Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pierworodny
Pierworodny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierworodny

Электронная книга - «Pierworodny». Краткое содержание книги:

Silvanos, dostojny założyciel zjednoczonego państwa elfów znanego jako Silvanesti, umiera i zostaje pochowany w kryształowym grobowcu. Tron Mówcy Gwiazd przechodzi na jego syna — Sithela, który sam jest ojcem dwóch bliźniaczych synów. Książęta Sithas i Kith-Kanan reprezentują rodzące się w narodzie nowe frakcje. Niestabilna sytuację starają się wykorzystać wrogowie — zarówno ci zewnętrzni jak i wewnętrzni. Nieznani najeźdźcy pustoszą dalekie prowincje państwa, narastają niepokoje wśród ludu, mnożą się kolejne spiski pałacowe. Drogi rywalizujących ze sobą braci rozchodzą się. Obaj zmuszeni będą dokonywać dramatycznych wyborów, które położą kres jedności i zadecydują o losach ich rodziny i wszystkich elfów...
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 86
Перейти на страницу:

9

Późne lato

Lato chyliło się ku końcowi. Zbliżały się żniwa i targowiska Silvanostu pełne były owoców ziemi. Tydzień targowy zawsze ściągał do miasta tłumy gości — Nie wszyscy byli Silvanestyjczykami. Z położonych na południu lasów i rozciągających się na zachodzie równin przybywali smagli, wymalowani Kagonesti. W górę Thon-Thalasu napływały masywne łodzie z królestwa krasnoludów, podczas gdy z położonych na dalekim zachodzie ludzkich osad przybijały wspaniałe żaglowce pełnomorskie o wysokich masztach. Wszystkie pięły się w gorę rzeki, ku wyspie Fallan, gdzie — ukryty pośród drzew — leżał Silvanost. Był to ekscytujący czas, pełen niezwykłych widoków, dźwięków i zapachów. Jednak był on ekscytujący wyłącznie dla podróżników. Dla Silvanesti, którzy patrzyli na przybyszów z niesmakiem i brakiem zaufania, był to czas prawdziwej udręki.

Siedzący na tronie Sithel był znużony, ale z uwagą słuchał kapłanów i szlachty, którzy tłoczyli się i pragnęli wyrazić swe niezadowolenie. Jego obowiązki nie pozwalały nawet na chwile wytchnienia od bezustannych sporów i próśb.

— Wielki Sithelu, cóż mamy uczynić? — spytał Firincalos, wysoki kapłan E’li. — Codziennie przybywają do nas barbarzyńcy, prosząc, aby mogli się pomodlić w naszej świątyni. Kiedy odprawiamy ich z kwitkiem, odchodzą w złości, jednak już następnego dnia przybywa kolejna grupa owłosionych dzikusów, prosząc o to samo.

— Ludzie i krasnoludy nie są jeszcze najgorsi — dodał Zertinfinas ze Świątyni Matheri. — Kagonesti najwyraźniej uważają się za nam równych. Nie sposób ich powstrzymać przed wtargnięciem do świętych miejsc, gdzie wpychają się ze swymi brudnymi rękami i stopami, z obrzydliwym malunkami na twarzach. Choćby wczoraj grupa dzikich elfów poturbowała mego pomocnika i rozlała ' świętą różaną w ode w zewnętrznym sanktuarium.

— Co chcecie, abym uczynił? — spytał Sithel. — Otoczył świątynie kordonami żołnierzy? W Domu Protektora nic ma wystarczająco wielu królewskich gwardzistów, by tego dokonać, nie wspominając nawet o tym, że większość z nich jest synami i wnukami samych Kagonesti.

— Może odczytany na targowisku edykt przekona przybyszów, aby przestali wdzierać się siłą do naszych świętych miejsc — powiedział Firincalos. Wśród zgromadzenia natychmiast dały się słyszeć pomruki aprobaty.

— Łatwo wam mówić — odezwała się Miritelisina, wysoka kapłanka bogini Quenesti Pah. — Jak my, którzy służymy bogini uzdrawiania, możemy odmówić błagającym o pomoc? Wszak do naszych obowiązków należy przyjmowanie chorych i rannych. Czy możemy rozróżniać pomiędzy Silvanesti i Kagonesti, człowiekiem, krasnoludem czy kenderem?

— Tak. Musicie — oznajmił głos, który do tej pory nic odezwał się nawet słowem.

Oczy wszystkich zwróciły się na stojącego u boku Mówcy Sithasa. Książę przez długi czas przysłuchiwał się i z uwagą przedstawiającym swe stanowiska frakcjom. Teraz poczuł, że sam powinien zabrać głos. Zszedł po schodach i stanąwszy obok kapłanów, zwrócił się do swego ojca.

— Niezbędne jest, aby została zachowana czystość naszych świątyń i naszego miasta — rzekł z zapałem.

— My, najstarsza i najmądrzejsza spośród ras Krynnu, którzy żyjemy najdłużej i dostępujemy największych błogosławieństw, musimy wznieść się ponad mniejsze ludy, które napływając w te strony, starają się skraść odrobinę naszych łask i kultury. — Po tych słowach Sithas uniósł w górę obie ręce.

— Tam gdzie nie ma czystości, nie może być Silvanostu ani też Silvanesti. — Niektórzy z kapłanów — wyjąwszy tych, którzy służyli bogini Quenesti Pah pokiwali głowami na znak uznania dla słów Sithasa. Jednak stojący za ich plecami mistrzowie gildii wyglądali na dalece niezadowolonych. Patrzący z góry na swego syna Sithel również powoli skinął głową. Następnie przeniósł wzrok ponad głową Sithasa na mistrzów gildii, nakazał im się zbliżyć.

— Wasza Wysokość — przemówił mistrz Gildii Jubilerów — cudzoziemcy przywożą ze sobą wiele towarów, których próżno szukać w Silvanoście. Krasnoludy sprzedają nam najszlachetniejsze metale Krynnu w zamian za naszą żywność i nektary. Ludzie przynoszą przepięknie rzeźbione drewno, najdelikatniejsze skóry, wino i olej. Nawet kenderzy mają tu swój udział.

— W kradzieżach — mruknął jeden z kapłanów. W wieży rozległ się stłumiony śmiech.

— Dosyć — nakazał Sithel. Jego wzrok po raz kolejny spoczął na synu. — Jak zamierzasz trzymać przybywających z dala od naszych świątyń, nie zniechęcając ich tym samym do handlu, którego tak bardzo potrzebuje nasz lud?

Sithas wziął głęboki oddech.

— Możemy tu, na wyspie Fallan, zbudować enklawę i ograniczyć handel jedynie do tego miejsca. Nikt z przybywających — z wyjątkiem ważnych ambasadorów — nie będzie miał wstępu do miasta. Jeśli ludzie, czy też pozostali, będą mieli życzenie złożyć hołd bogom, pozwolimy mi wybudować w owej enklawie ich własne świątynie.

Sithel odchylił się na tronie i w zamyśleniu pogładził się po brodzie.

— Ciekawy pomysł, ale dlaczego sądzisz, że przybysze na niego przystaną?

— Nie będą chcieli utracić dóbr, które od nas dostają – stwierdził Sithas – Jeżeli się nie zgodzą, zostaną odprawieni.

Słysząc te słowa kapłanie spojrzeli na księcia z nieskrywanym podziwem.

— Doskonałe rozwiązanie! — wykrzyknął Zertinfinas.

— Oto dowód mądrości następcy tronu — dodał obłudnie Firincalos.

Sithel spojrzał ponad ich głowami, kierując swój wzrok na mistrzów gildii.

— Co wy na to, szlachetni panowie? Czy pomysł mojego syna przemawia do was?

W rzeczy samej, pomysł Sithasa przemawiał do mistrzów gildii. Gdyby kupcy musieli gromadzić się w jednym określonym punkcie wyspy, gildiom tym byłoby łatwiej obłożyć ich stosownymi podatkami. Przedstawiciele gildii głośnymi okrzykami wyrazili swą aprobatę.

— Dobrze więc, niech zostaną poczynione wszelkie i niezbędne przygotowania — zdecydował Sithel. — Budowę doków i murów powierzam Gildii Mistrzów Budowniczych. Kiedy plany zostaną już wybrane, można rozpocząć ciosanie kamieni. — Widząc, że Sithel podnosi się z tronu, zgromadzeni zgięli się w głębokich pokłonach. — Jeśli to wszystko, uważam audiencję za zakończoną.

Mówca obdarzył Sithasa pełnym zadumy spojrzeniem, po czym odwrócił się i opuścił salę ukrytymi za tronem drzwiami.

Kapłani natychmiast stłoczyli się wokół księcia, gratulując mu doskonałego pomysłu. Miritelisina spytała jedynie, czy w umyśle następcy tronu po w stał już jakiś pomysł co do przyszłej nazwy enklawy.

W odpowiedzi Sithas uśmiechnął się i potrząsnął głową.

— Nie rozważałem jeszcze wszystkich szczegółów. — To miejsce powinno być nazwane twym imieniem — wtrącił się Firincalos. Może Sithanost, Miasto Sithasa?

— Nie — stanowczo odparł Sithas. — To byłoby nie odpowiednie. Niech będzie to coś, co zrozumieją również przybywający do Silvanostu. Thon-car, wioska na Thonie.

- Coś równie prostego. Nie chcę, aby miejsce to nosiło moje imię.

Kiedy w końcu uwolnił się od tłumu, Sithas wszedł po schodach i wyszedł tymi samymi drzwiami, którymi wcześniej opuścił sale jego ojciec. Na zewnątrz czekała już jego lektyka. Wsiadłszy do niej, Sithas rozkazał:

— Do Quinari, natychmiast.

Niewolnicy dźwignęli uchwyty na swe szerokie ramiona i truchtem ruszyli we wskazanym kierunku.

W prywatnych komnatach czekała na Sithasa Hermathya. Wieści rozniosły się już po pałacu i przepełniała ją radość z sukcesu męża.

— Podbiłeś ich — szczebiotała, nalewając Sithasowi puchar chłodnej wody. Kapłani patrzą na ciebie niczym na swego bohatera.

— Powiedziałem tylko to, w co sam wierzę — spokojnie odparł Sithas.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)