Maski czasu [The Masks of Time - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-7120-058-7
- Переводчик: Slawomir Dymczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Maski czasu [The Masks of Time - pl]». Краткое содержание книги:
— Z pewnością znasz Leo Garfielda?
— Jedynie ze słyszenia — zahuczał Bruton.
W dalszym ciągu wyciągał dłoń w geście powitania. Vornan nie miał jednak zamiaru odwzajemnić uścisku. Wyraz oczekiwania w oczach Brutona powoli zastąpiły rozczarowanie i wzbierająca wściekłość. Wiedziałem, że coś trzeba natychmiast zrobić. Sam uścisnąłem rękę Brutona i oznajmiłem:
— Jesteśmy niezwykle wdzięczni za zaproszenie. To jest naprawdę cudowny dom.
A potem dodałem ściszonym głosem:
— Vornan nie rozumie jeszcze wszystkich naszych obyczajów. Podawanie ręki to dla niego coś zupełnie nowego.
Potentat finansowy sprawiał wrażenie udobruchanego.
— Vornanie, co myślisz o mojej siedzibie?
— Wspaniała. Niezrównana w swym artyzmie. Podziwiam doskonały smak pańskiego architekta o skłonnościach do klasycyzmu.
Nie byłem pewien, czy mówi poważnie, czy też kpi sobie w żywe oczy. Bruton przyjął jednak te pochwały za dobrą monetę. Wziął Vornana pod rękę, a mnie chwycił w pół i rzekł:
— Chciałbym pokazać wam kilka rzeczy, ukrytych normalnie przed wzrokiem gości. Powinno to pana zainteresować, profesorze. Sądzę, że Vornan również nie będzie czuł się zawiedziony. Proszę za mną!
Ogarnął mnie strach, że Vornan zachowa się podobnie jak na Hiszpańskich Schodach i rzuci Brutonem o ścianę, za to, iż odważył się go dotknąć. Ale nie. Nasz gość dał się bez sprzeciwu poprowadzić za rękę. Bruton sprawnie torował nam przejście przez rozbawiony tłum. Dotarliśmy do estrady, górującej w centrum sali. Niewidzialna orkiestra grała jakąś nieznaną mi symfonię. Wzmocnione dźwięki dochodziły z każdego kąta pomieszczenia. Na podium tańczyła dziewczyna przebrana w strój egipskiej księżniczki. Bruton chwycił ją w pasie i odstawił na bok jak krzesło. Stanęliśmy we trójkę na estradzie. Nasz gospodarz dał znak i niespodziewanie zjechaliśmy w dół.
— Znajdujemy się obecnie dwieście stóp pod ziemią — oznajmił Bruton po chwili. — Oto główna sterownia. Spójrzcie!
Zatoczył szeroko łuk ręką. Wszędzie dookoła widać było ekrany przekazujące obraz z przyjęcia. Akcja toczyła się niezależnie w wielu pomieszczeniach. Spostrzegłem Kralicka chwiejnie balansującego na rozstawionych nogach, podczas gdy jakaś pożałowania godna kobieta usiłowała wdrapać mu się na barana. Morton Fields tonął w objęciach korpulentnej damy, obdarzonej przez naturę szerokim, płaskim nosem. Helen McIlwain dyktowała na gorąco spostrzeżenia do mikrofonu ukrytego w amulecie zawieszonym na szyi. Lloyd Kolff podziwiał zaś wdzięki nagiej dziewczyny o wspaniałych oczach i śmiał się do niej rubasznie. Heyman zniknął gdzieś na dobre. Aster Mikkelsen stała pośrodku sali, wilgotne ściany drgały rytmicznie. Ze spokojem obserwowała szaleństwo, jakie ogarnęło gości. Stoły zastawione jedzeniem przemykały po pomieszczeniach. Obserwowałem, jak ludzie wyciągają dłonie po smakowite zakąski, opychają się nieprzyzwoicie, rzucają jedzeniem o ścianę. W jednym z pomieszczeń z sufitu zwisały zbiorniki wypełnione (jak przypuszczam) winem albo innym alkoholem — wystarczyło odkręcić kurek i pić do woli. Inny pokój z kolei tonął w ciemnościach, lecz nie był pusty. Jeszcze gdzie indziej goście na zmianę wkładali na głowy rodzaj kasku, podłączonego do urządzenia pobudzającego zmysły.
— Popatrzcie na to! — zawołał Bruton.
Spojrzeliśmy na wskazany ekran. Vornan był wyraźnie znudzony, ja czułem się dość nieswojo. Bruton, chichocząc diabolicznie, przesunął jakieś dźwigienki, pomanipulował przy konsolecie, wystukał komendy na klawiaturze. W pomieszczeniach na górze światła zamrugały i zgasły, sufity i podłogi zamieniły się miejscami, małe roboty latały jak oszalałe wśród krzyczących i śmiejących się na przemian gości. Rozdzierające dźwięki, zbyt straszne, aby nazwać je muzyką, wypełniły cały budynek.
Myślałem już, że za chwilę Ziemia wybuchnie w proteście, a lawa pochłonie nas wszystkich.
— Pięć tysięcy kilowatów na godzinę — oznajmił Bruton z dumą.
Wsparł dłonie o wysoką na stopę srebrną kulę i pchnął ją po wysadzanym klejnotami torze. W tej samej chwili jedna ze ścian zniknęła, ukazując olbrzymi korpus magnetyczno-hydrodynamicznego generatora. Wskazówki na konsoli zaczęły kręcić się obłąkańczo, cyfry na wyświetlaczach mrugały do nas zielenią, czerwienią i szkarłatem. Pot spływał Brutonowi po twarzy, gdy wyliczał, niemal histerycznie, zalety oraz dane techniczne agregatu. Opiewał potęgę kilowatów. Uchwycił pęk grubych kabli i głaskał je w szczerym uwielbieniu. Potem skinął, abyśmy poszli za nim. Chciał nam pokazać samo serce generatora. Ruszyliśmy korytarzem w głąb. Nasz przewodnik — potentat finansowy o twarzy złośliwego gnoma — kroczył na czele. Przypomniałem sobie nagle, że Bruton wykupił udziały w przedsiębiorstwie, które dostarcza elektryczność przeszło połowie tego kontynentu. Miałem wrażenie, że cała ta potęga została zgromadzona tutaj, pod moimi stopami i służyła wyłącznie na potrzeby architektonicznego cudu Alberta Ngumbwe. Było potwornie gorąco. Po policzkach spływał mi pot. Bruton rozpiął marynarkę, odsłaniając nagą, pozbawioną owłosienia klatkę piersiową, naznaczoną grubymi węzłami mięśni. Jedynie Vornan-19 zupełnie ignorował, jak się zdawało, ten wściekły upał. Kroczył lekko u boku gospodarza, niewiele mówiąc, pilnie obserwując. Zachował pełen spokój, mimo rozgorączkowania, jakie przejawiał pan domu.
Dotarliśmy na sam dół. Bruton gładził delikatnie boczną ściankę generatora, jak gdyby był to brzuch kobiety. Musiało w końcu dotrzeć do niego to, że Vornan zachowuje dziwne opanowanie w obliczu tych wszystkich cudów.
— Widziałeś kiedyś coś podobnego? Znasz budynek, który mógłbyś porównać z moim domem? — spytał ostrym tonem.
— Bardzo wątpię — odparł grzecznie Vornan.
— Jak się u was mieszka? W wielkich wieżowcach? Może wolicie małe domki?
— Dążymy ku maksymalnej prostocie.
— Nigdy zatem nie widziałeś czegoś podobnego! W ciągu następnego tysiąclecia nie powstanie nic, co mogłoby konkurować z moim domem!
Nagle Bruton przerwał swą tyradę.
— Ale… czy mój dom nadal istnieje w twoim czasie?
— Trudno mi cokolwiek pewnego na ten temat powiedzieć.
— Ngumbwe obiecał, że będzie stał przez tysiąc lat! Pięć tysięcy! Nikt nie śmiałby przecież zniszczyć takiego cudu! Pomyśl przez chwilę. Musi gdzieś tam być. Pomnik przeszłości… muzeum pradawnej historii…
— Być może — stwierdził beznamiętnie Vornan. — Te tereny leżą poza Centralą. Nie mam pojęcia, co tam się obecnie dzieje. Myślę jednak, że prymitywne barbarzyństwo tej budowli nie spodobało się ludziom, którzy żyli w Czasie Wielkiej Czystki. Wiele rzeczy uległo wtedy zmianie. Wiele rzeczy zostało wtedy zniszczonych.
— Prymitywne… barbarzyństwo… — wysapał Bruton. Na twarzy wystąpiły mu szkarłatne plamy. Był bliski apopleksji. Żałowałem, że nie ma z nami Kralicka.
Vornan wyraźnie prowokował miliardera i nie zgadzał się z nim.
— Taki dom, to mimo wszystko wspaniała rzecz — oznajmił. — Można by urządzać tu różne imprezy, np. ceremonie powitania wiosny.
Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
— Najpierw musielibyśmy jednak przecierpieć zimę, aby obchodzić powrót wiosny. Wówczas byśmy tańczyli i biesiadowali w pańskim domu, sir Bruton. Lecz obawiam się, że nic z tego. Ten budynek pewnie już nie istnieje od setek lat. Nie mam jednak absolutnej pewności. Nie mam pewności.
— Żarty sobie ze mnie stroisz? — huknął Bruton. — Ze mnie i z mojego domu? Jestem dla ciebie barbarzyńcą? Czy…