Sami Swoi
- Автор: Мулярчик Анджей
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Sami Swoi». Краткое содержание книги:
Film Sami Swoi cieszy się popularnością aż po dziś dzień. Został on oparty na książce pod takim samym tytułem. Książka ta została napisana przez Andrzeja Mularczyka, który również napisał scenariusz do filmu Sami Swoi.
Początek filmu Sami Swoi jest nieco mało sielankowy… Przed wojną kargulowa krowa weszła na łąkę Pawlaków, Władyk Kargul zaorał miedze na trzy palce i w końcu polała się krew. Jaśko Pawlak, uciekając przed karą za pocięcie kosą Kargula, musiał wyemigrować do Ameryki. Tenże Jaśko, teraz John, przyjeżdża po wojnie do Polski i zastaje sytuację niezwykłą – obie rodziny żyją w zgodzie i harmonii. Tak jednak nie od razu było, ale życie zmusiło emigrantów zza Buga do zakończenia dawnego sporu, a miłość Witii Pawlaka i Jadźki Kargulanki połączyła ich więzami rodzinnymi.
– Niech ciężarówkę załatwi – proponował szeptem Wieczorek. Żaden z nich nie miał wątpliwości, że sprawiedliwość jest po ich stronie. – Ano, w imię boże zaczynamy – wyszeptał Kaźmierz, przykucnąwszy przy żelaznej barierce mostku.
– Idź pierwszy – zaproponował Kargul, popychając lekko Pawlaka.
– Swojej babie możesz rozkazywać – prychnął Kaźmierz, buchając parą z ust.
– Idź ty pierwszy!
– A niby czego?! – opierał się Kargul, podejrzewając serdecznego wroga o jakiś podstęp. A nuż strzeli mu z tyłu w plecy?
– Bo głos masz jak dzwon. Jak ty hukniesz „ręce do góry”, to tak będą silnie przestrachane, że aż przykucną.
– Alem większy i szybciej mnie dojrzą.
– Owa! – Najwyżej uciekną!
– Ty konusowaty – przekonywał szeptem Kargul.
– Bliżej prześlizgniesz sia… Wieczorek dość już miał tej wymiany zdań. Ruszył chyłkiem pierwszy, za nim Witia z „panzerfaustem”. Byli tak blisko młyna, że nawet mimo szmeru płynącego pod cienkim lodem potoczku usłyszeli rozmowę Kokeszki z „warszawiakiem”. Trzymający pod pachą dubeltówkę Tadeusz Budzyński domagał się, żeby Kokeszko sam wziął się do rozmontowania żaren. Zmarznięty Kokeszko, przestępując z nogi na nogę, targował się zajadle.
– Najpierw pokaż pan te wdówke.
– Będzie czas potem – niecierpliwił się „warszawiak”.
– Nie kupuję kota w worku – upierał się Kokeszko.
– Obiecałem: ty nam młyn, my tobie kobitkę – „warszawiak” użył znanego już dobrze Pawlakowi argumentu.
– Musimy sobie pomagać, nie? Kokeszko jednak obstawał przy swoim: doprowadzi transakcję do końca, ale najpierw musi zobaczyć towar, który mu przyszykowali. Zrezygnowany „warszawiak” otworzył drzwi szoferki i wyprowadził na migotliwe światło łuczywa pulchną kobietę, której obfite kształty dały się dostrzec mimo okrywającego ją długiego kożucha. Kokeszko podszedł, by zajrzeć jej w oczy. W tej chwili Pawlak i Kargul pojęli, za jaką cenę ich młynarz dopuścił się zdrady. Na dany przez Pawlaka znak z jednej strony wyskoczył Kargul z Wieczorkiem – z drugiej on i Witia.
– Ręce do góry! – ryknął Kargul, nie bardzo wiedząc, kogo właściwie ma wziąć na muszkę: Kokeszkę, wdówkę, „warszawiaka”, który rzucił pod nogi dubeltówkę, czy też tych dwóch nieznajomych, co zastygli pod czerwonym murem młyna z szeroko rozdziawionymi gębami.
– Wy skąd? – Kaźmierz lustrował wszystkich wzrokiem. Pierwsza cienkim głosem odezwała się wdówka, składając ręce jak do modlitwy:
– Z sąsiedniej gminy, panie łaskawy.
– Ona wdowa, a pan Kokeszko żony szukał, tak poszliśmy jemu na rękę – jąkając się wyjaśniał kierowca ciężarówki.
– Ot, chwost złodziejski jeden z drugim – zaburczał groźnie Kargul. -To wy swoim rodakom ciemną nocą przyszli krzywdę zrobić? – Nam też ciężko bez chleba żyć – usprawiedliwiał się jeden z szabrowników.
– Młynarz nam potrzebny, bo inaczej baby nie zechcą się u nas osiedlać, a co to życie bez baby, jak się pięć lat w stalagu przesiedziało?
– Ksiądz nas nawet pobłogosławił na te droge.
– „Warszawiak” bezczelnie powołał się na najwyższe autorytety.
– Aj, Bożeńciu, taż jak ten naród ma do królestwa niebieskiego wejść, jak on od złodziejstwa zaczyna? – rozżalił się na głos Kaźmierz.
– To wy w imię Boga na szaber przyszli? – wtórował mu basem Kargul, trącając lufą pierś „warszawiaka”. Ten najwidoczniej postanowił ratować swoją skórę kosztem Kokeszki i gestem wskazał na skurczonego ze strachu młynarza.
– On nam pozwolił. Mówił, że on tu panem.
– Ot, pierekiniec – Kaźmierz prychnął parą jak parowóz i podszedł do Kokeszki, który odruchowo zasłonił się rękoma.
– Taż jaki z niego pan?! On nasz, trofiejny! – teraz skierował lufę na „warszawiaka”: -Ty koniokradzie jeden! Taż ja już raz tego fachowca od ciebie kupił!
– Ale przez pomyłkę…
– Taż jaka tu pomyłka, jak ja za niego flaszkę brymuchy dał? – Ale za weterynarza – upierał się przy swoim „warszawiak”.
– A okazało się, że to młynarz! A na te czasy młynarz i piekarz to na wagę złota. Kokeszko postanowił ratować skórę za wszelką cenę. Wskazując dramatycznym gestem ekipę szabrowników, oskarżył ich o przekupstwo, stręczycielstwo i łamanie godności ludzkiej.
– Brońcie mnie, ludziki kochane – zaapelował do Pawlaka i Kargula, składając ręce jak do modlitwy.
– Brońcie mnie, choćby kulą, bo słaby mam charakterek, na baby i spirytus łakomy jestem.
– Ot, nowinę rzekł – mruknął ponuro Kargul nie odwracając lufy od piersi Kokeszki.
– Ale oni mi dają to, czego pan nie chce obiecać – oskarżył go Kokeszko.
– Wdówkę mi przywieźli na pokuszenie, żebym tylko się przeniósł do ich gminy.
– A niech sobie jego zabierają – zawyrokował Kargul, repetując karabin.
– Tylko że im grabarz będzie dla niego potrzebny! Kokeszko ukląkł na śniegu, wzniósł ręce błagalnie ku człowiekowi, w którym pragnął widzieć swego teścia.
– Panie Kargul! Jak mi dacie Jadźkę to ja zostanę wierny do końca życia.
– Chyba dwa razy chce pan żyć – zapiszczała wdówka.
– Bo przed chwilą mnie pan to obiecywał.
– Zastrzelić drania – Witia wysunął się do przodu ze swym „panzerfaustem”.
– Raz będzie spokój!
– Tylko nie z „panzerfausta” – ostrzegał Wieczorek.
– On pół młyna rozwali.
– Młyna szkoda – zgodził się Kaźmierz.
– Ale nie złodziei! – Wszyscy pod ścianę! – ryknął Kargul, najgłośniej jak tylko potrafił.
– Co, mnie też? – trzęsąc się ze strachu Kokeszko czepiał się zgrabiałymi rękoma łokcia Kargula.
– Zięcia pan chcesz zabić? – Jaki tam z niego zięć – Kaźmierz popchnął Kokeszkę w stronę muru i wycelował w niego karabin.
– Taki sam szabrownik jak reszta.
– Wszystkim ten sam los!
– Pewnie – przytaknął Witia, patrząc nienawistnie na Kokeszkę.
– A czego wy się jego życiem rządzicie, a? – Kargul patrzył teraz koso nie na szabrowników, ale na swoich sąsiadów.
– On wspólny jest.
– Taż jaki on wspólny? – zaperzył się Kaźmierz.
– Kto jego zdobył?
– A kto jego karmił?
– Boś se chciał jedne portki więcej w chałupie zaplenić.
– Moja chałupa i mogę w niej robić, co chcę.
– I takeś go wykarmił, że nas cudzym sprzedał.
– Wyspowiada się i będziem mieli młynarza.
– Ale najpierw pogrzeb – zdecydował Pawlak, repetując karabin. Kargul podbił lufę do góry. Zderzyli się ze sobą karabinami i mocowali, grzebiąc nogami w śniegu. Na znak „warszawiaka” szabrownicy, ciągnąc za rękę wdówkę, wymknęli się za róg młyna i podbiegli mostkiem w stronę ciężarówki. Kokeszko stał, przygwożdżony spojrzeniem Witii. U jego stóp leżała porzucona przez „warszawiaka” dubeltówka. Jej właściciel wychylił głowę zza rogu młyna i trzymając dłonie przy ustach, krzyknął do Kokeszki: „Powiedz pan, jakie pan lubisz kobitki, bo ja muszę w końcu młynarza zdobyć!” Te słowa podziałały na Kargula i Pawlaka jak zimny prysznic. Kaźmierz porwał z ziemi dubeltówkę i wcisnął ją w ręce ogłupiałego Kokeszki. Gestem wskazał mu uciekającego chyłkiem przez mostek „warszawiaka”: jeśli go trafi – zrehabilituje się za swą zdradę. Kokeszko przyklęknął, wycelował i wypalił. „Warszawiak” zniknął jak zdmuchnięty. Kokeszko krzyknął: „Jezus Maria”, i pobiegł na mostek. Słychać było głuchy łomot, który nagle ucichł. Wszyscy patrzyli w tamtą stronę. No jak? krzyknął w jego stronę Pawlak.