Miecz przeznaczenia
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #2
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-037-6
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miecz przeznaczenia». Краткое содержание книги:
Sapkowski zawładnie Waszą wyobraźnią i marzeniami.
To nie jest cykl opowiadań, to cały świat!
Literacki fenomen lat dziewięćdziesiątych!
Nowe Książki
Andrzej Sapkowski jest pisarzem formatu Tolkiena, choć odeń różnym, bo zdecydowanie bliższym współczesności i obdarzony gorętszym słowiańskim temperamentem.
Czytając Sapkowskiego jesteśmy zarazem gdzieś w świecie Tolkiena, na seansie u przeinaczonego Disneya, w średniowieczu, u Sienkiewiczowskiego Zagłoby, na seminarium ekonomicznym, w krainie ponurych pogańskich obrzędów, w przemalowanej na baśniową scenerii z czarnego kryminału.
Polityka
— Normalnie — rzekł trubadur, wyszczerzywszy zęby. - Jak zwykle. Witaj, Geralt. Co tu porabiasz? Cholera, uważaj!
Cynowy pucharek świsnął w powietrzu i z brzękiem odbił się od bruku. Jaskier podniósł go, obejrzał i cisnął do rynsztoka.
— Zabieraj te łachmany! — wrzasnęła jasnowłosa, wdzięcznie falując falbankami na pulchniutkich piersiach. - I precz z moich oczu! Żeby noga twoja tu więcej nie postała, ty grajku!
— To nie moje — zdziwił się Jaskier, podnosząc z ziemi męskie spodnie o różnych kolorach nogawek. - W życiu nie miałem takich spodni.
— Wynoś się! Nie chcę cię widzieć! Ty… ty… Wiesz, jaki ty jesteś w łóżku? Do niczego! Do niczego, słyszysz? Słyszycie, ludzie?
Następna doniczka świsnęła, zafurkotała wyrastającym z niej suchym badylem. Jaskier ledwo zdążył się uchylić. Za doniczką, wirując, pofrunął w dół miedziany sagan o pojemności minimum dwóch i pół galona. Tłum gapiów, trzymający się poza zasięgiem ostrzału, zataczał się ze śmiechu. Co więksi dowcipnisie bili brawo i niegodnie podżegali blondynkę do czynu.
— Czy ona nie ma w domu kuszy? — zaniepokoił się wiedźmin.
— Tego nie można wykluczyć — powiedział poeta, zadzierając głowę w stronę balkonu. - Ona ma w domu straszną rupieciarnię. Widziałeś te spodnie?
— Może więc lepiej chodźmy stąd? Wrócisz, gdy się uspokoi.
— Diabła tam — skrzywił się Jaskier. - Nie wrócę do domu, z którego rzuca się na mnie kalumnie i miedziane garnki. Nietrwały ów związek uważam za zerwany. Poczekajmy tylko, niech wyrzuci moją… O matko, nie! Vespula! Moja lutnia!
Rzucił się, wyciągając ręce, potknął, upadł, złapał instrument w ostatniej chwili, tuż nad brukiem. Lutnia przemówiła jękliwie i śpiewnie.
— Uff — westchnął bard, zrywając się z ziemi. - Mam ją. Dobra jest, Geralt, teraz już możemy iść. Mam u niej, co prawda, jeszcze płaszcz z kunim kołnierzem, ale trudno, niech będzie moja krzywda. Płaszczem, jak ją znam, nie rzuci.
— Ty kłamliwa łajzo! — rozdarła się blondynka i rozbryzgliwie splunęła z balkonu. - Ty włóczęgo! Ty zachrypnięty bażancie!
— Za co ona ciebie tak? Coś przeskrobał, Jaskier?
— Normalnie — wzruszył ramionami trubadur. - Wymaga monogamii, jedna z drugą, a sama rzuca w człowieka cudzymi spodniami. Słyszałeś, co o mnie wykrzykiwała? Na bogów, ja też znam takie, które ładniej odmawiają, niż ona daje, ale nie krzyczę o tym po ulicach. Idziemy stąd.
— Dokąd proponujesz?
— A jak myślisz? Do świątyni Wiecznego Ognia? Chodź, wpadniemy pod "Grot Włóczni". Muszę uspokoić nerwy.
Wiedźmin, nie protestując, pociągnął klacz za Jaskrem, raźno ruszającym w ciasny zaułek. Trubadur podkręcił w marszu kołki lutni, dla próby pobrzdąkał po strunach, wziął głęboki, rozwibrowany akord.
Urwał, wesoło pomachał ręką dwóm smarkulom, przechodzącym obok z koszykami pełnymi warzyw. Smarkule zachichotały.
— Co cię sprowadza do Novigradu, Geralt?
— Zakupy. Uprząż, trochę ekwipunku. I nowa kurtka — wiedźmin obciągnął na sobie szeleszczącą, pachnącą nowością skórę. - Jak ci się wodzi moja nowa kurtka, Jaskier?
— Nie nadążasz za modą — skrzywił się bard, strzepując kurze piórko z rękawa swego połyskliwego, chabrowego kaftana o bufiastych rękawach i kołnierzu powycinanym w ząbki. - Ach, cieszę się, że się spotkaliśmy. Tu, w Novigradzie, stolicy świata, centrum i kolebce kultury. Tutaj człowiek światły może odetchnąć pełną piersią!
— Przejdźmy może oddychać uliczkę dalej — zaproponował Geralt, patrząc na obdartusa, który kucnąwszy i wybałuszywszy oczy wypróżniał się w bocznym zaułku.
— Denerwujący staje się ten twój wieczny sarkazm — Jaskier skrzywił się znowu. - Novigrad, powiadam ci, to stolica świata. Prawie trzydzieści tysięcy mieszkańców, Geralt, nie licząc przyjezdnych, wyobrażasz sobie? Murowane domy, główne ulice brukowane, morski port, składy, cztery młyny wodne, rzeźnie, tartaki, wielka manufaktura produkująca ciżmy, do tego wszelkie wyobrażalne cechy i rzemiosła. Mennica, osiem banków i dziewiętnaście lombardów. Zamek i kordegarda, że aż dech zapiera. I rozrywki — szafot, szubienica z zapadnią, trzydzieści pięć oberży, teatrum, zwierzyniec, bazar i dwanaście zamtuzów. I świątynie, nie pamiętam, ile. Dużo. No, i te kobiety, Geralt, umyte, utrefione i pachnące, te atłasy, aksamity i jedwabie, te fiszbiny i tasiemki… Och, Geralt! Wiersze same cisną się na usta:
— Nowa ballada?
— Aha. Nazwę ją: «Zima». Ale jeszcze niegotowa, nie mogę skończyć, przez Vespulę cały jestem roztrzęsiony i rymy mi się nie składają. Aha, Geralt, zapomniałem spytać, jak tam z Yennefer?
— Nijak.
— Rozumiem.
— Gówno rozumiesz. No, gdzie ta karczma, daleko jeszcze?
— Za rogiem. O, już jesteśmy na miejscu. Widzisz szyld?
— Widzę.
— Witam i pięknie się kłaniam! — Jaskier wyszczerzył zęby do panienki zamiatającej schody. - Czy ktoś już mówił waćpannie, że jest śliczna?
Panienka poczerwieniała i mocno ścisnęła miotłę w dłoniach. Geralt przez chwilę sądził, że przyłoży trubadurowi kijem. Mylił się. Panienka uśmiechnęła się mile i zatrzepotała rzęsami. Jaskier, jak zwykle, nie zwrócił na to żadnej uwagi.
— Witam i pozdrawiam! Dobry dzień! - zagrzmiał, wchodząc do oberży i ostro pociągając kciukiem po strunach lutni. - Mistrz Jaskier, najsławniejszy poeta w tym kraju, odwiedził twój niechlujny lokal, gospodarzu! Nabrał albowiem ochoty napić się piwa! Czy doceniasz zaszczyt, jaki ci robię, wydrwigroszu?
— Doceniam — rzekł ponuro karczmarz, wychylając się zza kontuaru. - Rad jestem was widzieć, panie śpiewak. Widzę, że w istocie wasze słowo nie dym. Obiecaliście wszak wpaść zaraz z rana i zapłacić za wczorajsze wyczyny. A ja, pomyśleć tylko, sądziłem, że łżecie, jak zwykle.
Wstyd mi, jako żywo.
— Zupełnie niepotrzebnie się sromasz, dobry człowieku — powiedział niefrasobliwie trubadur. - Albowiem nie mam pieniędzy. Później o tym pogwarzymy.
— Nie — rzekł zimno karczmarz. - Zaraz o tym pogwarzymy. Kredyt się skończył, wielmożny panie poeto. Dwa razy pod rząd nikt mnie nie okpi.
Jaskier zawiesił lutnię na sterczącym ze ściany haku, usiadł za stołem, zdjął kapelusik i przygładził w zamyśleniu przypięte do niego piórko egreta.
— Masz pieniądze, Geralt? — spytał z nadzieją w głosie.
— Nie mam. Wszystko, co miałem, poszło na kurtkę.
— Niedobrze, niedobrze — westchnął Jaskier. - Cholera, ani żywej duszy, nikogo, kto mógłby postawić. Gospodarzu, co tak pusto dziś u ciebie?
— Za wcześnie na zwykłych gości. A czeladnicy murarscy, ci, co remontują świątynię, zdążyli już być i wrócili na budowę, zabrawszy majstra.
— I nikogo, nikogutko?
— Nikogo oprócz wielmożnego kupca Biberveldta, który śniada w dużym alkierzu.
— Dainty jest? — ucieszył się Jaskier. - Trzeba było tak od razu. Chodź do alkierza, Geralt. Znasz Dainty Biberveldta, niziołka?