Świat Czarownic [Witch World - pl]
- Автор: Нортон Андрэ
- Год: 1990
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-084-0
- Переводчик: Aniela Tomaszek
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Świat Czarownic [Witch World - pl]». Краткое содержание книги:
Jednak i w tym nowym świecie wojna nie jest czymś obcym. W Estcarpie panuje swoisty matriarchat, w którym najwyższą władzę sprawują obdarzone mocą, żyjące w celibacie dla jej zachowania kobiety. Sama moc jest bronią krainy w walce z atakującymi ją najeźdźcami — od północy Alizonem i od południa Karstenem. Tregarth postanawia zaciągnąć się do wojska i służyć czarownicom jako żołnierz. Po pewnym czasie i u niego objawiają się jednak zdolności magiczne — rzecz niespotykana u mężczyzn pochodzących z tego świata.
Simon powiedział prawdę. — Coś mi się śniło i obudziłem się. Kiedy spojrzałem teraz na Karsten między górami, nie miałem wątpliwości, że tam wiedzie moja droga.
— A sen?
— Chodziło o niebezpieczeństwo, ale nic więcej nie pamiętam.
Koris uderzył pięścią w rozwartą dłoń. — Niech tak będzie! Wolałbym, żeby twoja moc była albo większa, albo mniejsza. Ale jeśli ciebie ciągnie, to jedziemy na południe.
— My?
— Tunston i Jivin zawiozą wieści do Estcarpu. Kolder jeszcze przez jakiś czas nie potrafi się przebić przez barierę Mocy. A Tunston może dowodzić Gwardią równie dobrze jak ja. Spójrz, Simonie, ja pochodzę z Gormu, a teraz Gorm walczy z Gwardią, choć może jest to Gorm martwy i kierowany przez demony. Od czasu gdy Najwyższa Strażniczka udzieliła mi schronienia, służyłem Estcarpowi najlepiej jak umiałem i będę dalej mu służył. Ale może nadszedł czas, kiedy przydam się bardziej poza szeregami jej poddanych niż w ich liczbie…
— Skąd mogę wiedzieć — Koris miał sińce pod oczami i przygasły wzrok, lecz to nie zmęczenie fizyczne tak go wyczerpało — skąd mogę wiedzieć, czy niebezpieczeństwo nie może uderzyć w samo serce Estcarpu za moim pośrednictwem, bo przecież pochodzę z Gormu? Widzieliśmy, co Kolderczycy zrobili z żywymi ludźmi, których dobrze znałem. I któż wie, czego jeszcze to demoniczne plemię może dokonać? Przylecieli powietrzem, żeby zdobyć Sulkar.
— Ale to nie muszą być czary — wtrącił Simon. — W moim świecie powietrzne podróże są rzeczą powszechnie przyjętą. Gdybym mógł zobaczyć, w jaki sposób przybyli — to mogłoby wiele nam powiedzieć!
Koris roześmiał się krzywo.
— Bez wątpienia w przyszłości nie zabraknie nam innych okazji do obserwowania ich metod. Powiadam ci, Simonie, jeżeli ciągnie cię na południe, to jestem przekonany, iż nie bez powodu. A dwa miecze, albo raczej — poprawił się z uśmiechem — jeden topór i jeden pistolet strzałkowy mają większą siłę, niż samotny pistolet. Sam fakt, iż czujesz to wezwanie, jest dobrą nowiną, gdyż oznacza, że ta, która wyruszyła z nami do Sulkaru, żyje i teraz stara się pomóc naszej sprawie.
— Ale skąd wiesz, że to ona i dlaczego? — Simon również żywił, takie podejrzenie, a potwierdziły to słowa Korisa.
— Skąd? Dlaczego? Te, które władają Mocą, potrafią przesłać je pewnymi myślowymi kanałami, tak jak Sokolnicy wysyłający swoje sokoły w przestworza. I jeśli spotykają kogoś im podobnego, wówczas wzywają go lub ostrzegają. A dlaczego — wydaje mi się, Simonie, że ta, która wysyła to wezwanie, musi być damą ocaloną przez ciebie przed Alizończykami, gdyż mogłaby ona łatwo porozumieć się z kimś, kogo zna.
— Nie jesteś krwią z naszej krwi ani kością z naszej kości, Simonie Tregarth, i wydaje się, iż w twoim świecie Moc znajduje się nie tylko w kobiecych rękach. Czyż nie zwęszyłeś tamtej zasadzki na drodze do Sulkaru równie dobrze, jak każda czarownica? Tak, pojadę z tobą do Karstenu w oparciu tylko o takie dowody, jakie mi teraz przedstawiłeś, ponieważ znam Moc i ponieważ walczyłem u twego boku, Simonie. Wydam instrukcje Tunstonowi i przygotuję posłanie dla Najwyższej Strażniczki, a potem zarzucimy sieć w mętnej wodzie w poszukiwaniu grubej ryby.
Jechali na południe wyekwipowani w kolczugi i broń zwyciężonych rozbójników, mieli białe tarcze oznaczające, że są wędrownymi najemnikami, których można zaangażować. Straż graniczna Sokolników odprowadziła ich na skraj gór, do szlaku handlowego prowadzącego do Karsu.
Mając za przewodnika jedynie owo niejasne poczucie konieczności Simon powątpiewał chwilami w sens ich wyprawy. Ten wewnętrzny nakaz nie opuszczał go jednak w dzień ani w nocy, chociaż nie śniły mu się koszmary. I co rano niecierpliwie oczekiwał na wyruszenie w dalszą drogę.
W Karstenie napotkali liczne wioski, które stawały się coraz większe i bogatsze w miarę jak podróżni zagłębiali się w urodzajne tereny leżące wzdłuż wielkich rzek. Feudalni pankowie oferowali służbę dwóm żołnierzom z północy. Koris wprawdzie wyśmiewał się z proponowanych przez nich wynagrodzeń podnosząc w ten sposób respekt, z jakim patrzono na niego i na jego topór, ale Simon mówił niewiele, bacznie obserwując wszystko dokoła, starając się zapamiętać topografię terenu, starając się zaobserwować także najdrobniejsze zwyczaje i przyjęte sposoby zachowania. W okresach kiedy podróżowali sami, zasypywał kapitana pytaniami.
Księstwo Karstenu stanowiło kiedyś terytorium dość rzadko zaludnione przez rasę spokrewnioną z mieszkańcami Estcarpu. Od czasu do czasu czyjaś dumnie podniesiona ciemnowłosa głowa i blada twarz o wyrazistych rysach przypominała Simonowi mieszkańców północy.
— Przekleństwo Mocy wykończyło ich tutaj — wyjaśnił Koris w odpowiedzi na uwagę Simona.
— Przekleństwo?
Kapitan wzruszył ramionami. — Bierze się to z charakteru Mocy. Te, które nią dysponują, nie mogą się rozmnażać. Tak więc co roku mniej było dziewcząt, które chciałyby wyjść za mąż i mieć dzieci. W Estcarpie panna na wydaniu może wybierać spośród dziesięciu, a wkrótce pewnie dwudziestu mężczyzn. Toteż pełno jest domów bez dzieci.
Podobnie było tutaj. Kiedy silniejsi barbarzyńcy przybyli zza morza i osiedlili się na wybrzeżu, nie spotkali się z czynnym oporem. Coraz to więcej ziemi przechodziło w ich ręce. Rdzenni mieszkańcy cofali się w głąb lądu. Po pewnym czasie wśród nowo przybyłych wyrośli wielcy panowie. Stąd wzięli się książęta, a zwłaszcza ten ostatni, który był kiedyś zwykłym najemnym żołnierzem, ale dzięki sprytowi i sile swego miecza wspiął się aż na monarszy tron.
— Podobna przyszłość czeka więc i Estcarp?
— Być może. Tylko, że tam nastąpiło wymieszanie krwi z Sulkarczykami, którzy — jak się wydaje — mogą mieć potomstwo z rasą Estcarpu. Toteż na północy starej krwi przydała żywotności nowa. Ale Gorm może nas pochłonąć, zanim to się sprawdzi. No, jak tam, Simonie, czy miasto, do którego się zbliżamy, pociąga cię? To Gartholm nad rzeką, a dalej już jest tylko Kars.
— Więc jedziemy do Karsu — odpowiedział po dłuższej chwili Simon. — Ciągle jeszcze czuję to brzemię.
Koris uniósł brwi. — Musimy poruszać się powoli i mieć oczy i uszy otwarte. Choć książę nie pochodzi ze znamienitego rodu i szlachta patrzy na niego krzywo, nie jest to człowiek tępy. Najmarniejszy nawet cudzoziemiec nie przemknie się nie zauważony w Karsie, a dwaj najemnicy na pewno wzbudzą zainteresowanie. Zwłaszcza jeśli nie zechcemy natychmiast zaciągnąć się pod sztandary księcia.
Simon w zamyśleniu przyglądał się barkom rzecznym kołyszącym się na kotwicach przy nabrzeżu.
— Ale nie chciałby chyba przyjąć okaleczonego żołnierza. Czyż nie ma w Karsie lekarzy, którzy zajęliby się rannym? Powiedzmy, człowiekiem, który otrzymał w czasie bitwy taki cios w głowę, że oczy nie służą mu już jak dawniej?
— Tak, że do Karsu musiałby go przyprowadzić towarzysz? — zachichotał Koris. — Tak, Simonie, to dobra opowiastka. A kto jest tym rannym wojownikiem?
— Myślę, że to moja rola. Pozwoli mi to uniknąć popełnienia rażących błędów, które niewątpliwie przykułyby uwagę bystrego książęcego szpiega.
Koris z aprobatą skinął głową. — Tutaj sprzedamy kucyki. Za dobrze wiadomo, że pochodzą z gór, a w Karstenie góry są podejrzane. Możemy dopłynąć statkiem. To dobry plan.
Kapitan sam zajął się sprzedażą koni i kiedy wsiadł na barkę, liczył trójkątne kawałki metalu, które w księstwie służyły jako monety. Z uśmiechem schował je do sakiewki przy pasie.