Głos Skrzypiec
- Автор: Камиллери Андреа
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Głos Skrzypiec». Краткое содержание книги:
Podczas prywatnej podróży służbowy samochód Montalbana potrąca zielone twingo. Zaintrygowany brakiem reakcji ze strony właściciela, komisarz zakrada się do willi, przed którą doszło do incydentu. Podczas tej nieformalnej wyprawy odkrywa zwłoki pięknej, młodej blondynki. I oto, podobnie jak w poprzednich powieściach, wskutek niekonwencjonalnego postępowania policjanta, z jednej sprawy robią się dwie – trzeba odkryć zabójcę, lecz również sprawić, żeby zwłoki zostały odkryte w następstwie formalnej procedury. Kiedy Montalbano realizuje swoją mistyfikację, staje się przypadkowym świadkiem prywatnego koncertu światowej sławy skrzypka, który stara się uciec od świata… Odległe wydarzeniaq łączy nić, której ślad Montalbano raz po raz mocno chwyta w ręce, żeby doprowadzić dochodzenie do końca. Głos skrzypiec to powieść nieco bardziej ściszona od poprzednich kryminałów Andrei Camilleriego. Jej fabuła toczy się z dala od mafii i polityki, w gęstym klimacie sycylijskiego miasteczka, który rozjaśniają barwne, zapadające w pamięć postaci.
– Raz mi się zdarzyło, a pan od razu wypomina, ledwo tylko pan wsiadł.
Jechali w milczeniu.
– Mam zaczekać? – spytał Gallo, kiedy dotarli na miejsce.
– Tak, to nie potrwa długo.
Nicolo Zito wprowadził go do swojego studia. Był podenerwowany.
– Jak ci poszło z Tommaseo?
– A jak miało mi pójść? Opierdolił mnie od góry do dołu i o mało nie obdarł ze skóry.
– A ty co na to?
– Odwołałem się do piątej poprawki.
– Nie mamy piątej poprawki, nie wygłupiaj się.
– I dobrze, że nie mamy. Bo ci, którzy w Ameryce powoływali się na piątą poprawkę, i tak dostali po dupie.
– Powiedz, jak zareagował na nazwisko Guttadauro. Musiało to na nim zrobić jakieś wrażenie.
– Przestraszył się, wydał się też zmartwiony. W każdym razie udzielił mi formalnego ostrzeżenia. Następnym razem pośle mnie do mamra, i tyle.
– O to mi chodziło.
– Żeby mnie posłał do mamra?
– Nie, kutasie. Żeby wiedział, że wciął się w to Guttadauro i ci, których reprezentuje.
– Co według ciebie zrobi teraz Tommaseo?
– Porozmawia z kwestorem. Na pewno zrozumiał, że on również wpadł do sieci, więc będzie chciał się jakoś wyplątać. Nicolo, chcę przejrzeć tę kasetę.
Dziennikarz wziął ją i włożył do odtwarzacza. Zobaczyli ogólne ujęcie z ludźmi na polu, nie można było dostrzec ich twarzy. Dwie osoby, w białych fartuchach, przenosiły ciało na nosze. Na dole monitora widniała data niebudząca najmniejszych wątpliwości: MONDAY 14.4.97. Operator zrobił zbliżenie: teraz widać było Panzacchiego i doktora Pasquano. Rozmawiali bezgłośnie, po czym uścisnęli sobie ręce i doktor wyszedł z kadru. Plan został poszerzony: pokazało się sześciu funkcjonariuszy oddziałów specjalnych, którzy otaczali swojego przełożonego. Panzacchi coś im powiedział, wszyscy wyszli z kadru. Koniec programu.
– Kurwa! – powiedział półgłosem Zito.
– Przegraj mi to.
– Tutaj nie mogę, muszę iść do reżyserki.
– Dobrze, ale ostrożnie: nie pokazuj nikomu.
Wyjął z szuflady Nicolo kartkę i kopertę bez nadruku Retelibery. Usiadł przy maszynie do pisania.
OBEJRZAŁEM PRÓBKĘ. NIE JESTEM ZAINTERESOWANY. NIECH PAN Z TYM ROBI, CO CHCE. ALE ZALECAM ZNISZCZENIE ALBO UŻYCIE WYŁĄCZNIE DO CELÓW PRYWATNYCH.
Nie podpisał, nie naniósł adresu, który znał z książki telefonicznej.
Wrócił Zito, wręczył mu dwie kasety.
– To oryginał, a to kopia. Wyszła tak sobie, wiesz, jak to jest, kopia z kopii…
– Nie jadę z tym na festiwal do Wenecji. Daj mi dużą kopertę podklejoną plastikiem.
Włożył kopię do zwykłej koperty, a list i oryginał do firmowej, którą podał mu Nicolo. Na niej też nie zapisał adresu.
Gallo siedział w samochodzie, czytając „Gazzetta dello Sport”.
– Wiesz, gdzie jest ulica Xerri? Pod numerem osiemnastym mieści się biuro mecenasa Guttadauro. Przekaż mu tę kopertę i przyjedź tu po mnie.
Fazio i Giallombardo dotarli do komisariatu po dziewiątej.
– Oj, komisarzu! To była tragikomedia! – krzyknął Fazio.
– Co powiedział?
– Najpierw mówił, a potem przestał – odparł Giallombardo.
– Kiedy pokazaliśmy mu pokrowiec, nie zrozumiał. Pytał: „Co to, żarty sobie robicie? To jakiś żart, prawda?” Jak tylko Giallombardo powiedział, że pokrowiec został znaleziony w Raffadali, twarz mu się zupełnie zmieniła, zrobił się blady jak trup.
– Potem, kiedy zobaczył broń – wtrącił Giallombardo, który też chciał mieć swój udział – poczuł się źle. Już myśleliśmy, że szlag go trafi w samochodzie.
– Cały drżał, wyglądał, jakby nim trzęsła malaria. Potem nagle wstał, dał przeze mnie susa i uciekł – powiedział Fazio.
– Biegł jak pijany zając, to w lewo, to w prawo – zakończył Giallombardo.
– I co teraz? – spytał Fazio.
– Walnęliśmy w stół, zobaczymy, co powiedzą nożyce. Dziękuję za wszystko.
– Na rozkaz – odparł krótko Fazio i dodał: – A gdzie mamy zostawić pokrowiec? W szafie pancernej?
– Tak – powiedział Montalbano.
Komisarz miał w swoim pokoju sporą szafę pancerną, w której nie gromadził dokumentów, tylko zarekwirowaną broń i narkotyki, czekające na przewiezienie do Montelusy.
Zmęczenie podeszło go zdradziecko i prawie zwaliło z nóg: czterdzieści sześć lat piechotą nie chodzi. Powiedział Catarelli, że jedzie do domu, i nakazał, by przełączał do niego telefony. Za mostem zatrzymał się, wysiadł, podszedł pod dom Anny. A jeśli ktoś u niej jest? Spróbował.
Anna wyszła mu naprzeciw.
– Wejdź, proszę.
– Jest ktoś u ciebie?
– Nie ma nikogo.
Poprosiła, żeby usiadł na kanapie przed telewizorem. Ściszyła dźwięk, wyszła z pokoju, wróciła z dwiema szklankami: w jednej była whisky dla komisarza, w drugiej białe wino dla niej.
– Jadłaś już?
– Nie – odpowiedziała Anna.
– Nie jesz nigdy?
– Jadłam w południe.
Usiadła obok niego.
– Nie siadaj za blisko, bo sam czuję, jak śmierdzę – powiedział Montalbano.
– Miałeś ciężkie popołudnie?
– Dosyć.
Odchylił do tyłu głowę i oparłszy się na jej ramieniu, zamknął oczy. Na szczęście zdążył odstawić szklankę na stolik, bo nagle zapadł w sen, jak gdyby do whisky dosypano mu opium. Obudził się pół godziny później i aż się poderwał. Rozejrzał się wokół, przypomniał sobie, gdzie jest, i się zawstydził.
– Bardzo cię przepraszam.
– To dobrze, że się obudziłeś. Ręka już zaczęła mi drętwieć.
Komisarz wstał.
– Muszę iść.
– Odprowadzę cię.
W drzwiach, bez żadnych podtekstów, Anna pocałowała go w usta.
– Odpocznij, Salvo.
Bardzo długo brał prysznic, zmienił bieliznę i ubranie, wystukał numer Livii. Telefon dzwonił i dzwonił, zanim połączenie zostało automatycznie przerwane. Co się z nią działo?
Dręczyła się z powodu Francois? Było za późno, żeby dzwonić do jej przyjaciółki po jakieś informacje. Usiadł na werandzie i po namyśle podjął decyzję: jeśli nie uda mu się połączyć z Livią w ciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin, to machnie ręką na wszystko, złapie samolot do Genui i pobędzie z nią choć przez jeden dzień.
Z werandy przywołał go dzwonek telefonu. Był pewny, że to wreszcie Livia.
– Halo? Czy rozmawiam z komisarzem Montalbano?
Głos był mu znany, ale nie pamiętał skąd.
– Tak, kto mówi?
– Ernesto Panzacchi.
Nożyce się odezwały.
– Mów.
Byli na ty czy na pan? W tej chwili to nie miało znaczenia.
– Chciałbym z tobą porozmawiać. Osobiście. Czy mam do ciebie przyjechać?
Nie miał ochoty gościć Panzacchiego w swoim domu.
– Ja przyjadę. Gdzie mieszkasz?
– W hotelu „Pirandello”.
– Czekaj.
Pokój Panzacchiego był przestronny jak jakiś salon. Oprócz małżeńskiego łoża i szafy były w nim dwa fotele, lodówka i duży stół, na którym stał telewizor z odtwarzaczem wideo.
– Rodzina jeszcze nie zdążyła się do mnie przeprowadzić.
I dobrze, bo musiałaby się od razu pakować z powrotem – pomyślał komisarz.
– Przepraszam, ale muszę się wysikać.
– Bądź spokojny, w ubikacji nie ma nikogo.
– Ale mnie naprawdę chce się siusiu.
Nie można było ufać takiej żmii.
Kiedy Montalbano wyszedł z łazienki, Panzacchi wskazał mu fotel.
Szef oddziałów specjalnych był człowiekiem zwalistym, lecz eleganckim, o jasnych oczach i wąsach na Tatarzyna.
– Napijesz się czegoś?
– Nie.
– Przejdziemy od razu do sprawy? – spytał Panzacchi.