Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pierworodny
Pierworodny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierworodny

Электронная книга - «Pierworodny». Краткое содержание книги:

Silvanos, dostojny założyciel zjednoczonego państwa elfów znanego jako Silvanesti, umiera i zostaje pochowany w kryształowym grobowcu. Tron Mówcy Gwiazd przechodzi na jego syna — Sithela, który sam jest ojcem dwóch bliźniaczych synów. Książęta Sithas i Kith-Kanan reprezentują rodzące się w narodzie nowe frakcje. Niestabilna sytuację starają się wykorzystać wrogowie — zarówno ci zewnętrzni jak i wewnętrzni. Nieznani najeźdźcy pustoszą dalekie prowincje państwa, narastają niepokoje wśród ludu, mnożą się kolejne spiski pałacowe. Drogi rywalizujących ze sobą braci rozchodzą się. Obaj zmuszeni będą dokonywać dramatycznych wyborów, które położą kres jedności i zadecydują o losach ich rodziny i wszystkich elfów...
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 86
Перейти на страницу:

Potężny huk fal zagłuszał wycie wiatru. Las skończył się gwałtownie na szczycie wysokiego klifu i Kith-Kanan musiał wbić pięty w ziemię, aby nie spaść z urwiska. Noc była jasna. Solinari i Lunitari wisiały wysoko na niebie. Światło księżyców i gwiazd zalewało srebrzystym blaskiem widok, jaki rozpościerał się w dole, przed oczami elfiego księcia. Kith-Kanan zdołał dostrzec potężny trójmasztowiec, kołyszący się leniwie na nadbrzeżnych falach. Jego żagle były zwinięte wokół rei.

Na widoczną w dole plażę prowadziła z klifu wąska ścieżka. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzał Kith-Kanan, był kroczący nią Arcuballis. Bijący od ciała gryfa blask wyróżniał go na tle słabiej zarysowanych sylwetek porywaczy. Odziana w czerwoną pelerynę postać — prawdopodobnie półczłowiek zwany Voltornem — prowadziła gryfa za uzdę. Tuż za stworzeniem dreptał nerwowo kolejny człowiek. Kith-Kanan wyprostował się, stając się widoczny na tle rozgwieżdżonego nieba, i strzelił do niego z kuszy. Mężczyzna poczuł, jak pocisk przeszywa rękaw jego tuniki i wrzasnął z bólu. Natychmiast na plaży pojawili się kolejni ludzie, którzy wybiegłszy ze swej kryjówki u podnóża klifu, zaczęli zasypywać Kith-Kanana gradem strzał.

— Hej! — zawołał z dołu pojedynczy głos. Kith-Kanan ostrożnie podniósł głowę. Postać w czerwonej pelerynie odsunęła się od schwytanego gryfa i doskonale widoczna, stała teraz na plaży.

— Hej. Ty, tam na górze! Słyszysz mnie?

— Słyszę — odkrzyknął Kith-Kanan. — Oddaj mojego gryfa!

— Nie mogę go oddać. To stworzenie to jedyna zdobycz, jaka trafiła mi się w czasie tej podróży. Ty odzyskałeś chłopca. Zostaw zwierzę i wynoś się stąd.

— Nie! Oddaj Arcuballisa! Mam cię na celu — ostrzegł Kith-Kanan.

— Nie wątpię w to, ale jeśli mnie zastrzelisz, moi ludzie zabiją gryfa. Ja jednak nie chcę umierać i jestem pewien, że ty także nie chcesz, aby to samo spotkało twoje zwierzę. Co byś powiedział na uczciwy pojedynek na miecze, w którym gryf przypadnie zwycięzcy?

— Skąd mam wiedzieć, że nie użyjesz jakieś podstępu?

Półczłowiek zrzucił swoją pelerynę.

— Wątpię, aby to było konieczne.

Kith-Kanan nie ufał jego słowom, jednak zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, Voltorno zabrał jednemu ze swych ludzi latarnię i prowadząc ze sobą Arcuballisa, ruszył stromą ścieżką na szczyt klifu. Zwykle ożywiony Arcuballis szedł teraz ze zwieszoną smętnie głową. Jego potężne skrzydła były spętane skórzanymi pasami, a zakrzywiony dziób krępował prymitywny kaganiec zrobiony z kolczugi.

— Zaczarowałeś moje zwierzę — rzekł z wściekłością Kith-Kanan.

Voltorno przywiązał uzdę do pobliskiego drzewa, stawiając latarnię na sięgającym jego pasa głazie.

— To było konieczne. — Kiedy półczłowiek stanął w końcu twarzą w twarz z Kith-Kananem, elf przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna był dość wysoki, a w świetle latarni jego włosy lśniły jak złoto. Policzki i brodę pokryte miał delikatnym zarostem, który zdradzał jego ludzkie pochodzenie, podczas gdy łagodnie spiczaste uszy wskazywały, że w jego żyłach płynęła też elfia krew. Zarówno ubiór, jak i zachowanie były dużo bardziej wytworne od towarzyszących mu ludzi.

— Jesteś pewien, że masz wystarczająco dużo światła, by dobrze widzieć? — spytał z sarkazmem Kith-Kanan, wskazując dłonią latarnie.

W odpowiedzi Voltorno obdarzył go urzekającym uśmiechem.

— Ależ to nie dla mnie. To dla moich ludzi. Nie darowaliby sobie, gdyby przyszło im ominąć taki spektakl.

Kiedy Kith-Kanan wyciągnął swój miecz, półczłowiek pogratulował mu tak niezwykłej w jego mniemaniu broni.

— Wzór jest odrobinę przestarzały, jednak urzekająco piękny. Będzie mi dobrze służył, kiedy ty już zginiesz — uśmiechnął się znacząco.

Żądni obejrzenia pojedynku żeglarze zajęli swe miejsca na leżącej w dole plaży. Wiwatowali na cześć Voltorna i szydzili z Kith-Kanana, podczas gdy obaj mężczyźni okrążali się nieufnie. W pewnej chwili ostrze półczłowieka wystrzeliło do przodu, niemal sięgając serca Kith-Kanana. Silvanestyjski książę sparował jednak cios, odepchnął w bok smukłe, ergothiańskie ostrze i pchnął swym potężniejszym, elfim mieczem.

Voltorno roześmiał się i zbił cios ku ziemi. Chwilę później spróbował przydepnąć ostrze Kith-Kanana i złamać sztywne żelazo, jednak młodzieniec cofnął się, unikając ciężkich butów żeglarza.

Dobrze walczysz — stwierdził Voltorno. — Kim jesteś? Mimo tych podartych szmat, które masz na grzbiecie, nie jesteś dzikim elfem.

— Jestem Silvanestyjczykiem. To wszystko, co powinieneś wiedzieć — odparł zwięźle Kith-Kanan. Voltorno uśmiechnął się miło.

— Tak wiele dumy. Pewnie masz mnie za zdrajcę.

— Nietrudno stwierdzić, której rasie zdecydowałeś się służyć — odparł Kith-Kanan.

— Ludzie, mimo całego swego grubiaństwa, mają uznanie dla talentu. W twoim narodzie byłbym wyrzutkiem, najniższym z najniższych. Pośród ludzi jestem niezwykle użytecznym kompanem. Mógłbym znaleźć ci miejsce w mojej drużynie. Mógłbyś awansować, podobnie jak ja. Razem zaszlibyśmy daleko, elfie.

Voltorno przemawiał w niezwykle melodyjny sposób. Jego słowa unosiły się i opadały ze szczególną dla uszu Kith-Kanana intonacją. Półczłowiek był teraz zaledwie kilka stóp od swego przeciwnika i książę zauważył, że Voltorno wykonuje wolną ręką delikatne, powolne ruchy.

— Jestem winien swe posłuszeństwo gdzieś indziej — stwierdził Kith-Kanan.

Nagle miecz zaczął ciążyć mu w dłoni.

— Szkoda.

Voltorno zaatakował i nowym zapasem sił. Kith-Kanan niezdarnie odparł atak. Otaczające go powietrze zaczęło wydawać się ciężkie; zupełnie jak gdyby chciało spowolnić jego ruchy. Kiedy ich miecze spotkały się po raz kolejny, Kith-Kanan stracił swój plan obrony i mijające rękojeść jego miecza ostrze Voltorna przeszyło górną część jego ramienia. Półczłowiek odsunął się do tylu, uśmiechając się niczym wielkoduszny kapłan.

Broń wypadła z odrętwiałej dłoni Kith-Kanana, który patrzył na nią z rosnącym przerażeniem. Jego palce nie miały w sobie więcej czucia niż drewno czy wosk. Próbował coś powiedzieć, jednak jego język zdawał się napuchnięty. Ogarniał go kompletny bezwład. Choć w swym umyśle wciąż krzyczał i walczył, jego głos i ciało nie były mu już posłuszne. Magia... to była magia. Voltorno zaczarował Arcuballisa, a teraz także jego.

Półczłowiek schował miecz i podniósł z ziemi broń Kith-Kanana.

— Jakże wybornie ironiczne będzie pozbawienie cię życia twym własnym mieczem — zauważył. Po tych słowach uniósł broń i,..

Miecz Kith-Kanana wypadł z jego dłoni!

Voltorno spojrzał w dół na swą pierś i sterczący z mej bełt, który nagle pojawił się tam dosłownie znikąd. Kolana ugięły się pod nim i półczłowiek runął na ziemię.

Spomiędzy ciemnego kręgu drzew wyszedł uzbrojony w kuszę Mackeli, Kith-Kanan chwiejnym krokiem odsunął się od swego przeciwnika. Siły zaczęły ma wracać, dawała o sobie znać rana, która wypełniała bólem ramię. Niczym uwolniona zza zapory rzeka, do ciała młodzieńca wracało też czucie. Kith-Kanan podniósł swój miecz i wsłuchał się w dobiegające z plaży okrzyki. Z pomocą swemu pokonanemu dowódcy nadciągali jego ludzcy towarzysze.

— A wiec — półczłowiek poruszył zakrwawionymi ustami — w końcu to jednak ty triumfujesz. — Wykrzywił twarz, dotykając palcami sterczącego z piersi beta. — No dalej, zakończ to.

Ludzie biegli teraz ku nim wąską ścieżką. — Nie mam czasu, aby tracić go dla ciebie — warknął pogardliwie Kith-Kanan. Chciał, aby jego głos brzmiał donośnie, jednak myśl o tym, że jeszcze chwilę temu mógł zginąć, sprawiła, że wciąż był roztrzęsiony.

Chwyciwszy Mackeliego za ramię, bez namysłu pognał w kierunku Arcuballisa. Chłopiec zawahał się, kiedy Kith-Kanan ściągnął kaganiec z dzioba gryfa i przeciął skórzane pasy krępujące jego skrzydła. Do oczu skrzydlatego wierzchowca powracał już dawny ogień i stworzenie ryło ziemię swymi potężnymi szponami.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)