Fiołki Są Niebieskie
- Автор: Паттерсон Джеймс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Fiołki Są Niebieskie». Краткое содержание книги:
Już wie, że za jej śmierć odpowiedzialny jest jego zaprzysięgły wróg, nieuchwytny psychopata, nazywający siebie Supermózgiem, który ma sumieniu wiele zbrodni.
Prowadzone od dłuższego czasu śledztwo nie przyniosło dotąd rezultatów. Można przypuszczać, że ktoś celowo blokuje pracę policji…
A teraz znów znalazł się pod domem Charlesa i Daniela.
Chyba coś gryzło wspaniałego Crossa. A może tylko chciał zażyć nieco ruchu po sutej kolacji i w samotności zastanowić się nad niektórymi aspektami śledztwa? Przecież wiadomo, że w głębi ducha był odludkiem. To tak jak ja, pomyślał Supermózg.
Cudowna rzecz – i niebezpieczna.
Poszedł za Crossem w głąb ciemnej ulicy. Tutejsze domy były skromniejsze i typowe dla tej części Nowego Orleanu.
W powietrzu unosił się odurzający zapach róż, jaśminu i gardenii. Supermózg głęboko zaczerpnął powietrza. Och, jak przyjemnie. Sto lat temu woń kwiatów niwelowała przykry odór bijący z pobliskich rzeźni. Supermózg dobrze znał historię swojego kraju. W ogóle dużo wiedział. Idąc w bezpiecznej odległości za Crossem, od niechcenia myślał o wielu różnych sprawach. Potrafił wykorzystać zebrane informacje.
Słyszał łoskot tramwaju jadącego kilka przecznic dalej, przez St. Charles Avenue. Zgrzytanie kół tłumiło jego i tak ciche kroki.
Spodobał mu się spacer z Crossem. Może to właśnie moja noc? – przemknęło mu przez głowę i od razu poczuł przypływ adrenaliny.
Z wolna doganiał swoją ofiarę. Tak, to na pewno dzisiaj. Tu i teraz.
Miał niewielką nadzieję, że w ostatniej chwili Cross, wiedziony dziwnym instynktem, obejrzy się przez ramię. To byłoby wspaniałe, wzniosłe i głębokie. Pełne ironii. Cross okazałby się godnym przeciwnikiem.
Supermózg przemykał chyłkiem od cienia do cienia. Był już zaledwie parę metrów od Crossa. W mgnieniu oka mógł pokonać dzielącą ich odległość.
Cross zatrzymał się przed starym cmentarzem Lafayette, czyli tak zwanym Miastem Zmarłych. Przez bramę widać było okazałe rodzinne krypty i grobowce.
Supermózg też stanął. Chłonął tę chwilę, sekunda po sekundzie.
Na bramie wisiała tablica z emblematem policji nowoorleańskiej i napisem: Teren patrolowany.
Supermózg podejrzewał, że to nieprawda. A zresztą… W gruncie rzeczy to było bez znaczenia. W nosie miał całą policję, nie tylko z Nowego Orleanu.
Cross rozejrzał się, lecz nie dostrzegł skrytego w mroku przeciwnika. Skoczyć na niego czy nie skoczyć? – rozmyślał morderca. A może doszłoby do walki? To nieważne. I tak by wygrał. Cross westchnął cicho. Ostatni oddech na tej ziemi? Co za metafora!
Cross odwrócił się tyłem do bramy cmentarza i skręcił w boczną ulicę. Wracał na swój posterunek. Szedł do inspektor Hughes.
Supermózg ruszył za nim, ale zaraz zrezygnował. To jednak niewłaściwa chwila. Wyrok na razie został odroczony.
Powód? W uliczce było zbyt ciemno. Zbrodniarz nie mógłby popatrzeć w martwe oczy swojej ofiary.
Rozdział 66
Następny dzień przyniósł niespodziankę. Na pewno nikt się tego nie spodziewał. Mnie to wytrąciło zupełnie z równowagi. Z samego rana zgromadziliśmy się w miejscowej kwaterze FBI na krótką odprawę. Ze trzydzieści osób zasiadło w wielkiej, skąpo umeblowanej sali, z oknami wychodzącymi na błotnistą Missisipi.
O dziewiątej Kyle palnął krótką przemowę do agentów, którzy pełnili służbę przez całą minioną dobę. Potem przeszedł do rozdzielania zadań. Dbał o szczegóły. W takich chwilach był w swoim żywiole. Mówił krótko, rzeczowo i bezbłędnie, spokojnym, lecz rozkazującym tonem.
Kiedy skończył albo myślał, że skończył, czyjaś dłoń wystrzeliła w górę.
– Za pozwoleniem, panie Craig, ani słowem nie wspomniał pan o mnie. Co mam dzisiaj robić?
To była Jamilla Hughes. Nie wyglądała na uszczęśliwioną. Kyle zbierał już swoje notatki. Powoli wsunął plik papierów do dużej czarnej teczki.
– To zależy od doktora Crossa – rzucił, prawie nie podnosząc głowy. – Proszę jego zapytać.
Popatrzyłem na niego z osłupieniem. Faktycznie, czasem bywał oschły, ale nigdy nie zachowywał się w tak nieprzyjemny sposób. To było niepotrzebne.
– Gówno prawda! – Jamilla wstała z krzesła. – Pańska odpowiedź mnie nie zadowala, panie Craig. Nie mówię już o aroganckim i zbyt wyniosłym tonie.
Agenci wybałuszyli oczy. Żaden z nich nie ośmieliłby się dyskutować z Kyle’em. Krążyły plotki, że jest pewniakiem na stanowisko dyrektora. Zresztą powszechnie uważano, że w pełni na to zasługuje. Był sprytniejszy niż niejeden z jego poprzedników – i pracował najciężej z nas wszystkich.
– Nie podważam zasług doktora Crossa – ciągnęła Jamilla – ale to właśnie ja, w Kalifornii, zaczęłam tę całą sprawę. Nie czekam, żeby ktoś klepał mnie po plecach i obsypał pochwałami. Za to uprzejmie dziękuję. Przyjechałam tu jednak po to, by włączyć się do śledztwa. Proszę zatem o trochę szacunku i przydział odpowiednich zadań. Zauważyłam już, niestety, że poza mną jest tylko jedna agentka w całej pańskiej grupie. Przeprosiny mi niepotrzebne – zakończyła i ruchem ręki odrzuciła wszystko, co Kyle mógłby mieć na swoją obronę.
Nie wywarło to na nim większego wrażenia.
– Płeć nie gra dla mnie żadnej roli – odparł. – W tym przypadku jestem podobny do tak zwanych wampirów. Doceniam pani rolę w początkowym etapie dochodzenia, ale jak już wspomniałem wcześniej, odnośnie dalszych zadań musi się pani konsultować z doktorem Crossem. Chyba że woli pani wrócić do domu. To tyle. Dziękuję wszystkim. – Zasalutował swoim ludziom. – Udanych łowów. Mam nadzieję, że dzisiaj nam się powiedzie.
Byłem zupełnie zaskoczony, zarówno jego odpowiedzią, jak i wybuchem Jamilli. Poczułem się nieswojo, kiedy podeszła do mnie po zamknięciu odprawy.
– Ależ on działa mi na nerwy! Grrrr – warknęła, skrzywiła się i pokręciła głową. – Wiem, że czasami mnie ponosi, lecz tym razem na pewno nie miał racji. Coś z nim jest nie tak. I po jaką cholerę się czepia? Dlatego, że pracuję z tobą? – Wzięła głęboki oddech. – Cóż więc robimy, doktorze Cross? Nie porzucę śledztwa z powodu jakiegoś idioty.
– Przepraszam cię za to, co zaszło, Jamillo. Lepiej pomówmy o naszych zadaniach.
– Nie bądź taki protekcjonalny.
– Nie jestem. A ty zejdź z mównicy. Jeszcze nie ochłonęła po sprzeczce z Kyle’em.
– To wróg kobiet – powiedziała. – Możesz mi wierzyć. A poza tym, liczą się dla niego wyłącznie trzy K: konkurencja, krytycyzm, kontrola. To go upodabnia do wielu innych mężczyzn.
– Powiedz mi szczerze, co o nim myślisz? I w ogóle o mężczyznach?
Wreszcie zdobyła się na wątły uśmiech.
– Szczerze i obiektywnie myślę, że ten twój przyjaciel to nadęty dupek, upozowany na twardziela. Jeśli zaś chodzi o pozostałych mężczyzn, to nie kieruję się z góry określoną opinią. Każdy przypadek rozpatruję oddzielnie.
Rozdział 67
Dwa prawdziwe wampiry, we własnej opinii, były nie do pokonania. William i Michael przybyli do Nowego Orleanu. Od pierwszej chwili doszli do wniosku, że to miasto należy do nich. Młodzi książęta, o długich jasnych włosach, w czarnych spodniach, czarnych koszulach i lśniących wysokich butach. Tu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, chcieli zakończyć swoją misję. A co mogłoby im w tym przeszkodzić?
William powoli jechał przez French Quarter. Rozglądali się za łupem. Samochód sunął słynnymi ulicami: Burgundy, Dauphine, Bourbon, Royal i Chartres. Zagrzmiała głośna muzyka Readysexgo – Supernatural Blonde, a potem Radio Tokyo.
Wreszcie wysiedli przy Riverwalk i dalej poszli na piechotę. Kiedy skręcili na Marketplace, William myślał, że się porzyga. Tu Banana Republic, tam Eddie Bauer, Limited, Sharper Image, Gap… Tandeta, szmira i głupota dominowały na każdym kroku.