Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Uśmiechnięty Nieboszczyk
Uśmiechnięty Nieboszczyk - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Uśmiechnięty Nieboszczyk

Электронная книга - «Uśmiechnięty Nieboszczyk». Краткое содержание книги:

„Uśmiechnięty Nieboszczyk” to drugi tom cyklu autorstwa Laurell K. Hamilton o barwnych przygodach Anity Blake, zabójcy wampirów.
Przede wszystkim należy tutaj zaznaczyć, jako duży plus dla autorki, że drugi tom nie ustępuje w niczym pierwszemu, co nie jest cechą typową dla większości cykli wielotomowych. Druga część jest równie wciągająca, pełna niezwykłych, zaskakujących zwrotów akcji i dobrego, właściwego dla Hamilton poczucia humoru.
Anita będzie musiała ponownie pomóc policji i wziąć udział w rozwikłaniu zagadki morderstw popełnianych przez nieznanego sprawcę, który z pewnością nie jest istotą ludzką. Czy jest wampirem? Czy też zombie? Na te i kilka innych pytań Anita będzie musiała szybko odpowiedzieć, bo czas nieubłaganie ucieka, a morderca czai się gdzieś w ciemnościach St. Louis. Jako ekspert do zbrodni paranormalnych, Anita musi skorzystać ze swojego bogatego doświadczenia, a upór w dążeniu do rozwiązania zagadki zaprowadzi ją w miejsca mroczne i niebezpieczne.
Równocześnie zaś pewien milioner składa jej, można by rzec niemoralną propozycję wskrzeszenia swojego przodka, prawie trzystuletniego nieboszczyka, oczywiście za sowite wynagrodzenie. Anita jest jedyna osobą, która mogłaby tego dokonać. Jest tylko jedno „ale”: konieczna byłaby „biała ofiara”. Co to takiego i dlaczego animatorka rezygnuje? Czy milioner da za wygraną, czy też poszuka innego sposobu, aby przekonać upartą pannę Blake?
Oczywiście obie te sprawy są powiązane, ale w jaki sposób? I czy coraz bardziej zagmatwana znajomość z Jean-Claudem, nowym wampirzym Mistrzem Miasta, będzie pomocą czy przeszkodą? Bo przecież wszystkie wampiry, choć czasem na to nie wyglądają, są przecież złe i trzeba je tępić, najlepiej kołkiem, koniec, kropka. Przecież Anita jest Egzekutorem! Czyż nie? A poza tym jest kobietą niezależną i samowystarczalną! Jednak czy jej samodzielność wystarczy, aby bezboleśnie przetrwać spotkanie z potężną kapłanką, władającą tajemną magią Voo Doo? A, co ważniejsze, czy zechce ona pomóc Anicie?
Jak więc widzicie, intryga goni intrygę, a wszystkie coraz bardziej się zapętlają. Akcja goni akcję i nigdy nie wiadomo, co będzie działo się dalej, a jedyne, na co czytelnik może narzekać, to… brak nudy!
Wypadałoby teraz napisać coś minusach. Niestety pojawia się tu poważny problem: nie potrafię ich wskazać. Autorka trzyma równy, bardzo wysoki poziom warsztatowy, znany nam już z pierwszej części. Nie da się też wskazać kogoś, dla kogo ta książka nie byłaby przeznaczona. Mogą się nią zachwycić zarówno miłośnicy fantastyki, jak i horroru. Zarówno panie, jak i panowie, i dziewczęta, i chłopcy.
„Uśmiechnięty Nieboszczyk” to paręset stron solidnej lektury dla miłośników gatunku i samej autorki. Wartka akcja wciąga i trzyma w napięciu, starannie budowana intryga powoduje, że nie sposób czasem się oderwać i ma się ochotę czytać więcej, choćby już z samej tylko sympatii dla głównej bohaterki. Co wydarzy się dalej? Do następnego tomu. Polecam.
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 81
Перейти на страницу:

– Czy ja cię dręczę? Tego jeszcze nie było. Co jeszcze mi powiesz?

– Zostaw mnie, kurwa, w spokoju – wycedziłam, spojrzawszy mu prosto w oczy. – Czy wyraziłam się jasno?

– No co, ja tylko staram się wykonywać swoją robotę. – Uniósł dłonie, jakby się poddawał.

– Rób to gdzie indziej.

Zsunęłam się ze stołka.

– Wydano polecenie, aby cię odnaleźć, Anito – rzekł Dave. – Niektóre wampiry mogą okazać się nadgorliwe.

– Chcesz powiedzieć, że mogą próbować użyć wobec mnie siły? – Skinął głową. – Jestem uzbrojona, mam krzyżyk i w ogóle. Poradzę sobie.

– Chcesz, żebym odprowadził cię do samochodu? – zapytał Dave.

Spojrzałam w jego brązowe oczy i uśmiechnęłam się.

– Dzięki, Dave, zapamiętam twoją propozycję, ale jestem już dużą dziewczynką.

Prawda była taka, że wielu wampirom nie podobało się, iż Dave przekazuje informacje wrogowi. Byłam przecież egzekutorką. Jeśli jakiś wampir przekroczył granicę, posyłano po mnie. Dla wampira nie było dożywocia. Śmierć albo nic. Żadne więzienie nie było w stanie utrzymać wampira.

Próbowano tego w Kalifornii, ale jeden z mistrzów wampirów wydostał się na wolność. W jedną noc urządził tam prawdziwą krwawą łaźnię, zamordował dwadzieścia pięć osób. Nie pożywiał się, po prostu zabijał. Chyba wkurzył się, że trzymano go w zamknięciu. Przed jego celą ustawiono straże, drzwi zapieczętowano krzyżami. Tyle że krzyże nie skutkują, jeśli nie wierzysz w ich moc. I z całą pewnością są nieskuteczne, gdy mistrz wampirów nakłoni cię do ich usunięcia.

Byłam wampirzym odpowiednikiem krzesła elektrycznego. Nie cieszyłam się wśród nich wielką sympatią. Coś takiego, kto by pomyślał?

– Pójdę z nią – rzekł Irving. Położył pieniądze na kontuarze i wstał.

Wcisnęłam opasłą teczkę pod pachę. Chyba nie chciał stracić jej z oczu. Pięknie.

– Gdyby przyszło co do czego, zapewne musiałaby chronić także ciebie – rzekł Dave. Irving chciał coś powiedzieć, ale zmitygował się. Mógł powiedzieć – jestem lykantropem, nie chciał jednak, by ktokolwiek się o tym dowiedział. Bardzo się starał, by uchodzić za człowieka. – Na pewno dasz sobie radę? – zapytał Dave. Raz jeszcze proponował mi wampirzą eskortę. Chciał ochronić mnie przed Mistrzem. A przecież Dave był nieumarłym niecałe dziesięć lat. Nie był dość dobry.

– Miło wiedzieć, że komuś na mnie zależy, Dave.

– Spadaj – rzucił z przekąsem.

– Uważaj na siebie, dziewczyno – powiedział Luther.

Uśmiechnęłam się do obu promiennie, po czym odwróciłam się i wyszłam z baru, w którym nagle zrobiło się dziwnie cicho. Klienci zdołali raczej niewiele usłyszeć z naszej rozmowy, ale wciąż czułam na sobie ich świdrujący wzrok. Miałam ochotę obrócić się na pięcie i zawołać – Uuuu! Mogłam się założyć, że przestraszyłabym niejednego z siedzących przy stolikach klientów.

To przez bliznę w kształcie krzyża na ręku. Mają je tylko wampiry, nieprawdaż? Znak krzyża wypalony w nieczystym ciele. Mój był dziełem specjalnie spreparowanego żelaza do piętnowania. Zamówił je pewien nieżyjący już dziś mistrz wampirów. Sądził, że to będzie zabawne. Zabawne, jak cholera. A może to ze względu na Dave’a. Może nikt nie zauważył mojej blizny. Może byłam najzwyczajniej w świecie przewrażliwiona. Wystarczy, że zaprzyjaźnisz się z miłym, spokojnym, przestrzegającym prawa wampirem i ludzie zaczną być wobec ciebie podejrzliwi. Zarób parę niezwykłych blizn, a ludzie zaczną wątpić, czy wciąż jesteś jeszcze człowiekiem. Ale to nic strasznego. Mogę z tym żyć. Podejrzliwość to zdrowa cecha. Pozwala mi utrzymać się przy życiu.

13

Duszny mrok zamknął się wokół mnie jak gorąca, lepka pięść. Krąg światła z latarni ulicznej wyglądał jak kałuża, jakby blask roztapiał się na chodniku. Wszystkie latarnie są kopiami lamp gazowych z przełomu wieków. Choć wznoszą się czarne i dumne, nie są do końca autentyczne. Jak halloweenowy kostium. Dobrze wygląda, ale jest za wygodny, aby był prawdziwy.

Nocne niebo czaiło się jak mroczna obecność nad wysokimi ceglanymi budynkami, ale latarnie dzielnie powstrzymywały ciemność. Niczym czarny namiot podtrzymywany na świetlistym stelażu. Wrażenie mroku pozbawione uczucia realności.

Ruszyłam w stronę garażu parkingowego przy Pierwszej. Parkowanie przy Nabrzeżu graniczy z niemożliwością. Turyści tylko pogorszyli tę sytuację.

Twarde podeszwy butów Irvinga stukały ostro o bruk. Ulica wyłożona była prawdziwą kostką. Autentyczne kocie łby. Takie ulice są dobre dla koni, nie dla aut. Parkowanie stanowiło prawdziwe utrapienie, ale miejsce to miało swój urok.

Moje adidasy prawie nie wydawały żadnych odgłosów. Irving stąpał obok mnie jak słoń. Większość lykantropów, jakie miałam okazję poznać, porusza się miękko i bezszelestnie. Irving, choć był wilkołakiem, bardziej przypominał psa. Wielkiego, uwielbiającego zabawę psa.

Minęło nas kilka rozbawionych grupek, głośny śmiech, rozmowy, piski. Ci ludzie przyszli tu, aby zobaczyć wampiry. Prawdziwe, żywe wampiry – a może powinnam raczej powiedzieć – prawdziwych nieumarłych? Turyści. Miłośnicy sensacji. Widziałam więcej nieumarłych niż oni wszyscy razem wzięci. Mogłabym się nawet założyć. I jakoś wcale nie podzielałam ich fascynacji.

Było już całkiem ciemno. Dolph i reszta będą na mnie czekać na cmentarzu Burrella. Musiałam tam dotrzeć. A co z teczką Gaynora? I co miałam zrobić z Irvingiem? Bywają takie dni, że nie wiem, za co mam się zabrać. Za dużo roboty. Jakaś postać oderwała się od jednego z tonących w mroku budynków. Nie potrafiłam stwierdzić, czy ten ktoś czekał tu na mnie, czy pojawił się ni stąd, ni zowąd. Czary. Zamarłam jak królik w snopach świateł reflektorów samochodu, patrząc przed siebie.

– Co się stało, Blake? – spytał Irving.

Podałam mu teczkę, a on przyjął ją z zakłopotaniem. Chciałam mieć wolne ręce, na wypadek gdybym musiała sięgnąć po pistolet. Choć zapewne to nie będzie konieczne. Zapewne.

Podszedł do nas Jean-Claude, Mistrz Miasta. Jak tancerz poruszał się kocim, miękkim krokiem. Wydawało się, że nieomal płynął w powietrzu. Uosobienie ukrytej energii i gracji, tylko czekającej na brutalne wyzwolenie. Nie był zbyt wysoki, mógł mieć jakieś metr siedemdziesiąt osiem. Biel jego koszuli zdawała się błyszczeć w ciemnościach. Koszula była luźna, rękawy spięte zaopatrzonymi w trzy guziki mankietami; z przodu nie zapinana, lecz związywana sięgającym aż pod szyję cienkim szpagatem. Pozostawił ją rozchełstaną, dzięki czemu widać było gładką biel jego torsu. Poły koszuli zatknął w obcisłe czarne dżinsy, gdyby nie to, unosiłyby się na wietrze niczym peleryna. Włosy, idealnie czarne, zawijały się delikatnie wokół jego twarzy. Oczy, gdyby ktoś miał dość odwagi, by w nie wejrzeć, były tak granatowe, że wydawały się prawie czarne. I lśniły niczym klejnoty.

Stanął o niecałe dwa metry od nas. Na tyle blisko, że mogłam spostrzec ciemną bliznę w kształcie krzyża na jego piersi. To jedyny znak, który mącił doskonałość jego ciała. A w każdym razie tych fragmentów jego ciała, które widziałam.

Moja blizna była wynikiem paskudnego żartu. Jego stanowiła ostatnią pamiątkę jakiegoś nieszczęśnika rozpaczliwie walczącego o życie. Zastanawiałam się, czy ten nieszczęśnik zdołał się ocalić? Czy Jean-Claude powiedziałby mi, gdybym go zapytała. Być może. Ale gdyby odpowiedź miała brzmieć “nie”, wolałabym jej nie usłyszeć.

– Witaj, Jean-Claude – powiedziałam.

– Witaj, ma petite – rzekł. Jego głos był ciepły, miękki, odrobinę obsceniczny, jakbym powiedziała coś wulgarnego. Może faktycznie tak było.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)