Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Maska - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Maska

Электронная книга - «Maska». Краткое содержание книги:

Carol i Paul Tracy są ludźmi sukcesu: ona jest cenionym specjalistą w dziedzinie psychiatrii dziecięcej, on robi karierę jako nauczyciel akademicki i pisarz. Do pełni małżeńskiego szczęścia brakuje im tylko dziecka, a ponieważ Carol jest bezpłodna, decydują się na adopcję. Realizację ich planów utrudnia cały szereg pozornie przypadkowych wypadków i katastrof. Pewnego dnia Carol niechcący potrąca samochodem nieznajomą nastolatkę. Chociaż dziewczynka nie odnosi poważniejszej szkody, okazuje się, że kompletnie nic o sobie nie wie i niczego nie pamięta. W trakcie seansu hipnotycznego, jakiemu poddana zostaje Jane, wychodzi na jaw przerażająca prawda. Jej ciało zamieszkuje nie jedna, ale kilka różnych osobowości. Wszystkie one należały do żyjących przed laty dziewcząt, które zmarły tragicznie w przeddzień swoich szesnastych urodzin. Najbardziej przerażający jest jednak fakt, że przed śmiercią każda z nich zdradzała objawy morderczej furii skierowanej przeciwko najbliższym.
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 48
Перейти на страницу:

Miał sympatyczny uśmiech, dobre oczy i nie sprawiał wrażenia intruza, chociaż nim był.

– Z pewnością ma pani ze dwa tuziny różnych odmian róż.

– Trzy tuziny – poprawiła.

– Naprawdę wspaniałe – powiedział, kiwając głową z aprobatą.

Głos miał głęboki, aksamitny, zupełnie niepasujący do jego mizernej postaci.

– Sama opiekuje się pani ogrodem?

Grace przysiadła na piętach, wciąż trzymając rydel w dłoni.

– Oczywiście. Lubię to. I chyba… to już by nie był mój ogród, gdybym wynajęła kogoś do pomocy.

– Właśnie! – odezwał się nieznajomy. – Rozumiem, co pani ma na myśli.

– Pan mieszka w sąsiedztwie? – spytała Grace.

– Nie, nie. Mieszkałem o przecznicę stąd, ale to było dawno, dawno temu. – Wziął głęboki oddech i znów się uśmiechnął. – Ach, cudowny aromat róż! Nie znam równie pięknego zapachu. Tak, ma pani nadzwyczajny ogród. Naprawdę nadzwyczajny.

– Dziękuję.

Strzelił palcami, jak gdyby coś mu przyszło do głowy.

– Powinienem o tym napisać. To byłby świetny artykuł, trafiający w gusty czytelników. Oto i kraina fantazji ukryta za żywopłotem otaczającym zwykły dom. Tak, myślę, że to byłoby niezłe. Coś innego, niż zazwyczaj robię.

– Pan jest pisarzem?

– Reporterem. – Cały czas głęboko wdychał aromat kwiatów.

– Z gazety lokalnej?

– Z „Morning News”. Nazywam się Palmer Wainwright.

– A ja Grace Mitowski.

– Miałem nadzieję, że moje nazwisko jest ogólnie znane – zażartował Wainwright.

– Przykro mi, nie czytuję „Morning News”. Gazeciarz przynosi mi „Patriot-News”.

– No cóż. – Wzruszył ramionami. – To też dobra gazeta. Ale skoro nie czytuje pani „Morning News”, nie mogła pani zapoznać się z moim reportażem o sprawie Bektermannów.

Grace, widząc, że przybysz nie ma zamiaru skończyć rozmowy, podniosła się z klęczek i rozprostowała zdrętwiałe nogi.

– Sprawa Bektermannów? Coś mi się obiło o uszy.

– Wszystkie gazety o tym donosiły. Sam napisałem pięć artykułów na ten temat. Dobra robota, nie chwaląc się. Dostałem za nie nominację do Pulitzera.

– Naprawdę? No, to już jest coś – powiedziała Grace, niepewna, czy może przyjąć lekki ton. – To naprawdę sukces. Pomyśleć tylko – nominacja do Pulitzera!

Miała uczucie, że ich rozmowa przybrała nagle odmienny obrót. Nie była już zdawkowa. Róże stały się pretekstem do poinformowania jej o nominacji.

– Nie przyznano mi nagrody. Ale, jak sądzę, sama nominacja jest już dużym sukcesem. Z tysięcy artykułów publikowanych co roku tylko garstka uzyskuje nominacje do nagrody.

– Proszę mi łaskawie przypomnieć – poprosiła Grace – czego dotyczyła sprawa Bektermannów?

Roześmiał się dobrodusznie i potrząsnął głową.

– Nie tego, czego się spodziewałem. To jasne. Opisałem wszystko jako skomplikowaną, „freudowską” układankę. Wie pani: apodyktyczny ojciec, prawdopodobnie czujący chorobliwy pociąg do córki, matka alkoholiczka i biedna dziewczynka tkwiąca w tym wszystkim. Wykończona psychicznie młoda dziewczyna, nie mogąca znieść sytuacji, w której się znalazła, po prostu pękła. Tak to widziałem. Tak to opisałem. Myślałem, że jestem błyskotliwym detektywem, dokopującym się do źródeł tragedii Bektermannów. Jednak prawdziwa historia była o wiele dziwniejsza, niż mogłem sobie wyobrazić. Do diabła, zbyt dziwna dla liczącego się reportera, żeby nie bał się ryzyka i śmieszności. Żadna gazeta ciesząca się dobrą reputacją nie wydrukowałaby tego. Gdybym, znając prawdę, chciał ją opublikować, zniszczyłbym swoją karierę.

Co tu się, do diaska, dzieje? – zastanawiała się Grace. – On chyba musi to komuś ze szczegółami opowiedzieć, bez względu na to, czy go zna. Czy zaciera się granica między życiem a literaturą? Czy poemat Coleridge’a rozgrywa się w moim różanym ogrodzie? Czy ja jestem Weselnikiem, a Wainwright – Starym Żeglarzem?

Kiedy spojrzała w beżowe oczy Wainwrighta, nagle zdała sobie sprawę, jakże jest samotna. Jej posiadłość była otoczona drzewami, ukryta, odosobniona.

– Czy ta sprawa dotyczyła morderstwa?

– Dotyczyła i dotyczy – odparł Wainwright. – Nie skończyła się z Bektermannami. Wciąż trwa. Przeklęty krąg. Wciąż trwa i teraz trzeba go przerwać. Dlatego tu jestem. Przyszedłem powiedzieć pani, że Carol znalazła się w centrum wydarzeń. Jak w potrzasku. Pani musi jej pomóc. Nie może mieć nic wspólnego z tą dziewczynką.

Grace wpatrywała się w niego, nie wiedząc, czy dobrze słyszy.

– Istnieją pewne siły, mroczne i potężne – szepnął Wainwright – które chcą zobaczyć…

Miaucząc wściekle, Arystofanes skoczył na Wainwrighta, wylądował na jego klatce piersiowej i wspiął się do twarzy.

Mężczyzna zatoczył się, chwycił kota obiema rękami i próbował, bez powodzenia, oderwać od siebie.

– Ari! – krzyknęła Grace. – Przestań!

Arystofanes wczepił się pazurami ramiona nieznajomego i gryzł go w szyję.

Wainwright nie krzyczał, co byłoby naturalne. W milczeniu zmagał się z kotem, który wyraźnie chciał rozdrapać mu twarz. Nagle przeraźliwie zamiauczał, wtopił zęby w szyję ofiary i odgryzł kawałek ciała.

O Jezu, nie!

Grace podbiegła, chwyciła rydel, ale w ostatniej chwili się zawahała. Bała się, że zamiast kota uderzy mężczyznę.

W tym samym momencie Wainwright odwrócił się i potykając, podążył przez krzaki róż w kierunku wysokiego żywopłotu, za którym zniknął. Kot wciąż wisiał uczepiony jego szyi.

Grace z walącym sercem pośpieszyła za nimi, obeszła żywopłot, ale Wainwrighta nie było; tylko kot śmignął obok niej, przeleciał jak strzała przez ogród, po schodkach ganku i przez na wpół otwarte drzwi do domu.

Gdzie Wainwright? Czy pokuśtykał gdzieś, w szoku, ranny? Czy poszedł w jakiś kąt ogrodu i wykrwawia się na śmierć?

Przeszukała wszystkie zarośla, lecz bez skutku.

Spojrzała w stronę furtki prowadzącej na ulicę. Nie. Nie mógł odejść tak daleko niezauważony.

Przestraszona, zdezorientowana zmrużyła oczy i spojrzała na zalany słońcem ogród, próbując coś zrozumieć.

W książce telefonicznej Harrisburga nie było ani Randolpha Parkera, ani Herberta Bektermanna. Carol była zakłopotana, lecz nie zaskoczona.

Kiedy pożegnała ostatniego tego dnia pacjenta, pojechała z Jane na Front Street, gdzie miała mieszkać Millicent Parker. Było do duże, robiące wrażenie domostwo w stylu wiktoriańskim, ale od dłuższego czasu nie służyło jako budynek mieszkalny. Trawnik od frontu zamieniono na parking. Przy bramie wjazdowej umieszczono małą, gustowną tabliczkę z napisem”

MAUGHAM & CRICHTON, INC.

PRZYCHODNIA LEKARSKA

Wiele lat temu ten odcinek Front Street należał do najelegantszych miejsc w stolicy stanu Pensylwania. Jednak w ciągu ostatnich dziesięcioleci wiele starych domów przy bulwarach nadrzecznych wyburzono, aby zrobić miejsce dla nowoczesnych, sterylnych biurowców. Uchowało się kilka pojedynczych (może ze snobizmu), ich fasady pięknie odrestaurowano, a wnętrza przystosowano na potrzeby handlu. Dalej, na północ, wciąż istniał fragment ulicy, gdzie stały reprezentacyjne rezydencje, ale nie tutaj, gdzie Millicent Parker przysłała Carol i Jane.

Maugham i Crichton firmowali przychodnię, w której pracowało siedmiu lekarzy: dwóch ogólnych i pięciu specjalistów. Carol ucięła sobie pogawędkę z rejestratorką, kobietą imieniem Polly, o włosach ufarbowanych henną. Poinformowała ją, że żaden z lekarzy nie nazywa się Parker, jak również nie ma osoby o tym nazwisku wśród pielęgniarek i pracowników administracyjnych. Co więcej, Maugham i Crichton działali pod tym adresem prawie od siedemnastu lat.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 48
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)