Pożegnaj się
- Автор: Гарднер Лиза
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Pożegnaj się». Краткое содержание книги:
Liczba zaginionych kobiet rośnie, wszystko wskazuje na to, że psychopata konsekwentnie realizuje swój plan, lecz poza garścią domysłów i pokrętnymi zeznaniami dziewczyny Kimberly nie dysponuje żadnym dowodem popełnienia zbrodni, ciał bowiem nie odnaleziono. Nie może więc liczyć na pomoc miejscowej policji. Nie zdaje też sobie sprawy, że stąpa po cienkim lodzie. Zabójca, który urzeczywistnia najgorsze kobiece koszmary, jest naprawdę blisko…
Lisa Gardner zdążyła już przyzwyczaić polskich czytelników do mistrzowsko budowanego napięcia, do niezliczonych zwrotów akcji, do grozy towarzyszącej czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony. Krytycy są zgodni – to jej najlepsza powieść.
– Może rozstanie wzmocniło jej uczucie. Chciała odgrzać stary związek, a Tommy… Wątpię, żeby taki przystojniak całą jesień sypiał w akademiku samotnie.
– Czyli najpierw nasza tajemnicza laska go rzuca, a potem, gdy nie może go odzyskać, zabija go?
– No właśnie – odparł Sal. – Trudno zrozumieć kobiety.
– Och, proszę cię. A zrozumienie facetów to niby bułka z masłem. – Zabrzmiało to trochę napastliwie, wbrew jej intencjom. Odwróciła się do okna i zajęła dalszą obserwacją.
Sal zamilkł. Ten facet zdawał się funkcjonować tylko w dwóch trybach: gadania i jedzenia. W tym momencie oba wyjątkowo działały jej na nerwy.
Zobaczyła wychodzącą z klubu dziewczynę. Bujne blond włosy, wysokie szpilki i nieprzyzwoicie kusa spódnica. Szła, trzymając pod rękę trzy razy starszego od niej faceta z obowiązkowym wąsem i zaczesaną łysiną. Sony Bono nowego tysiąclecia. Dziewczyna cały czas się śmiała i robiła balony z gumy do żucia.
Wydawałoby się, że taki facet mógłby się szarpnąć na wynajęcie pokoju w hotelu, ale on pewnie zażyczy sobie loda na przednim siedzeniu swego porsche, zaspokajając za jednym zamachem kilka fantazji.
Kimberly zrobiła to kiedyś Macowi ręką, kiedy jechali w nocy autostradą. Stracił panowanie nad kierownicą i o mało ich nie zabił – trochę inaczej opisywali to w „Cosmo”. Za to kiedy dotarli do domu, sprawy poszły dużo lepiej.
To było oczywiście w początkowym okresie związku, kiedy byli jeszcze młodzi i odurzeni świeżym uczuciem, radośnie beztroscy.
Czy to można kiedykolwiek odzyskać? Czy mija bezpowrotnie? Dwoje ludzi zaczyna się ścierać, docierać, odkrywając nowe wady i stare przyzwyczajenia, które powoli zaczynają rządzić ich życiem, aż w końcu jedno lub drugie nie wytrzymuje i dołączają do krajowych statystyk.
Matka Kimberly nigdy nie wybaczyła jej ojcu. Bethie zakochała się w Quincym, wyszła za niego i urodziła mu dzieci. A on mimo to nie wracał na noc do domu. Nigdy, przenigdy nie zdołała sobie poradzić z takim przejawem lekceważenia. Nigdy też nie przestała się czuć winna.
Jak czyjaś śmierć może być ważniejsza od własnej rodziny?
– O czym tak rozmyślasz? – zagadnął Sal.
Kimberly oderwała wzrok od szyby.
– O rozwoju płodu – odparła rzeczowo. – Mówią, że dzieci w łonie matki reagują na głośne dźwięki już w osiemnastym tygodniu ciąży, ale pełny rozwój ucha wewnętrznego, środkowego i zewnętrznego następuje dopiero w dwudziestym szóstym. To co one mogą słyszeć w dwudziestym drugim tygodniu? Przecież w brzuchu panuje ciągły hałas: serce bije, krew szumi, żołądek trawi. Może mała w ogóle nic nie słyszy? A może słyszała tylko te najgorsze, najgłośniejsze fragmenty? To gorzej? Sama nie wiem.
– Twoje dziecko nas słyszy? – Sal patrzył z zafascynowaniem na jej brzuch. – Chcesz powiedzieć, że teraz, w tym momencie, ona albo on podsłuchuje naszą rozmowę?
– Nie wiem. Właśnie próbuję tego dociec.
– Ale jaja. Super.
Zaskoczyła ją jego reakcja.
– Serio tak uważasz?
– Pewnie. No, pomyśl. Jak jest ładny dzień, ja mogę najwyżej uruchomić kosiarkę. A ty tu siedzisz i tworzysz w sobie całkiem nowe życie, prawdziwego małego człowieka, który będzie mówił „mama” i „tata”, a być może kiedyś wyrośnie na inżyniera, który zaprojektuje lepszą kosiarkę. Słuchaj, kiedy się znów poruszy, pozwolisz mi dotknąć? Tylko raz.
Musiała się chwilę zastanowić.
– Dobra. W sumie kupiłeś mi pudding.
– Niesamowite, niesamowite… – powtarzał Sal.
– Wiesz co, powinieneś sobie sprawić psa.
– Nic z tego, mam alergię.
– A może bonsai? U nas w biurze jest facet…
Nim zdążyła dokończyć, sceneria za oknem wreszcie się zmieniła. Sal też to zauważył.
– Obiekt na trzeciej – rzucił.
– Do dzieła. – Wysiedli z auta i ruszyli prosto w stronę Delili Rose.
Jak tylko ich zauważyła, chciała uciekać. Sal złapał ją za rękę i obrócił ku sobie. Kimberly odcięła jej drogę do ulicy. Zrozumiawszy, że jest w pułapce, Delilah przeszła do defensywy.
– Nie mogą mnie z wami zobaczyć. Idźcie stąd, na litość boską!
– Po cóż się tak denerwować. Odkąd Sandy Springs ma własną policję, widok prostytutki rozmawiającej ze stróżami prawa nie jest chyba niczym nadzwyczajnym.
– Pieprzę policję i to, co sobie pomyślą inne dziewczyny. Chodzi o Dincharę. On myśli, że ja kabluję. Jutro może być po mnie.
– Dobrze – powiedział Sal. – W takim razie zapraszam do mnie. – Szerokim gestem wskazał na swój nieoznakowany samochód. – Przejedziemy się po okolicy; nikt nic nie zauważy.
– Błagam was. Pomyślą, że jesteście z antynarkotykowego…
– No to chodźmy się przejść. – Kimberly mocno chwyciła ją pod rękę i pociągnęła za sobą. – Gdzieś tu musi być jakaś familijna restauracja. Wątpię, żeby pan Dinchara zaglądał do takich przybytków. Ukryjemy się w tłumie, a przy okazji zjemy razem dobrą kolacyjkę, którą nam uprzyjemnisz swym ciętym językiem.
– Nienawidzę pani – mruknęła Delilah, ale pokornie poszła za nią. – Życie mi pani rujnuje.
– Widzisz, już się zaczęła swobodna wymiana poglądów. Naprawdę umiesz chodzić w tych butach? Ależ jesteś wysoka.
Sal i Kimberly trzymali ją między sobą i szybkim krokiem przemierzyli trzy przecznice. W tej części miasta, tak wymieszanej kulturowo, bez trudu znaleźli ciekawie urządzoną włoską restaurację. Zaciągnęli Dehlę do środka, usadzili w boksie otoczonym rodzinami z dziećmi i wzięli menu. Sal oświadczył, że umiera z głodu i wybrał lasagne. Kimberly zdecydowała się na zupę i sałatkę. Delilah chwilę złorzeczyła pod nosem, ale gdy zrozumiała, że za nic nie musi płacić, zamówiła fettuccini alfredo i kurczaka z grilla.
Sal i Kimberly postanowili, że najpierw zjedzą kolację. Obstawili wygłodniałą informatorkę talerzami z gorącym makaronem i parującą zupą, licząc, że pyszne jedzenie wykona za nich połowę roboty. Każde wsparcie się przyda.
– Dostanę odszkodowanie za stracony dzień pracy? – spytała Dehlah, zerkając w połowie posiłku na zegarek.
– Nie, ale mogą ci zapakować resztę jedzenia na wynos – zapewniła ją Kimberly.
Dziewczyna przewróciła oczami.
– I co, wsadzę se niedojedzonego kurczaka pod stanik i tak będę przyjmować klientów?
– Założę się, że niektórzy jeszcze by ci za to dopłacili – powiedział całkiem poważnie Sal.
Delilah zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.
– To ty jesteś tym świrem, który chciał mnie przesłuchiwać. Nie podobasz mi się. – Spojrzała na Kimberly. – Niech go pani spławi.
– Próbowałam, ale jest wyjątkowo odporny. Chyba musisz zacząć go tolerować.
– Hej, wcale nie muszę tolerować irytują…
Kimberly przerwała tę tyradę, łapiąc dziewczynę za nadgarstek i wkładając jej dłoń do talerza z makaronem.
– Zamknij się i posłuchaj. Chciałaś sprzedać jakieś informacje. No to jesteśmy. Więc przestań, kurwa, marnować nasz czas i gadaj.
– Mamusia wie, że pani tak brzydko mówi?
– Moja mama nie żyje, ale dzięki za troskę.
Delilah w końcu spuściła oczy. Kimberly uwolniła jej rękę. Patrzyła, jak dziewczyna bierze serwetkę i wyciera rozchlapany sos. Sal tymczasem wtopił się w tło i udawał, że go nie ma. Może jeszcze będzie z nich zgrany zespół.
– Czemu do mnie wydzwaniasz, Delilo?
Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę.
– Co? Wcale do pani nie dzwoniłam. Od naszej rozmowy nawet się nie widziałam z Dincharą i nie mam nowych informacji.
– Komu powiedziałaś o naszym spotkaniu?
– Oszalała pani? W moim środowisku kapusie mają krótki żywot. Tym się nie ma co chwalić.