Dziedziczka Morza i Ognia [The Heir to Sea and Fire - pl]
- Автор: МакКиллип Патриция
- Серия: Mistrz Zagadek #2
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-41-2
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Dziedziczka Morza i Ognia [The Heir to Sea and Fire - pl]». Краткое содержание книги:
Obudziła się o wschodzie słońca. Obmyła twarz w rzece, napiła się wody i zjadła skromne śniadanie. Cała była obolała; mięśnie protestowały przy każdym ruchu, ale kiedy ruszyła w dalszą drogę, zapomniała o nich. Przecieranie własnego szlaku wzdłuż brzegu nie przysparzało jej większych trudności; omijała cierniste zarośla, wspinała się po kamienistych zboczach, tam gdzie brzeg wznosił się ponad lustro rzeki; podkasując porwaną spódnicę, brodziła w wodzie, tam gdzie nie dało się przejść suchą nogą, opłukiwała w rzece posiniaczone, podrapane ręce i wystawiała twarz na przygrzewające słońce. Nie liczyła upływającego czasu, koncentrowała się na marszu, aż do chwili, kiedy powoli dotarło do niej, że ktoś za nią idzie.
Wtedy się zatrzymała. Zbliżało się południe. Dopiero teraz poczuła, jak jest zmęczona i obolała. Zachwiała się i oparła o wystający z rzeki głaz, żeby nie upaść. Schyliła się, ugasiła pragnienie, a potem obejrzała za siebie. Nie zauważyła żadnego poruszenia, ale przecież je wyczuwała, słyszała swoje imię powtarzane przez czyjś umysł. Wzięła jeszcze kilka łyków wody, otarła rękawem usta i zaczęła wypruwać z niego srebrną nitkę.
Zostawiła już kilka takich na szlaku, wymyślnie poskręcanych i splątanych. Splatała za sobą długie źdźbła trawy; wyglądały niepozornie, ale przestępującemu nad nimi człowiekowi albo koniowi miały wydać się grubą, naprężoną liną. Rzucała za siebie gałązki kolczastych krzewów, wyobrażając sobie złowrogi, najeżony cierniami gąszcz, jakim będą się jawiły temu, kto za nią podąża. W jednym miejscu wygrzebała w ziemi dołek wielkości pięści, otoczyła go liśćmi, a potem napełniła wodą, którą zaczerpnęła z rzeki złożonymi w muszelkę dłońmi. Każdy, kto będzie tędy przechodził, zobaczy wielkie, nieprzebyte jezioro.
Wrażenie, że jest śledzona, zaczęło słabnąć. Intruz natknął się pewnie na którąś z jej pułapek. Uspokojona, zwolniła kroku. Było późne popołudnie, słońce chowało się za czubki sosen. Zerwał się chłodny, wieczorny wietrzyk. Napełniał ją poczuciem osamotnienia, uwydatniał pustkę rubieży. Raederle pomyślała o dniach i nocach, jakie przyjdzie jej jeszcze spędzić na samotnej, niemal samobójczej dla kogoś nieuzbrojonego wędrówce przez te nie zasiedlone ziemie. Mogła mieć tylko nadzieję, że instynkt wskaże jej drogę. Wzdrygnęła się lekko i ruszyła dalej. Słońce zachodziło, wycofując macki światła spomiędzy drzew; zapadał zmierzch i świat pogrążał się w nieziemskiej ciszy. Maszerowała niestrudzenie, nie myśląc o niczym, nie zatrzymując się na posiłek, nie zdając sobie sprawy, że wkrótce do głosu dojdzie wyczerpanie. Wzeszedł księżyc; musiała zwolnić, bo potykała się teraz co chwila o niewidoczne w ciemnościach przeszkody. Raz przewróciła się bez wyraźnego powodu i ze zdumieniem stwierdziła, że ma trudności ze wstaniem. Kilka kroków dalej znowu się przewróciła. Czuła, jak krew cieknie jej z kolana. Wstając, wsadziła rękę w kępę pokrzyw. Stała przez chwilę, trzymając poparzoną dłoń pod pachą, i zastanawiała się, czemu drży, skoro noc nie jest wcale taka chłodna. I wtedy ujrzała między drzewami swojski, wabiący blask ogniska. Ruszyła w tamtą stronę z jednym imieniem tłukącym się po głowie.
Zatrzymała się na skraju ciemności i przyjrzała mężczyźnie, który siedział przy ognisku ze spuszczoną głową, wsparty plecami o skałę; widziała tylko jego srebrnosiwe włosy. Nie był to z pewnością Morgon. Po chwili mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na nią. Poznała go natychmiast: harfista Najwyższego.
— Raederle? — wykrztusił zaskoczony.
Zrobiła gwałtowny krok do tyłu, a on spiął się w sobie, tak jakby chciał zerwać się z miejsca i zatrzymać ją, zanim znowu rozpłynie się w ciemnościach. Opanował się jednak i z ostentacyjną obojętnością oparł z powrotem o głaz. Raederle powstrzymywał przed ucieczką dziwny wyraz jego twarzy. Nigdy jeszcze go takim nie widziała. Zaprosił ją gestem do zajęcia miejsca przy ognisku, nad którym piekł się odarty ze skóry zając.
— Wyglądasz na zmęczoną, spocznij na chwilę. — Obrócił szpikulec rożna i do Raederle doleciał aromat pieczonego mięsa. Mężczyzna miał potargane włosy, twarz wyniszczoną, pomarszczoną, niespotykanie otwartą. Nie zmienił się tylko jego głos; nadal był melodyjny i wyczuwało się w nim nutkę ironii.
— Morgon powiedział — wyszeptała — że… że grałeś na harfie, kiedy on na wpół martwy leżał w niewoli u Ghisteslwchlohma.
Mięśnie twarzy Detha napięły się wyraźnie. Sięgnął po złamaną gałązkę i wrzucił ją w płomienie.
— To prawda. Za to granie czeka mnie nagroda. Ale póki co, posil się może? Ja jestem zgubiony, ty głodna. Jedno niewiele ma z drugim wspólnego, nic więc nie stoi na przeszkodzie, byś zjadła ze mną wieczerzę.
Postąpiła krok w jego stronę. Patrzył na nią z nieprzeniknioną miną. Zrobiła kolejny krok. Wyjął z juków kubek i napełnił go winem z bukłaka. Podeszła jeszcze bliżej i wyciągnęła ręce do płomieni. Sparzyły ją. Spojrzała na swoje dłonie. Były podrapane kolcami, a od pokrzyw usiane białymi pęcherzami. Usłyszała znowu głos Detha.
— Mam wodę…
Głos ścichł. Spojrzała na niego znowu. Nalewał wodę z innego bukłaka; nic już nie mówił. Usiadła w końcu przy ognisku i obmyła dłonie z kurzu i zakrzepłej krwi. Wciąż milcząc, podał jej kubek z winem, chleb i mięso. Sam sączył wino, przyglądając się Raederle, jak je.
Kiedy znowu się odezwał, jego głos rozbrzmiał w ciszy niezwykle łagodnie.
— Prędzej spodziewałem się gościć przy moim wieczornym ognisku Morgona albo któregoś z pięciu czarodziejów niż drugą z najpiękniejszych kobiet Trzech Prowincji An.
Spojrzała po sobie odruchowo.
— Już się za taką nie uważam. — Smutek ścisnął jej krtań, kiedy przełykała; odłożyła pajdę chleba i wyszeptała: — Nawet ja zmieniłam postać. Nawet ty.
— Ja zawsze jestem sobą.
Popatrzyła na jego szlachetną, nieprzeniknioną twarz. Malowała się na niej przekora, której nigdy tam nie widziała.
— A co z Najwyższym, któremu tyle wieków przygrywałeś na harfie? — zapytała obojętnie.
Pochylił się gwałtownie, by podsycić przygasający ogień.
— Znasz odpowiedź. Przeszłość jest przeszłością. Nie ma przede mną przyszłości.
— Dlaczego? — Paliło ją w gardle. — Dlaczego zdradziłeś Naznaczonego Gwiazdkami?
— To gra w zagadki? Jeśli tak, to udzielę odpowiedzi za odpowiedź.
— Nie. To nie jest żadna gra.
Zamilkli znowu. Raederle, sącząc wino, czuła, że odżywa. Ustępowała obolałość nadwyrężonych mięśni, pulsujące pieczenie w zadrapaniach. Opróżniła kubek i dolała sobie wina.
— On zabił już jednego harfistę — powiedział. Czuła się w towarzystwie Detha coraz swobodniej, odnosiła wrażenie, że siedzą w tej samej niszy smutku.
— Słucham?
— Mówię o Morgonie. Zabił ojca Ylona. — Zmieniła pozycję, izolując się od tęsknoty, jaką budziło w niej to imię.
— Ylon — powtórzył Deth bezbarwnym głosem. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Roześmiał się i mocniej ścisnął kubek w dłoniach. — A więc dlatego wędrujesz po nocy. I uważasz, że pośród całego tego chaosu ma to jakiekolwiek znaczenie?