Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7169-045-2
- Переводчик: Radoslaw Kot
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Fontanny raju [The Fountains of Paradise - pl]». Краткое содержание книги:
To właśnie Kingsley wyjaśnił cierpliwie Maxine szczegóły operacji i to tak, że pod koniec wykładu dziennikarka stwierdziła ze zdumieniem, że wszystko rozumie. W pierwszej chwili sprawa wydawała się całkiem prosta — trzeba tylko opuścić drut z nieruchomo zawieszonego satelity prosto na równik. Jednak astrodynamika to dziedzina pełna paradoksów. Próbujesz zwolnić, a przyspieszasz. Najkrótsza droga wymaga największego zużycia paliwa. Celujesz w jedną stronę, lecisz w drugą… A jeszcze wpływ pola grawitacyjnego. Sytuacja miała komplikować się z czasem. Nikt nie próbował dotąd sterować sondą kosmiczną za pomocą drutu o długości czterdziestu tysięcy kilometrów. Niemniej na razie wszystko szło idealnie, drut dotarł już do granic atmosfery. Za kilka minut kontroler na Sri Kandzie przejmie sterowanie, by sprowadzić sondę na Ziemię. Nic dziwnego, że Morgan wyglądał na spiętego. — Van — powiedziała Maxine cicho, korzystając z prywatnego połączenia. — Przestań obgryzać paznokcie. Wyglądasz jak dzieciak.
Morgan zdumiał się najpierw, potem odetchnął z ulgą.
— Dzięki za ostrzeżenie — mruknął. — Nie cierpię tracić w oczach opinii publicznej.
Spojrzał lekkim zezem na wyjęty z ust kikut kciuka i zastanowił się, ile jeszcze potrwa, zanim umilknie chichot związany z faktem, że setki razy ostrzegając innych, w końcu sam zdołał zaciąć się paskudnie podczas demonstracji możliwości nici. Diabelski wynalazek wymknął się spod kontroli twórcy! W zasadzie nie bolało, przyjemność jednak żadna. Później zajmie się tym jeszcze, ale teraz nie ma czasu, by marnować cały tydzień w module regeneracji organów. Ostatecznie chodziło tylko o dwa centymetry kciuka.
— Wysokość dwa pięć zero — dobiegł go spokojny, bezosobowy głos z baraku kontrolnego. — Szybkość sondy jeden jeden sześć zero metrów na sekundę. Napięcie drutu dziewięćdziesiąt procent nominalnego. Otwarcie spadochronu za dwie minuty.
Chwila odprężenia dobiegła końca. Zupełnie jak bokser, pomyślała, znów mimowolnie, Maxine Duval obserwując tajemniczego, ale i groźnego przeciwnika.
— Jak z wiatrem? — warknął inżynier.
— Nie do wiary — odezwał się inny głos, tym razem daleki od beznamiętności. — Kontrola Monsunów nadała przed chwilą ostrzeżenie burzowe.
— Nie czas na żarty.
— Ja nie żartuję. Właśnie to sprawdzam.
— Ale obiecywali, że nie będzie niczego powyżej trzydziestu kilometrów na godzinę!
— Właśnie podnieśli granicę do sześćdziesięciu… poprawka, osiemdziesięciu. Coś im nie wyszło…
— Ja bym powiedziała raczej… — mruknęła do siebie Duval. — Wdrap się na sufit, schowaj w ścianie, tylko nie wchodź im teraz w drogę. I nie przegap niczego — poinstruowała swoje oczy i uszy, i zostawiając kamerzystę, by sam uporał się z tymi nieco jednak sprzecznymi poleceniami, przełączyła się na kanał informacyjny. W ciągu trzydziestu sekund ustaliła, która stacja meteorologiczna jest odpowiedzialna za pogodę nad Taproba — ne. To, że stacja nie przyjmowała połączeń z ogólnej sieci, było odkryciem niemiłym, ale całkiem zrozumiałym.
Nakazała personelowi, by uporał się jakoś z tą przeszkodą i wróciła do obrazu góry. Ze zdumieniem stwierdziła, że w ciągu paru minut jej nieobecności sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót.
Niebo pociemniało, a mikrofony wyłapywały słaby jeszcze ryk nadciągającej wichury. Maxine Duval wiedziała, że na morzu takie nagłe zmiany pogody są rzeczą zwyczajną i sama nie raz korzystała z niespodziewanych podmuchów wiatru podczas wyścigów regatowych. Ale tym razem burza była niepożądana. Maxine współczuła Morganowi, którego marzenia i nadzieje mogły rozwiać się za sprawą jednego nie zaplanowanego podmuchu powietrza.
— Wysokość dwa zero zero. Szybkość sondy jeden jeden pięć zero metrów na sekundę. Napięcie dziewięćdziesiąt pięć procent nominalnego.
Zatem napięcie narastało, i to na wiele sposobów. Na tym etapie nie można już było przerwać eksperymentu, pozostało ciągnąć sprawę dalej i mieć nadzieję, że jednak się uda. Duval zapragnęła porozmawiać z Morganem, ale była świadoma, że lepiej będzie mu teraz nie przeszkadzać.
— Wysokość jeden dziewięć zero. Szybkość jeden jeden zero zero. Napięcie sto procent. Otwarcie pierwszego spadochronu. Teraz!
Sonda była już skazana, znalazła się w objęciach ziemskiej atmosfery. Pozostała jeszcze reszta paliwa miała posłużyć do skierowania obiektu prosto w sieć rozciągniętą na zboczu góry. Już teraz silny wiatr gwizdał między kablami podtrzymującymi całą konstrukcję.
Morgan wybiegł nagle z baraku i spojrzał w niebo, potem odwrócił wzrok wprost do kamery.
— Cokolwiek jeszcze się stanie, Maxine — powiedział wolno i z namysłem — mamy już dziewięćdziesiąt pięć procent sukcesu. Nie, dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Pokonaliśmy trzydzieści sześć tysięcy kilometrów i zostało nam już ledwie dwieście.
Duval nie odpowiedziała. Wiedziała, że te słowa nie były przeznaczone dla niej, ale dla osoby zasiadającej w fotelu na kółkach tuż przed barakiem. Typ pojazdu zdradzał kim był pasażer. Tylko goście spoza Ziemi mogli jeszcze potrzebować podobnego wyposażenia. Medycyna radziła sobie ze wszystkimi rodzajami niedowładów czy okaleczeń, ale wobec trwałego przystosowania do niższej grawitacji była bezradna.
Ileż to sprzecznych interesów i wpływów krzyżowało się teraz na szczycie góry! Po pierwsze, same siły przyrody. W dalszej kolejności należało pamiętać o banku Narodny Mars, Autonomicznej Republice Północnoafrykańskiej, samym Vannevarze Morganie (który sam z siebie żadnymi mocami nie był obdarzony). No i o tych nader łagodnych mnichach w omiatanej wichurą pustelni.
Maxine Duval przekazała szeptem dalsze instrukcje kamerzyście i obraz uciekł wzwyż, ukazując wierzchołek góry i białe mury świątyni. Tu i ówdzie powiewały w oknach i na blankach pomarańczowe szaty. Tak jak oczekiwała, mnisi też wpatrywali się w niebo.
Powiększyła obraz, aż ujrzała twarze poszczególnych zakonników. Chociaż nigdy nie spotkała Mahy Therego (uprzejmie odmówił prośbie o wywiad), pewna była, że zdoła go rozpoznać. Jednak jego nie było. Może schronił się w sanctum sanctorum, skupiając wolę na jakimś ćwiczeniu ducha.
Maxine Duval nie podejrzewała, aby główny antagonista Morgana był tak naiwny, by poprzestać na modlitwie. Jeśli jednak rzeczywiście modlił się o cudownie sprowadzoną burzę, to został wysłuchany. Bogowie góry obudzili się z długiego snu.
29. Podejście
Postęp technologiczny oznacza większą wrażliwość na nieprzewidziane bodźce. Im bardziej człowiek opanowuje (sic!) sily natury, tym częściej pada ofiarą sztucznie wywołanych katastrof. Historia najnowsza tylko tę tezę potwierdza, wystarczy przypomnieć zatonięcie Miasta Morskiego (2127), zawalenie się kopuły Tycho B (2098), zerwanie się arabskiej góry lodowej z holu (2062) i stopienie się reaktora Thor (2009). Możemy być pewni, że ta lista wydłuży się jeszcze w przyszłości. Najstraszniejsze wszakże skutki takich zdarzeń będą miały nie technologiczny, ale psychologiczny wymiar. W przeszłości wyposażony w bombę czy karabin szaleniec mógł zabić kilku lub kilkunastu ludzi, dzisiaj obłąkany inżynier bez trudu mógłby zgładzić całe miasto. Przypadek, kiedy to Druga Kolonia Kosmiczna O’Neilla o włos uniknęła takiego właśnie losu, został dobrze i bogato udokumentowany. Podobnych incydentów można uniknąć, przynajmniej w teorii, poprzez uważną kontrolę wszystkich systemów bezpieczeństwa, które okazują się przy tej okazji nader często nie mieć z zapewnianiem bezpieczeństwa nic wspólnego, o ich niezawodności nie wspominając.