Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Żmija - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Żmija

Электронная книга - «Żmija». Краткое содержание книги:

Powiesc rozgrywa sie podczas wojny w Afganistanie, a jej bohaterem jest rosyjski zolnierz. Choc brzmi to realistycznie, wielbiciele fantasy moga spac spokojnie.- W Zmii pojawi sie bardzo duzo magii - zapewnia Sapkowski.
AFGANISTAN - tutaj od wiekow scieraly sie krwawo armie kolejnych wladcow dazacych do wladzy nad swiatem. Tu walczyli i gineli najezdzcy z Macedonii, Wielkiej Brytanii i Rosji. A umierajacych obserwowaly z ukrycia zimne oczy z czarna, pionowa zrenica. Oczy zlotej zmii, ktora jest i ktorej nie ma.
ZMIJA to nowy swiat, to zupelnie nowa formula literacka, zadziwiajace polaczenie fantasy i realistycznej powiesci wojennej...
ZMIJA jest piekna i zlowroga...
AFGANISTAN, SIODMY ROK PANOWANIA Aleksandra Wielkiego. W zapomnianej przez bogow krainie gina najdzielniejsi synowie Macedonii.
ALEKSANDROS HO TRITOS HO MAKEDON
27 LIPCA 1880. W trakcie drugiej wojny angielsko-afganskiej, 66. pulk piechoty traci w bitwie pod Mainwandem 64 procent swego stanu.
GOD SAVE THE QUEEN!
15 LUTEGO 1989.
Kres sowieckiej interwencji w Afganistanie. Zginelo ponad 13 tysiecy zolnierzy ZSRR.
DA ZDRAWSTWUJET SOWIETSKIJ SOJUZ!
ROK 2009.
Znowu tu sa. Nie szurawi i nie Amerykanie. To jacys inni, zeslani przez szatana niewierni
Oby wygubil ich Allah.
LA ILAHA ILL-ALLAH...
1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 52
Перейти на страницу:

Żaden ewenement, żadna sensacja. Nikt na zastawie się nie przejął.

Nazajutrz wstał nowy dzień. Siedemnasty dzień czerwca. Już od samego ranka upalny, gorący jak nigdy, nietypowy nawet jak na tę porę roku.

O zamiarze pójścia do parowu Lewart nie powiadomił nikogo, nawet Łomonosowa. Nie powiadomił też Barmaleja. Nie miał chęci wysłuchiwać lekcji o minach PFM, o tym, jak często ich bure, płaskie, lekkie, przypominające motylki korpusy lecą daleko, daleko od właściwego rejonu minowania, jak łatwo słabe nawet porywy wiatru niosą je w rożne strony świata. I przysypują piaskiem, przez co stają się zupełnie niewidoczne. A wystarczy lekko nawet nadepnąć stopą na miękki polietylenowy korpus, by stopę stracić – czterdziestogramowy ładunek wybuchowy poszarpie i okaleczy ją tak, że musi to skończyć się amputacją.

Nie potrzebował pouczeń, był świadom niebezpieczeństwa. Dzielący go od parowu kamienisty teren, dobrze już wszak schodzony i poznany, dziś budził grozę, wywoływał dreszcz. Każdy głaz, dobry już wszak znajomy, dziś zdawał się syczeć jak grzechotnik i jak grzechotnik grzechotać.

Ale Lewart poszedł. Po raz pierwszy od incydentu z autobusem. Wcześniej nie mógł. Nie chciał. Coś go powstrzymywało.

Dziś czuł i wiedział, że pójść musi. Ostatni raz, zanim ich przeniosą, nim zluzuje ich desantura. Zanim nieodgadnione i niepojęte plany dowództwa rzucą ich w inny zakątek Afganistanu. Tam, skąd można nie wrócić.

Może miał po prostu szczęście, może lotnicy, miast jak zwykle siać szeroko i na oślep, minowali precyzyjnie. Nie wdepnął na żadną z min. Żadnej nawet nie zobaczył.

W parowie nic się nie zmieniło. Zielone muchy kłębiły się nad padliną i ekskrementami, skalne ściany wyglądały tak, jakby ktoś je niedawno obrzygał. Lewartowi to nie przeszkadzało. Sam czuł się tak, jakby ktoś go niedawno obrzygał.

Żmii nie było. Nie leżała na kamieniu, gdy wchodził do jaru, nie pokazała się, gdy wszedł głębiej. Nie czuł żalu ani rozczarowania, w głębi duszy podejrzewał coś takiego. Podejrzewał, że wszystko się skończyło, że incydent na KPP, śmierć Żygunowa i zmasakrowany autobus zamknęły pewien rozdział. Że były cezurą. Barierą, oddzielającą tajemne i baśniowe od tego, co powszednie. To znaczy przyziemne, brudne, brzydkie i przerażające.

Odłożył AKS. Usiadł na płaskim kamieniu, tym samym, na którym zwykle zwijała się w kłębek żmija.

Wyciągnął z kieszeni strzykawkę i igłę. Rzemyk ze sprzączką, urwany od noszy. Cynową ogólnowojskową łyżkę. Zapalniczkę.

I foliowy pakuneczek z heroiną.

Kiedyś trzeba zacząć, pomyślał. A moment jest sprzyjający. Tak, że bardziej być nie może.

Odwinął lewy rękaw. Zapiął powyżej łokcia rzemyk, zacisnął, pomagając sobie zębami. Powtórzył wielokrotnie obserwowany u innych rytuał aplikowania: podgrzewanie zapalniczką na łyżce, nabieranie do strzykawki, zaciskanie pięści, wkłuwanie się w żyłę, wciąganie do strzykawki krwi. I strzał.

Efekt był niemal natychmiastowy.

Ściany parowu zbiegły się niczym Symplegady, jakby już-już miały się zamknąć, zewrzeć, a jego, uwięzionego pomiędzy, zmiażdżyć i rozmaślić. Nie zląkł się, nie drgnął nawet, czując ogarniającą go euforię. Gestem istoty wszechmocnej rozpostarł ręce, posłuszne jego woli kamienne ściany rozwarły się, rozstąpiły, oddaliły. Swą wszechmocą odepchnął je jeszcze dalej, jeszcze dalej, aż znikły całkiem, gdzieś za jasnym, płonącym horyzontem, daleko, w bezkresie oślepiająco jasnej, rozpalonej słońcem równiny.

Euforia unosiła go, wciąż wyżej i wyżej. Czuł, jak zaczerpywane we wdechu gorące powietrze rozdyma mu pierś. Niebo zmieniało kolory, tętniło feerią barw.

Żmija wypełzła tymczasem z głębi jaru. I ona zdawała się zmieniać barwy, rozbłyskiwać w kolorach i zanikać w nich. Przypełzła całkiem blisko, zwinęła się w kłębek i znieruchomiała. Leżała…

Nagle zapragnął określić sposób, w jaki leżała. Ale zabrakło mu słów. Znalazł je jednak szybko. I zupełnie niespodziewanie. „Cirque-couchant”.

…bright and cirque-couchant in a dusky brake. A gordian shape of dazzling hue, Vermilion-spotted, golden, green, and blue…

Żmija powoli, bardzo powoli uniosła głowę.

Ten kształt gordyjski, co pysznie się mienił Barwą cynobru, błękitu, zieleni, W cętki jak lampart i w pasy jak zebra, W szkarłatne pręgi, w pawie oka, w srebra Krągłych księżyców, które gasły, nikły, Gdy wzdychał, bądź też siały blask niezwykły, Bądź matowiały, wzór ciemniejszy plotąc. Ten wąż tęczowy, znękany zgryzotą, Rusałką mógł być w postaci zmienionej, Demona lubą, a nawet demonem[2].

Z oczu żmii wyemanowały tętniące kolorami kręgi. W uszach Lewarta zahuczało, jakby tuż nad głową startował mu odrzutowiec. Mig albo suchoj.

* * *
Some demor’s mistress, or the demon’s self…
* * *

Ptaki, tysiące ptaków, szum lotek, łopot skrzydeł. Czuł na twarzy muśnięcia piór.

Z oczu żmii wypłynęła jasność. I oto znowu była kamienista, wyżarzona słońcem równina. Kurz i pył, niesione gorącym wichrem. Ptaki znikły, ale wciąż słyszał łopot ich skrzydeł.

Trochę potrwało, zanim zorientował się, że to łopoce źle umocowana płachta namiotu, byle jak przyciśnięta skrzynką amunicji. Nad równiną, daleko, siniał łańcuch górski. Afganistan, pomyślał Lewart. Nawet w majaczeniach, w heroinowym odlocie, zawsze w końcu jest Afganistan.

вернуться

2

John Keats, „Lamia”, przekł. Zofii Kierszys, w: Poezje wybrane, PIW Warszawa 1962.

1 ... 30 31 32 33 34 35 36 37 38 ... 52
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)