Zwyczajne życie
- Автор: Chmielewska Joanna
- Язык: польский
- Жанр: Детская проза
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
Okrętka poprawiła dynię i popatrzyła przed siebie w dal.
– Złowiłaś w życiu jakąś rybę? – spytała ostrożnie po chwili milczenia.
Tereska kiwnęła głową i westchnęła.
– Złowiłam. Nawet parę sztuk. Mój ojciec łowi, przecież wiesz. Ze trzy lata temu, już nie pamiętam, gdzie to było, jakieś takie średnie jezioro. Nie były duże, ale taka jedna wielka jak koń mi się urwała. Wiem, na czym to polega. A grzyby i żniwa mamy w małym palcu.
Okrętka westchnęła znacznie ciężej niż Tereska.
– Zaczynam się modlić o tego Bogusia – powiedziała z żalem. – Dlaczego ten kretyn wyjechał? Gdyby tu był, wydawałabyś pieniądze na Bóg wie jakie perfumy, na ciuchy, na fryzjera, nic byś nie zaoszczędziła i ja bym miała święty spokój. A w dodatku nie miałabyś na nic czasu, ani na kartę pływacką, ani na korepetycje, ani na prawo jazdy. Boże mój, Boże, za czyje grzechy ja tak cierpię?
– Czekaj, Pan Bóg cię skarze, zrobisz coś głupiego i zamkną cię niewinnie do mamra – powiedziała Tereska, zirytowana. – Tam będziesz miała święty spokój. Albo paraliż cię tknie na starość i będziesz miała spokój w inwalidzkim wózku. Że też ci nie szkoda czasu na spokój, nie przychodzi ci do głowy, że żyjemy tylko jeden raz i nie zdążymy zrobić wszystkiego? Trzeba się pośpieszyć!
– Wcale nie chcę zrobić wszystkiego! – zaprotestowała Okrętka. – Wystarczą mi niektóre rzeczy. Nie należy wymagać za wiele.
– Ale należy chcieć za wiele, bo nigdy się nie ma tego, czego się chce, tylko zawsze trochę mniej. Im więcej się chce, tym więcej się ma w rezultacie. A w ogóle trzeba samemu, bo inaczej człowiek jest uzależniony. Weź Basie…
Dotarły już do domu Okrętki i nie zdając sobie z tego sprawy zatrzymały się na podwórzu, poprawiając ciążące im okropnie produkty spożywcze. Po chwili usiadły na koślawej, chybotliwej ławeczce, stojącej pod siatką.
– Basia ma rację, że fałszywa ambicja to największy idiotyzm świata – oświadczyła z uporem Okrętka. – Ile ludzi zmarnowało sobie życie przez fałszywą ambicję!
– To jest inna para kaloszy – odparła niecierpliwie Tereska. – Ale nie powinno się działać pod przymusem. Ona się musi pogodzić z mężem, bo sama sobie nie da rady, a jeszcze musi uzyskać przebaczenie za kubły do śmieci. W rezultacie kubły do śmieci decydują o jej życiu! Gdyby była całkowicie samodzielna, mogłaby się z nim pogodzić albo nie, wyłącznie dobrowolnie, bez wpływu czynników zewnętrznych. W tym wypadku akurat wiadomo, że Basia jest awanturnica i Maciek ma rację, ale gdyby było odwrotnie, to co? Jak by wyglądała z tą ambicją i uzależnieniem od niego?
– Nigdy w życiu nie możesz być całkowicie samodzielna! – zawołała Okrętka gwałtownie. – Zastanów się, jakim cudem?! Co ta Basia jest, Horpyna?! Jej mąż weźmie kubły ze śmieciami i doniesie, gdzie trzeba…
– Nie ze śmieciami, tylko z piaskiem.
– … z piaskiem. I doniesie. A ona co? Też weźmie? A inne ciężkie rzeczy?
– Wynajmie sobie człowieka, który jej przyniesie.
– Aha, akurat. Za co?
– Za pieniądze – powiedziała Tereska ze złością i nagle obie zamilkły, patrząc na siebie. Po długiej chwili Okrętka westchnęła jak miech kowalski, poprawiła na kolanach dynię i otoczyła ją ramionami. Tereska smętnie pokiwała głową.
– No popatrz – powiedziała z żalem. – Co to za przekleństwo jakieś, te cholerne pieniądze. Świat jest idiotycznie urządzony…
Okrętka oparła brodę na dyni.
– No dobrze – powiedziała złowieszczo. – Niech ci będzie, płyniemy kajakiem, mieszkamy w namiocie. Napadną nas chuligani i co? Nawet miej pieniądze, co z tego? Będziesz nimi w nich rzucać?
– Pewno by się nie obrazili – mruknęła Tereska. – Głupia jesteś, przestań stwarzać trudności. Można pójść na kurs dżudo. Można mieć rzeźnicki nóż. Albo sprężynowy. Albo stary korkowiec mojego brata… bardzo łatwo nim komuś wybić oko…
– Albo tresowanego jadowitego węża. Albo rozpylacz. Albo ogrodzić się drutem kolczastym i puścić prąd elektryczny…
– Co ma piernik do wiatraka? Mówiłyśmy o samodzielności, co to ma do rzeczy?
– To, że ja się nie podejmuję być całkowicie samodzielna – oświadczyła stanowczo Okrętka. – W ograniczonym zakresie mogę, całkowicie nie! I tobie też nie radzę.
– Ja w każdym razie spróbuję. Zobaczymy, ile mi się uda i co z tego wyniknie…
– Moje drogie, czy wam naprawdę tak wygodnie z tą dynią na kolanach? – spytała łagodnym głosem pani Bukatowa, stojąca o dwa metry od nich. – Przyglądam się wam co najmniej pół godziny i wyraźnie widzę, że z własnej inicjatywy do domu z tym nie dojdziecie. Czy wy się nie widujecie w szkole?
Spotkanie z Basią stało się niejako punktem zwrotnym. Uwaga o ambicji padła jak najbardziej na czasie. Tereska ujrzała przed sobą coś w rodzaju światełka nadziei. Fałszywa ambicja… Pewnie, że fałszywa ambicja to zupełne kretyństwo. Jeśli ktoś tak się boi, żeby mu korona z głowy nie spadła, to widocznie ta korona słabo siedzi. I spadnie od byle czego i nie ma co się o nią trząść.
Niepewność co do Bogusia stała się nie do zniesienia. Musiała czegoś się o nim dowiedzieć, dostać jego adres, zrobić cokolwiek, bo inaczej groziło jej, że się udusi, rozleci na kawałki, oszaleje albo zgoła umrze. Miała jego zdjęcia i niezależnie od rozwoju sytuacji powinna mu je była odesłać. Oczywiście, że powinna! Oczywiście, że w tym celu miała święte prawo starać się o jego adres i nie było w tym nic ubliżającego.
Oszukuję się – pomyślała bezlitośnie w przypływie samokrytycyzmu. – Oczywiście, że te zdjęcia to tylko pretekst. Oszukuję się obrzydliwie, ręki sobie nie podam…
Podjęta decyzja jednakże i możliwość jakiegoś działania sprawiły jej ulgę tak wielką, że postanowiła chwilowo pogodzić się z własną, odrażającą obłudą. Nie wiadomo przecież jeszcze, jak postąpi, ale sam fakt, że będzie miała jakąś swobodę wyboru, działał ożywczo i pociągająco. A jakakolwiek wiadomość o Bogusiu to było coś, za czym jej serce i dusza tęskniły w sposób nie do opanowania.
Już wszystko jedno! – myślała z rozpaczliwą determinacją. – Niech się chociaż czegoś o nim dowiem!
Zbyszka wybrała sobie z kilku względów. Po pierwsze, wydawał jej się bardzo sympatyczny, po drugie, na obozie należał do grona najbliższych przyjaciół Bogusia, po trzecie, również wybierał się na medycynę. Do Tereski odnosił się na obozie z sympatią i pobłażliwie, nie mając jej za złe wyrwania Bogusia z ich grona i absorbowania go sobą. Mieszkał niedaleko, we wrześniu spotkała go na ulicy, dowiedziała się, że został przyjęty na studia, i nic nie stało na przeszkodzie, żeby mu teraz złożyć wizytę. Miała nawet dla niego kilka zdjęć z obozu.
Wieczór był zimny, pochmurny i mokry. Pogoda przypomniała sobie wreszcie, że to listopad, i przestała udawać słoneczne lato. Padał deszcz.
Ociekającą wodą parasolkę Tereski, wśród objawów rozbawienia, ulokowali obydwoje ze Zbyszkiem w wannie. Zbyszek, szczuplutki, niebieskooki blondynek o miłej, ruchliwej, roześmianej twarzy, pełen pogody i radości życia, przyjął Tereskę tak, jakby nie wyobrażał sobie większej przyjemności niż jej niespodziewana wizyta. Tereska zdążyła z wdzięcznością pomyśleć, że na tym chyba polega dobre wychowanie… Poczęstował ją sokiem pomarańczowym, opowiedział o pierwszych wrażeniach z Akademii Medycznej, zainteresował się, co u niej, wśród wybuchów śmiechu wysłuchał relacji z próby dzieciobójstwa i z radością podziękował za zdjęcia.
– Dla Bogusia też mam – powiedziała ożywiona, rozpogodzona Tereska, starannie tłumiąc bicie serca. – Podobno on siedzi we Wrocławiu?
– A skąd! – odparł Zbyszek i roześmiał się. – Z Bogusiem jest draka nie z tej ziemi! Przeniósł się do Warszawy…
– Jak to? – przerwała gwałtownie Tereska, nie mogąc opanować zaskoczenia. – Udało mu się? Od kiedy?
– Prawie od początku, zaraz w pierwszych dniach października sobie załatwił. Czternastego już był pierwszy raz na wykładach. Wyniósł się od rodziców, wynajął sobie kawalerkę i struga złotego młodzieńca, tyle że jest trochę nie dla świata.
– Dlaczego? – spytała Tereska, z pewnym trudem złapawszy oddech.
– Zakochał się. Niech skonam, heca jest na miarę kosmiczną! Poderwał w „Orbisie” dziewczynę, za którą jeździł bez mała po całej Polsce. Kupił jej w tym „Orbisie” miejscówkę do Krakowa, bo sam też jechał i myślał, że będą jechać razem, tymczasem okazało się, że na tę miejscówkę jechała jej babcia. Nawiązał stosunki dyplomatyczne z babcią, dowiedział się, że wnuczka udaje się do Poznania, i prosto z Krakowa powojażował do Poznania. Okazało się, że w międzyczasie ona wróciła do Warszawy. Różne tam były sceny nie z tej ziemi, z kwiatami i bombonierą wizytował babcię w Krakowie, żeby zdobyć adres dziewczyny w Warszawie, łgał koncertowo, za asa wywiadu robił, w końcu ją dopadł. Dopadł i przepadł, prawie do rymu… Dostał przypływu nadludzkich sił albo może małpiego rozumu, to nie jest rozstrzygnięte, i załatwił sobie to przeniesienie do Warszawy, nie wiadomo jakim cudem. Na wykładach bywa, ale widać, że ciałem obecny, a duchem wręcz przeciwnie… Czy tobie nie zimno?
Konieczność opanowania straszliwego dławienia w gardle i jakiegoś przygniatającego ciężaru w okolicy żołądka, równoczesną konieczność oddychania i utrzymania wyrazu twarzy bez zmian – spowodowały, że Tereska dostała dreszczy. Z całej siły zacisnęła zęby, żeby uniemożliwić im szczękanie. Treść wesołego opowiadania Zbyszka nie docierała jeszcze do niej w pełni, na razie wiedziała tylko, że stało się coś okropnego, nastąpił jakiś kataklizm, katastrofa, trzęsienie ziemi, układu słonecznego i w ogóle całej galaktyki. Na razie trzeba było wysłuchać do końca, wszystko znieść, a dopiero potem zacząć myśleć.
– Nie, skąd – powiedziała z wysiłkiem. – To znaczy owszem, trochę zmarzłam, bo tak mokro. Ciekawa jestem, jak ona wygląda.
– Może się napijesz gorącej herbaty?
– Nie, dziękuję, nie warto, zaraz będę musiała iść. Ciekawa jestem, jak ona…