Zwyczajne życie
- Автор: Chmielewska Joanna
- Язык: польский
- Жанр: Детская проза
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
– Nic nie widziałam – powiedziała z niezadowoleniem, przełażąc przez zakamarki podwórza. – Nikogo tam nie było.
– Owszem, był. Na półpiętrze siedział jakiś facet. Widział nas. Pewno pilnuje tylko tych, którzy wchodzą na górę. Cicho! Z bramy od strony Puławskiej wyłoniło się dwóch osobników, zmierzających pewnym krokiem wprost do interesującego budynku. Krzysztof Cegna gwałtownym ruchem chwycił Tereskę w objęcia, przy czym robiło to raczej wrażenie fragmentu walki zapaśniczej niż wybuchu uczuć, szczególnie że w pierwszym momencie Tereska odruchowo usiłowała się wyrwać.
– Niech mnie pan tak nie zaskakuje! – syknęła gniewnie. – Niech pan uprzedza…
Krzysztof Cegna przytrzymał ją siłą przez kilka chwil, po czym puścił.
– Pani tu zaczeka – szepnął. – Nie ruszać się!
Tereska posłusznie zastygła w bezruchu. Krzysztof Cegna cicho ruszył za facetami. Po długiej chwili, w czasie której nic się nie działo, ośmieliła się uczynić krok do tyłu i usiadła na jakichś skrzynkach. W padającym tam cieniu była zupełnie niewidoczna.
Z bramy na Puławską wyłoniło się dwóch następnych facetów. Z okien padało na nich światło i Tereska wstrzymała oddech. Jednego z nich nie znała, ale drugim z całą pewnością był zapamiętany dokładnie i na wieki ów przeraźliwie gościnny szaleniec. Mignęło jej w głowie niedorzeczne przypuszczenie, że jeśli ją ujrzy, przemocą zawlecze do owego budynku na górę. Tylko tu Okrętki brakuje – pomyślała i usiłowała nadal nie oddychać. Faceci rozmawiali półgłosem.
– Sam pan widzi, że miejsce idealnie bezpieczne – mówił ten nieznajomy. – Od tamtego czasu nic nie było…
– Cicho! – przerwał szaleniec niespokojnie. – Jakiś tu idzie…
Jakimś był wracający Krzysztof Cegna. Minął dwóch panów i rozejrzał się, nie widząc Tereski, która wyszła z mroku dopiero wtedy, kiedy tamci znikli jej z oczu.
– To jest jedna szajka – oświadczyła stanowczo, wyszedłszy na Puławską. – Nie wiem, dlaczego plączą się tu sami badylarze. Chyba dlatego, że bogaci. Wtedy widziałam jednego, a teraz drugiego.
– Chodźmy jeszcze zobaczyć ten samochód. Kogo pani widziała?
– Tego obłąkanego faceta z jakimś drugim. Mówili, że tu bezpiecznie.
Zacytowała usłyszany fragment rozmowy i Krzysztof Cegna poczuł, że bezwzględnie musi tę sprawę omówić z kimś i starannie przemyśleć. Coś mu się tu kojarzyło, ale nie wiedział, co.
Na parkingu Filmu Polskiego istotnie stał podejrzany Fiat. W środku nie było nikogo. W chwili, kiedy Tereska i Krzysztof Cegna oglądali go dookoła, sami nie wiedząc, co właściwie spodziewają się zobaczyć, przez wąską bramę przecisnęła się furgonetka.
– Nic tam nie ma – powiedziała Tereska, rozczarowana, zaglądając do wnętrza.
– A co pani myślała, że będzie? Otwarta walizka z dolarami?
– Nie wiem. Może zwłoki?
– Tacy nie lubią mokrej roboty.
Furgonetka przejechała przez bramę i kierowca dostrzegł Tereskę. Równocześnie Tereska obejrzała się i dostrzegła twarz kierowcy. Krzysztof Cegna dostrzegł jej radosny uśmiech.
– Dobry wieczór panu! – zawołała przyjaźnie.
Kierowca niechętnie kiwnął głową i zamamrotał coś pod nosem. Zahamował, następnie ruszył, wrzucił prawy kierunkowskaz, potem lewy, potem znów prawy, potem znów zahamował i znów ruszył ostro skręcając w prawo, na mały placyk. Ruchy samochodu znamionowało wyraźne niezdecydowanie, a wyraz twarzy kierowcy świadczył o zaskoczeniu. Cofnął furgonetkę, ruszył do przodu i cofnął ponownie, najwidoczniej zamierzając zakręcić i odwrócić się przodem do Puławskiej. Na niewielkim, ale pustym placyku miał najzupełniej dosyć miejsca, manewrował jednak pojazdem dziwnie nerwowo. Nie zauważył zapewne wielkiego baniaka po smole, stojącego na skraju placyku, bo cofając się trafił weń tylnym zderzakiem. Trafiony baniak przewrócił się i z przeraźliwym brzękiem, podskakując wesoło, poturlał się w dół.
– Nie lecę za nim – mruknęła Tereska. – Już leciałam za kubełkami do śmieci i o mało mnie nie zlinczowali…
Krzysztof Cegna nie zważał na baniak, zainteresowany kierowcą furgonetki. Rozpoznał widzianego przelotnie na Żoliborzu osobnika o urodzie małpy, o którym tyle słyszał, i ciekawiły go nad wyraz jego dalsze zamiary. Małpopodobny na brzęk baniaka wzdrygnął się wyraźnie i gwałtownie dodał gazu. Furgonetka skoczyła do przodu, o włos ominęła narożnik bramy i wyprysnęła na Puławską.
Wówczas Krzysztof Cegna ocknął się i spłynęło na niego olśnienie.
Protestująca wniebogłosy Tereska została przemocą odprowadzona do domu. Zaciekawiony zagadkowymi i nieco chaotycznymi informacjami dzielnicowy, nie mogąc się porozumieć przez telefon, wyszedł z domu i spotkał się w komendzie ze swoim przejętym współpracownikiem. Na samym wstępie uczynił mu kilka wyrzutów za zbytnie wtajemniczanie w sprawę osoby postronnej, po czym poddał się eksplozjom jego natchnienia.
– Wszystko rozumiem – mówił z zapałem Krzysztof Cegna, odpinając kurtkę, marynarkę, rozluźniając krawat i mierzwiąc sobie włosy na głowie. – To jest jedna szajka. Czarny Miecio bierze w tym udział, czyli musi być przemyt. Ta melina to tylko kamuflaż, oni tam załatwiają interesy i liczą na to, że nam to do głowy nie przyjdzie. Meliny na towar mają u ogrodników. Wystraszyli się tych dziewczyn, bo do tej pory byli kryci, żaden z tamtych z czarnym rynkiem nie ma nic wspólnego. Czyli u nich muszą to trzymać, nie ma siły. Nakaz rewizji…
– Czekaj no, synu, czekaj – przerwał dzielnicowy. – To są ogrodnicy. Nawet jeśli u nich, to gdzie? Przekopiesz im cały ogródek? A skąd wiadomo, czy obaj? Może tylko jeden? A jak jeden, to który?
– Wcześniejszy. Ten, u którego były najpierw. Mur beton. U niewinnego by się nie wystraszyli. Podsłuchałem tutaj hasło, pytają o pielęgniarkę, która robi dożylne zastrzyki. Ogrodnik tu się z nimi spotyka, obaj się spotykają, zabierają towar od Miecia, oficjalnie Miecio u nich nie bywa, żeby nie te dwie dziewczyny, nic byśmy nie wiedzieli…
– Czekajże, owszem, ty masz rację, na logikę to tak powinno być, ale po pierwsze, za Mieciem jeździli i nic, po drugie, oni się teraz mogą wystraszyć i przenieść gdzie indziej, a po trzecie, trzeba zawiadomić majora. Niech on decyduje.
– Ale to tym bardziej trzeba ich przypilnować! – zaprotestował gwałtownie Krzysztof Cegna. – Jakby się mieli przenosić…
Tereska, ciężko oburzona za nagłe odsunięcie jej bez wyjaśnień od sprawy, odczekała chwilę, żeby Krzysztof Cegna zdążył się oddalić, po czym, nie wchodząc nawet do domu, zawróciła sprzed drzwi i popędziła do Okrętki.
– Że też nie masz telefonu! – powiedziała z gniewem, zdyszana. – Muszę lecieć do ciebie jak głupia, zamiast spokojnie zadzwonić!
Dla Okrętki głupawy postępek Bogusia był ciosem niemal równie wielkim jak dla Tereski. Miała nadzieję, że zajęta przedmiotem uczuć przyjaciółka da jej spokój i zrezygnuje z przerażających zamiarów zdobywania samodzielności i spędzania wakacji w sposób niepokojąco urozmaicony. Dowiedziawszy się o tragedii, usiłowała zainteresować ją ewentualnym wyjazdem w zimie na narty, co zajęłoby ją dość dokładnie, ale Tereska o nartach nie chciała słyszeć. Zbyt wiele kosztowała ją ruina marzeń o wspólnym wyjeździe z Bogusiem, który na narty wyjeżdżał co roku. Nie było na nią siły i Okrętka musiała pogodzić się z myślą, że nudzić jej się jednak nie uda.
– Ubieraj się! – zażądała Tereska. – Idziemy w jedno takie miejsce, gdzie zobaczysz coś ciekawego.
Przezornie wolała nie mówić, co, w obawie, że Okrętka kategorycznie zaprotestuje. Raz wywleczona z domu natomiast podda się już biegowi wydarzeń.
– Jest wpół do ósmej – powiedziała Okrętka niepewnie.
– No to co? Niedługo wrócimy. Jest ładna pogoda, przestało padać i w ogóle zażyjesz świeżego powietrza. Ubieraj się, prędzej!
Okrętka zaczęła się ubierać, mniej zaskoczona propozycją spaceru o tej porze dnia i roku niż zmianą, jaka zaszła od rana w wyglądzie przyjaciółki. Tereska była nie ta sama. W szkole zachowywała się mniej więcej normalnie, ale widać było w niej przygnębienie, brak zapału i niechęć do życia. Teraz tryskało z niej ożywienie i energia.
– To ma być ładna pogoda? – spytała z wyrzutem Okrętka już na ulicy, czując na twarzy coś w rodzaju mżawki.
– Odświeżające – odparła Tereska stanowczo. – Wilgoć dobrze robi na cerę. Mamy autobus, prędzej!
Dopiero wysiadłszy z autobusu na Puławskiej, przystąpiła do wyjaśnień.
– Znaleźli się nasi bandyci – powiedziała tajemniczo. – Okazuje się, że na Belgijskiej mają melinę gier hazardowych. Zrzucili mi tam na głowę donicę z palmą. Będziemy ich śledzić.
Okrętka stanęła jak wryta.
– Za nic! – oświadczyła energicznie. – Ja się ich boję!
– Głupia jesteś, to oni się ciebie boją. Nic ci nie zrobią. W ogóle nie mają prawa cię zobaczyć. Ten samochód stoi na parkingu za Filmem Polskim, zresztą zaraz sprawdzimy, czy jeszcze tam jest…
– W takim razie tutaj jest i ten potwór z Wilanowa!
Tereska zawahała się. Potwora z Wilanowa widziała przecież przed godziną na własne oczy, ale Okrętce nie należało tego mówić. Łgarstwo nie wchodziło w rachubę, należało odpowiedzieć jakoś dyplomatycznie…
– To wcale nie jest samochód tego obłąkańca z Wilanowa, tylko całkiem innego faceta. Niepotrzebnie robiłaś takie przedstawienie w Tarczynie. A tu są różni przestępcy, na górze. Ten dom ma dwie strony, staniemy sobie, ty po jednej, ja po drugiej, i zapiszemy wszystkich, którzy będą wchodzić i wychodzić.
– Będziemy ich pytać o nazwiska? – spytała słabo Okrętka, którą informacje Tereski całkowicie oszołomiły. Dwustronny dom z przestępcami na górze wydawał jej się co najmniej siedliskim upiorów.
– Zwariowałaś! Opiszemy ich wygląd zewnętrzny. To tutaj, chodź!
Samochód, ściśle związany z Wielką Rewolucją Francuską, stał jak poprzednio na pustym placyku. Nadal nie było w nim nikogo. Tereska i Okrętka, nie wiadomo po co, obeszły go dookoła.