie zważał – Kaźmierz podstawił dłoń pod wyciętą przez myszy dziurę w worku i patrzył, jak jego trud i znój wycieka z worka niczym krew z rannego.
– Że Kargulowy siew ta zaraza wyżarła, to sprawiedliwie, ale że nasz? Ot i nastał koniec na samym początku. Babcia utknęła między workami, a myszy bezczelnie deptały jej po nogach. Westchnęła, wznosząc oczy do góry.
– Jakże ty mógł, dobry Panie Boże, tak pomylić sia? Mały Pawełek, trzymany za ręce przez Marynię, próbował stawiać pierwsze kroki na klepisku stodoły. Jego uwagę zwróciły żywe jak rtęć gryzonie: śmieje się do nich bezzębnymi ustami.
– Ot, człowiecze – westchnął szczerze Pawlak.
– Jednemu do śmiechu, drugiemu do zdechu. I cóż tu na te plage poradzić? – Bez kota nie ma dla nas życia – zdecydowała Marynia – Nawet w sadzie myszy po drzewach spacerują. Bez kota ani owocu, ani chleba nie będzie. Popatrzył Kaźmierz na klepisko, na sypiące się z dziurawych worków ziarno, popatrzył na podminowane mysimi korytarzami pole i na sad opanowany przez stada gryzoni.
– Witia – zdecydował.
– Jutro w mieście targ. Bierz rowera i bez kota nie wracaj.
– A bez bumagi dadzą?
– A tobie na co bumaga? Weźmierz na ramę dwa kwintale pszenicy i kota kupisz…
– A ja myślał, że jego z UNRRY dostaniemy, jak Kargul.
– Co Kargul? – Pawlak postawił czujnie uszy.
– Co on znów knuje, łapciuch jeden?
– Podanie złożył i konia od UNRRY dostał. Jutro się wybiera odebrać. Kaźmierz podszedł bliżej do syna i zajrzał mu prosto w oczy.
– Ty może od Jadźki to wiesz, a?
– Od wójta. Przez niego to Kargul załatwił, że za szesnaście tysięcy na raty konia dostanie.
– Ot, namolny – nastroszył się Kaźmierz i spojrzał z nienawiścią na sąsiada, który właśnie wyszedł na ganek i oporządzał końską uprząż.
– To on brata mego do Ameryki przegnał, a teraz wstydu nie ma od Amerykańców konia brać? Takiemu nic, tylko muchomora zadać! Kargul, chcąc rozdrażnić Pawlaka, demonstracyjnie smarował lejce sadłem. Jutro miał nastąpić dla niego wielki dzień: posiądzie wymarzonego konia, bo cóż to za gospodarz, co nie ma czego do pługa zaprząc?
– Nu, ciekawość, czy jemu ten koń myszy wyłapie – rzucił Pawlak, z niechęcią przyglądając się przygotowaniom sąsiada.
– Tylko ty, Witia, żartego kota wybierz, co by był kat na myszy!!!
Rozdział 23
Każda podróż jest jak wojna: nieważne, ile trwa, ważne, byś z niej wrócił. A w tamtych czasach rzadko wracało się z drogi bogatszym, niż się wyruszało. Marynia bardzo się bała, że Witia, wybierając się na rowerze po kota, może wrócić i bez roweru, i bez kota. Pomagając synowi przywiązać sznurkami na ramie roweru pękate worki z pszenicą, ostrzegała go przed złodziejami i szabrownikami, którzy kłębili się na targu. W rok po wojnie targ w Lutomyślu był miejscem, gdzie wszystko chciano sprzedać, wszystko chciano kupić, ale najchętniej zamienić. Ten system wymiennego handlu rozpowszechniali żołnierze radzieccy i polscy szabrownicy: wyładowany poniemieckim dobrem wór lub waliza wymieniany był na inny wór bez sprawdzania zawartości. „Machniom?” – padało pytanie i obaj uczestnicy transakcji wymieniali worki, by po chwili, zajrzawszy do nich, przekonać się, czy wygrali na tym hazardzie, czy też stracili. „Machniom?” – Witia słyszał bez przerwy wokół siebie, gdy pchał przez targowisko obciążony pszenicą rower. „Machniom?” – zaproponował mu Kałmuk w furażerce, wskazując stojącą na ciężarówce trzydrzwiową szafę, wyładowaną poniemieckimi rzeczami i zamkniętą na klucz. Żołnierz liczył, że worki, przewieszone przez ramę roweru, zawierają nie byle jakie skarby. Głównie w cenie były suknie ślubne, które z ziem zachodnich wieziono do centralnej Polski. W tym czasie zawierano wiele ślubów i łatwiej było o narzeczoną niż o suknię ślubną. Kałmuk szarpał kierownicę roweru, oferując w zamian całą szafę wraz z zawartością. Kto wie, co mogła zawierać? „Warszawiak” opowiadał Wieczorkowej, że w jesieni w takiej zamkniętej na klucz szafie, którą ktoś wziął za walizkę pełną budzików, odkrył potem wśród futer i garniturów wiszącego trupa SS-mana w galowym mundurze.
– Machniom? – zatrzymał Witię na skraju targowiska brodaty szabrownik, wskazując owiązaną sznurkiem walizę u swoich stóp. Witia pokręcił przecząco głową:
– Kota szukam.
– Kota? – zaśmiał się rozbawiony handlarz, ubrany mimo majowego słońca w damskie futro z norek.
– A może tygrysa? Witia powoli pchał swój obciążony workami pszenicy rower przez kłębiący się tłum. Osadnicy w wypłowiałych mundurach mieszali się z Niemkami, które trzymając na ręku sukienki lub koce, zerkały łakomym wzrokiem na sprzedawców żywności. Na rozłożonych pałatkach namiotowych handlarze z Łodzi, Poznania czy Łomży oferowali słoiki z topionym masłem albo pokrojone na ćwierćkilowe kawałki połcie słoniny: leżały na ziemi, pokrojone na dziesięciodekowe kawałki, kaszanka i kiełbasa; poniemiecki dywan można było uzyskać za ćwierć kilo spyrki, stojący zegar szafkowy z mosiężnymi ciężarkami za torebkę cukru. Witia zagapił się na moment na plakat: – „Ziemie Odzyskane -twoja macierz i przyszłość”. Poczuł, że ktoś kładzie rękę na siodełku jego roweru. Obok niego stał ślepy na jedno oko mężczyzna, który miał na sobie trzy marynarki, a w ręku dzierżył brezentowy wór.
– Machniom? – zaproponował, potrząsając ciężkim worem.
– A co pan ma?
– Dziesięć damskich sukien, a do tego lakierki. Machniom? I wtedy właśnie Witia usłyszał dźwięk, który poderwał go jak trąbka kawaleryjskiego ogiera. Jastrzębim wzrokiem wypatrywał wśród kłębiącego się tłumu źródła tego dźwięku: tak, nie mylił się, to było miauknięcie prawdziwego kota! Tkwił w złotej klatce po jakiejś papudze i mrużył oczy, miaucząc z wściekłości, bo jakiś chłopak drażnił go wetkniętą między pręty króliczą łapą do ścierania kurzów. Barokowa klatka wisiała na końcu kija, który trzymał na ramieniu handlarz w kraciastej cyklistówce.