Alvin czeladnik [Alvin Journeyman - pl]
- Автор: Кард Орсон Скотт
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7180-407-5
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Alvin czeladnik [Alvin Journeyman - pl]». Краткое содержание книги:
Verily opuścił przyjęcie, a po kilku chwilach wyszedł także Calvin Miller. Niegrzeczne zachowanie Verily'ego wywołało prawdziwy skandal. Czy wypada nadal go zapraszać?
Po tygodniu kwestia ta przestała mieć znaczenie. Verily Cooper zniknął: odszedł z firmy prawniczej, zamknął konta bankowe, odnajął mieszkanie. Rodzicom wysłał krótki list, informując, że wyjeżdża do Ameryki, by przesłuchać pewnego człowieka w sprawie, nad którą właśnie pracuje. Nie dodał, że to najważniejsza sprawa życia: proces jego samego o czary. Nie zdradził także kiedy, jeśli w ogóle, ma zamiar wrócić do Anglii. Popłynął na zachód. Na miejscu zamierzał każdym dostępnym środkiem transportu, a choćby i pieszo po wyboistych ścieżkach, wyruszyć na spotkanie Alvina Smitha, który powiedział pierwszą rozsądną rzecz o talentach, jaką Verily w życiu usłyszał.
Tego dnia, gdy statek Verily'ego Coopera postawił żagle w Liverpool, Calvin Miller wsiadał na łódź do Calais. Od tej chwili mówił wyłącznie po francusku, zdecydowany nabyć płynności, zanim jeszcze spotka Napoleona. Przez kilka lat ani razu nie pomyślał o Verilym Cooperze. Miał ważniejsze sprawy na głowie. Nie obchodziło go, co o nim sądzi jakiś londyński prawnik.
ROZDZIAŁ 10 — WITAJ W DOMU
Z własnej chęci Alvin nie wróciłby do Hatrack River. Oczywiście, tu się urodził, ale że jego rodzina ruszyła dalej, zanim jeszcze potrafił samodzielnie usiąść, nie miał żadnych wspomnień z tamtego okresu. Wiedział, że najstarszymi osadnikami byli Horacy Guester, Makepeace Smith i stary Vanderwoort, holenderski kupiec, zatem kiedy przyszedł na świat, musiały tam już stać zajazd, kuźnia i sklep. Ale w pamięci nie umiał przywołać obrazów tamtej niewielkiej osady.
Znał Hatrack River z innych czasów — tu terminował. Pamiętał rynek, kościół i kaznodzieję, Whitleya Physickera opiekującego się chorymi, a nawet urząd pocztowy i dość rodzin z dziećmi, by zebrali pieniądze i zatrudnili nauczycielkę. Tak więc było to już prawdziwe miasteczko, ale dla Alvina nie miało to znaczenia. Tkwił tam od jedenastego roku życia, związany z chciwym mistrzem, który wyciskał ze „swojego” chłopaka ostatnią uncję potu, a uczył go jak najmniej. Alvin prawie nie miał pieniędzy ani czasu, żeby czerpać z pobytu tutaj jakąś przyjemność, czy też korzystać z przyjemności, które można kupić, jeśli ma się czas.
Choć jednak przeżył u kowala trudne chwile, mógłby ciepło wspominać Hatrack River. Była tam żona Makepeace'a, Gertie, chytra kobieta, która jednak wspaniale gotowała i od czasu do czasu okazywała chłopcu dobre serce. Był też Horacy i stara Peg Guester, pamiętający jego narodziny, którzy z radością go witali, kiedy tylko znalazł wolną chwilę, by ich odwiedzić, a czasem w czymś pomóc. Alvin zyskał też pewną sławę jako twórca doskonałych heksów i kowal lepszy od swojego mistrza, więc ludzie z miasteczka odwiedzali go często, prosząc o to czy tamto, i cały czas udając niewiedzę o tym, że Alvin jest prawdziwym mistrzem w kuźni. Nie warto denerwować starego Makepeace'a, bo potem odegra się na chłopaku, prawda? A sprawne ma ręce ten Alvin.
Dlatego Alvin mógłby zachować jakieś szczęśliwe wspomnienia z tego miejsca, tak jak ludzie zwykle potrafią spojrzeć we własną przeszłość i znaleźć tam miłe chwile, nawet jeśli te same chwile były bolesne, smutne czy wręcz potworne, kiedy je przeżywali.
Lecz dla Alvina wszystkie te dziecięce i młodzieńcze wspomnienia przyćmiło ich zakończenie. Akurat w najszczęśliwszej chwili, kiedy próbując zdobyć trochę rzetelnego książkowego wykształcenia zakochał się w pannie Larner, Odszukiwacze Niewolników przybyli po małego Arthura Stuarta i wszystko potoczyło się fatalnie. Zmusili nawet Alvina, żeby wykuł kajdany, w których Arthur miał wrócić do swego właściciela. Potem Alvin i Horacy Guester, ryzykując życie, odebrali Arthura, a Alvin zmienił go do głębi i zmył w Hio jego dawną tożsamość, żeby Odszukiwacze nigdy go już nie dopasowali do kawałków ciała i włosów w skarbczyku. Nawet wtedy mógł jeszcze zachować miłe wspomnienie trudnych chwil, które prowadziły do szczęśliwego końca.
Ostatniej nocy, sam na sam w kuźni z panną Larner, Alvin powiedział, że ją kocha, i poprosił, żeby została jego żoną. Mogła powiedzieć „tak”, widział to w jej oczach, mogła się zgodzić… ale właśnie w tym momencie stara Peg Guester zabiła jednego z Odszukiwaczy i sama zginęła z ręki drugiego. Dopiero wtedy dowiedział się, że panna Larner to w rzeczywistości mała Peggy, zaginiona córka Peg i Horacego Guesterów, żagiew, która ocaliła Alvinowi życie, kiedy był jeszcze mały. To niezwykłe, dowiedzieć się czegoś takiego o ukochanej kobiecie dokładnie w chwili, gdy traci się ją na zawsze.
Ale wtedy nie myślał o tym, że traci pannę Larner. Myślał tylko o starej Peg, gburliwej, złośliwej, kochającej Peg, zabitej przez Odszukiwacza. Nieważne, że pierwsza zastrzeliła jednego z nich — weszli do jej domu bez pozwolenia, włamali się, a chociaż działali zgodnie z prawem, było to złe prawo i złem było zarabianie tym prawem na życie. Zresztą nic wtedy nie miało znaczenia, ponieważ Alvin był tak wściekły, że nie potrafił rozsądnie myśleć. Dogonił tego, co zabił starą Peg, i jedną ręką skręcił mu kark, a potem walił jego głową o ziemię, aż czaszka popękała jak garnek w worku.
A kiedy wściekłość przygasła, kiedy zniknęła gorąca pasja, kiedy sprawiedliwość przestała wymagać śmierci zabójcy, pozostało tylko połamane ciało na rękach, krew na fartuchu i pamięć o morderstwie. Nieważne, że nikt w Hatrack River nie nazwałby go zabójcą za to, co uczynił tej nocy. W głębi serca wiedział, że zniszczył własne Stwarzanie, że w tej strasznej chwili stał się narzędziem w rękach Niszczyciela.
To mroczne wspomnienie sprawiało, że żadne inne nie mogło rozjaśnić serca Alvina. I dlatego nigdy by pewnie z własnej woli nie wrócił do Hatrack River.
Ale przecież nie był sam. Miał ze sobą Arthura Stuarta, a dla chłopca miasteczko Hatrack River oznaczało tylko jasne, szczęśliwe dzieciństwo. Oznaczało obserwowanie Alvina przy pracy, a czasem nawet dmuchanie w miechy. Oznaczało słuchanie piosenki drozda i rozumienie wszystkich słów. Oznaczało poznawanie plotek i powtarzanie ich tak sprytnie, że wszyscy dorośli śmiali się i klaskali. Oznaczało mistrzostwo w ortografii w całym miasteczku, chociaż z jakiegoś powodu nie pozwolili mu chodzić do normalnej szkoły. Owszem, zabili tam kobietę, którą nazywał mamą, ale Arthur nie widział tego na własne oczy, zresztą przecież i tak musiał wrócić, prawda? Stara Peg, która zastąpiła mu matkę, która w jego obronie zabiła człowieka i sama zginęła, leżała pochowana na wzgórku przy zajeździe. W grobie na tym samym wzgórku leżała też prawdziwa matka Arthura, czarna niewolnica, która użyła tajemnej afrykańskiej magii, żeby wyrosły jej skrzydła; odleciała z dzieckiem w rękach daleko na północ, gdzie malec był bezpieczny, choć ona sama umarła z wyczerpania. Jak Arthur Stuart mógł nie wracać do tego miejsca?
Oczywiście, Arthur Stuart nie prosił Alvina, żeby tam poszli. Arthur nie robił takich rzeczy. Maszerował u boku przyjaciela i niczego nie sugerował. Tyle że kiedy rozmawiali, ciągle mówił o tym czy innym wspomnieniu z Hatrack River, aż Alvin sam doszedł do właściwych wniosków. Domyślił się, że Arthur Stuart byłby szczęśliwy, odwiedzając miasteczko swego dzieciństwa; nie przyszło mu nawet do głowy, że jego własny smutek może przeważyć nad radością chłopca. Dlatego od razu wyruszył z Irrakwa, gdzie przypadkiem znaleźli się pod koniec sierpnia 1820 roku. Opuścili krainę kolei i fabryk, węgla i stali, barek, wozów i konnych posłańców pędzących w pilnych sprawach. Opuścili całą krzątaninę i ruszyli przez ciche lasy, przekraczając szepczące strumienie, wzdłuż ścieżek jeleni i polnych dróg, aż okolica zaczęła wyglądać znajomo i Arthur Stuart powiedział: