Pożegnaj się
- Автор: Гарднер Лиза
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Pożegnaj się». Краткое содержание книги:
Liczba zaginionych kobiet rośnie, wszystko wskazuje na to, że psychopata konsekwentnie realizuje swój plan, lecz poza garścią domysłów i pokrętnymi zeznaniami dziewczyny Kimberly nie dysponuje żadnym dowodem popełnienia zbrodni, ciał bowiem nie odnaleziono. Nie może więc liczyć na pomoc miejscowej policji. Nie zdaje też sobie sprawy, że stąpa po cienkim lodzie. Zabójca, który urzeczywistnia najgorsze kobiece koszmary, jest naprawdę blisko…
Lisa Gardner zdążyła już przyzwyczaić polskich czytelników do mistrzowsko budowanego napięcia, do niezliczonych zwrotów akcji, do grozy towarzyszącej czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony. Krytycy są zgodni – to jej najlepsza powieść.
– I co teraz? – spytała Kimberly, trzymając się za lewy bok, który zaczynał ją pobolewać z wysiłku.
– Mam pomysł – odparł Sal, zerkając na jej brzuch. – Ty skocz po samochód, a ja jej przypilnuję. Tutaj co chwila są światła… Czasem piechotą jest szybciej niż autem. Może mi się uda nie stracić jej z oczu, zanim wrócisz.
Rzucił jej kluczyki. W tej samej chwili Delilah odjechała. Sal popędził za nią w kierunku skrzyżowania. Kimberly wracała najszybciej, jak mogła, ciężko dysząc i modląc się, żeby nie zwymiotować.
Niech to szlag, Mac miał rację. Jeszcze miesiąc i nie będzie się w stanie ruszyć z fotela.
Trzymając się za bok, obiecała nienarodzonej córeczce, że jeśli wytrzyma jeszcze pięć minut, kupi jej kucyka. W odpowiedzi poczuła kopnięcie. Widać dziecko odziedziczyło poczucie humoru po ojcu.
Dotarła do samochodu Sala. Nie zwymiotowała. Usiadła za kierownicą. Chwilę zmagała się z kluczykiem i pasami, przyglądała wskaźnikom na desce rozdzielczej. Ciągle się trzęsła i nie mogła złapać tchu. To do niej niepodobne, zawsze jest taka spokojna i opanowana. Odjeżdżając, zahaczyła o cudzy samochód i jeszcze usłyszała wiązankę pod swoim adresem od właściciela.
Pojechała na północ, jedną ręką trzymając kierownicę, a w drugiej dzierżąc telefon. Sal podał jej namiary, lecz kiedy dotarła na skrzyżowanie, Delili już nie było.
– Gdzie? – spytała.
– Jedzie w stronę autostrady – wysapał Sal. – Na północ. Gazu!
Kimberly puściła sprzęgło i Sala wbiło w fotel. Zapiął pas i ruszyli w pościg.
Znalazłszy się na autostradzie GA-400, Kimberly ustawiła się na środkowym pasie i wcisnęła gaz do dechy. Sal obserwował prawą stronę, ona lewą.
Dlatego o mały włos nie staranowali niebieskiej mazdy Delili, która także jechała środkiem. Kimberly zauważyła ją w ostatniej chwili, zwolniła i uciekła na prawy pas tuż przed samym zjazdem, jak klasyczna blondynka, która nie wie, gdzie jedzie. Wykazując się resztką refleksu, skręciła kierownicę i wróciła na środek, lecz między nią a Delilę zdążyły już się wcisnąć dwa samochody.
– Jak myślisz, dokąd jedzie? – spytał Sal.
– Nie mam pojęcia. Wziąłeś jej adres od policji?
– Tak. Mieszka w bloku, ale kiedy tam poszedłem, otworzył mi jakiś gruby Latynos i stwierdził, że pierwszy raz słyszy takie nazwisko. Zaryzykuję i powiem, że ta dziwka chyba nas okłamała.
– A co z odciskami palców?
– Nie znaleźli w bazie.
– Hm – mruknęła Kimberly. – Innymi słowy nadal guzik o niej wiemy. Spryciara.
Sal wyjął notes.
– Ale przynajmniej mogę spisać numer rejestracyjny.
– Brawo, Sal. Dobra robota.
Delilah włączyła kierunkowskaz. Cokolwiek by o niej mówić, była rozważnym kierowcą. Nie przekraczała dozwolonej prędkości i przestrzegała przepisów. To ułatwiało pościg. Nie bez znaczenia był też fakt, że Kimberly znała tę trasę na pamięć. Atlanta, Sandy Springs, Roswell i Alpharetta – wszystkie się ciągną wzdłuż głównej arterii. Czasami miała wrażenie, że cały dzień nie robiła nic innego, tylko jeździła nią w tę i we w tę. Ona i reszta mieszkańców Atlanty.
Delilah zjechała z autostrady. Kimberly ruszyła jej śladem.
Niebieska mazda minęła zabudowania przemysłowe i wjechała do dzielnicy mieszkaniowej. Wyglądała znajomo, ale Kimberly nie potrafiła jej umiejscowić w pamięci. Ulica była szeroka, dwupasmowa. Delilah cały czas trzymała się prawej strony.
Ruch malał, była już prawie północ. Z sześciu aut zrobiły się cztery, potem trzy, w końcu zostali tylko oni i jadąca dwadzieścia metrów przed nimi Delilah.
– Niech to szlag – mruknął Sal.
– Cicho – powiedziała do niego Kimberly. – Jest ciemno, ona widzi tylko nasze światła. Jeśli nie zrobimy niczego głupiego, powinno się nam udać.
Delilah zaczęła zwalniać. Kimberly trzymała się w pewnej odległości od niej. Obserwując okolicę, marszczyła czoło; mogłaby przysiąc, że już tu kiedyś była. Rząd przerośniętych krzaków, szkielety drzew.
I nagle sobie przypomniała. Wprawdzie wjeżdżali z drugiej strony, ale nie miała wątpliwości.
Tak jak Delilah Rose, która skręciła w prawo na bitą drogę, gdzie zginął Tommy Mark Evans.
Kimberly przejechała zakręt, wyłączyła światła i stanęła na poboczu.
– Wysiadaj – wyszeptała z niecierpliwością. – Pora się przejść.
Sal wyjął ze schowka latarkę.
– Czemu nie autem?
– To wiejska droga, zero ruchu, nie ma mowy, żeby nas nie zauważyła. Poza tym myślę, że dotarła do celu. Dalej nic nie ma, tylko miejsce zbrodni.
Sal otworzył szeroko oczy i wreszcie zrozumiał.
– To tutaj zastrzelono Evansa. Ale po co Delilah…?
– Otóż to. Po co tu przyjechała Delilah? Jeśli się pośpieszymy, może uda nam się tego dowiedzieć.
Wsunęli latarki do rękawów, żeby dyskretnie oświetlały drogę i nie były widoczne z zewnątrz. Sal zaczął biec. Kimberly potarła lewy bok, westchnęła i ruszyła za nim.
Droga była bardzo wyboista, miejscami podmyta po jesiennych ulewach, usiana kamieniami i grudkami ziemi. Musieli bardzo uważać. Starali się poruszać bezszelestnie, chociaż Sal skręcił kostkę, a Kimberly potknęła się o przewróconą gałąź.
Kimberly zobaczyła w oddali słabe światło. To były reflektory samochodu. Jednego czy dwóch, nie była pewna. Pomyślała, że Delilah przyjechała tu z kimś się spotkać i tym kimś najprawdopodobniej jest zabójca Tommy'ego. Jeżeli tak, na wszelki wypadek należy założyć, że jest niebezpieczny i uzbrojony, i mógłby źle zareagować na niespodziewaną wizytę dwójki agentów FBI.
Co ona mówiła Macowi wczorajszej nocy? Że unika ryzyka i zrezygnowała z udziału w niebezpiecznych akcjach? Że powinien jej zaufać, bo umie zadbać o swoje bezpieczeństwo, tak jak to robiła przez ostatnie cztery lata?
Jak zwykle gdy człowieka dopada prawda, ta myśl pojawiła się kompletnie nie w porę: „Idiotka ze mnie. Nie powinnam tego robić”.
Zawahała się, ale było już za późno. Sal ruszył przed siebie, licząc, że Kimberly będzie go osłaniać.
Wyjęła broń, modląc się w duchu, żeby nikomu nic się nie stało.
Pięćdziesiąt metrów. Czterdzieści. Trzydzieści. Z tej odległości było widać, że stoi tam tylko jeden samochód. Podwójne reflektory oświetlały jasnym blaskiem biały krzyż, zupełnie jak poprzedniej nocy światła samochodu Kimberly.
Wyłączyli latarki, zwolnili do truchtu i poruszali się skrajem drogi niemal ramię w ramię, żeby w razie czego móc się porozumieć dotykiem.
Dwadzieścia metrów. Dziesięć.
Wreszcie zobaczyli Delilę. Stała przodem do krzyża, ręce trzymała przed sobą. Ramiona jej drżały.
Sal szturchnął Kimberly i pokazał na drugą stronę. Kimberly skinęła i przemknęła przez drogę, chowając się w dość gęstych krzakach. Skradali się teraz równolegle, małymi krokami, jak dwa psy myśliwskie na tropie zdobyczy.
W ostatniej chwili Kimberly spojrzała w górę. Nic.
W prawo i w lewo. Pusto.
I jeszcze rzut oka za siebie.
Droga tworzyła długi mroczny tunel oddalony od cywilizacji, idealne miejsce na śmierć.
Sal odliczał na palcach: pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…
Wszedł w strumień światła. Pistolet miał opuszczony, ale palec trzymał na spuście.
Wystraszona Delilah odwróciła się i zasłoniła ręką mokrą od łez twarz.
– Delilo – powiedział spokojnie Sal.
Dziewczyna się rozpłakała. Widząc tak emocjonalną reakcję, Kimberly wreszcie zrozumiała.
– Sal – rzekła. – Poznaj Ginny Jones.
– Nic nie rozumiecie – denerwowała się dziewczyna. – Nie możecie się tak do mnie zwracać. Nazywam się Delilah Rose. Tylko dzięki temu jeszcze żyję.