Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Złodziej czasu [Thief of Time - pl]
Złodziej czasu [Thief of Time - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Złodziej czasu [Thief of Time - pl]

Электронная книга - «Złodziej czasu [Thief of Time - pl]». Краткое содержание книги:

Czas jest zasobem — wszyscy wiedzą, że trzeba nim gospodarować. Na Dysku zadanie to przypada Mnichom Historii, którzy magazynują go i przepompowują z miejsc, gdzie się marnuje (na przykład spod wody — ile czasu potrzebuje dorsz?), do miast, gdzie nigdy nie ma dość czasu. Ale konstrukcja pierwszego na świecie naprawdę dokładnego zegara staje się dla Lu-Tze i jego ucznia Lobsanga Ludda początkiem wyścigu… no, z czasem. Ponieważ ten zegar zatrzyma czas. A to będzie dopiero początkiem kłopotów. „Złodziej czasu” prezentuje także pełen komplet postaci drugoplanowych — bohaterów i złoczyńców, yetich, mistrzów sztuk walki oraz Ronniego, piątego Jeźdźca Apokalipsy (który odszedł, zanim stali się sławni).
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 84
Перейти на страницу:

A jednak wszystko to wydawało się znajome. Czuł się jak w domu.

Dźwięk wypełniał szklane pomieszczenia. Przepływał w czystych, ostrych nutach, jak ton wydawany przez mokry palec przesuwany po brzegu kieliszka. Był także ruch — mgiełka w powietrzu poza przejrzystymi ścianami, przesuwająca się, falująca i… obserwująca go…

— Jak coś mogło tu dotrzeć stamtąd? I co to znaczy „dziwnego”? — dopytywał się Lu-tze.

Lobsang zamrugał. Raczej „tutaj” było dziwnie, w tym miejscu, w sztywnym i szorstkim świecie…

A potem wrażenie rozwiało się i przeminęło.

— Po prostu dziwnego. Tylko przez chwilę — wymamrotał.

Czuł wilgoć na policzku. Dotknął jej palcami.

— To przez to zjełczałe masło jaka, które dodają do herbaty. Zawsze im to powtarzam — narzekał Lu-tze. — Pani Cosmopilite nigdy… A to było niezwykłe — dodał, unosząc głowę.

— Co? Co takiego? — spytał Lobsang, patrząc tępo na mokre czubki palców, a potem na bezchmurne niebo.

— Prokrastynator wchodzący na zbyt wysokie obroty. — Lu-tze zmienił pozycję. — Nie czujesz?

— Niczego nie słyszę!

— Nie: czy słyszysz, ale: czy czujesz. Przechodzi przez sandały. Oj, teraz następny… i jeszcze jeden… i znowu. Naprawdę nic nie wyczuwasz? Ten to… stary sześćdziesiąty szósty, nigdy go porządnie nie wyważyli. Usłyszysz je za chwilę… Na bogów! Popatrz, na kwiaty!

Lobsang spojrzał do tyłu.

Przypołudniki otwierały się, a polne mieczyki zamykały.

— Wyciek czasowy — stwierdził Lu-tze. — Posłuchaj! Teraz już je słyszysz, prawda? Zrzucają czas losowo! Chodźmy!

Według „Drugiego zwoju Wena Wiecznie Zaskoczonego”, Wen Wiecznie Zaskoczony wypiłował pierwszy prokrastynator z pnia drzewa wamwam, wyrył na nim pewne symbole, umocował trzpień z brązu i przywołał swego ucznia, Mulisty Staw.

— Bardzo ładny, mistrzu — oświadczył Mulisty Staw. — To młynek modlitewny, tak?

— Nie, nic aż tak skomplikowanego — odparł Wen. — On tylko magazynuje i przesuwa czas.

— To proste, tak?

— A teraz go wypróbuję — rzekł Wen.

I ręką przekręcił prokrastynator o pół obrotu.

— Bardzo ładny, mistrzu — oświadczył Mulisty Staw. — To młynek modlitewny, tak?

— Nie, nic aż tak skomplikowanego — odparł Wen. — On tylko magazynuje i przesuwa czas.

— To proste, tak?

— A teraz go wypróbuję — rzekł Wen.

Przekręcił go trochę mniej.

— To proste, tak?

— A teraz go wypróbuję — rzekł Wen.

Tym razem przesuwał go delikatnie tam i z powrotem.

— To pro-pro-pro… to proste-ste, tak tak tak proste, tak?

— Wypróbowałem go — oznajmił Wen.

— I działa, mistrzu?

— Chyba tak. — Wen wstał. — Daj mi sznur, którego używasz do noszenia drewna na opał. I… pestkę którejś z wiśni, co to je zerwałeś wczoraj.

Owinął wystrzępiony sznur wokół walca i rzucił pestkę na kawałek błotnistego gruntu. Mulisty Staw odskoczył na bok.

— Widzisz te góry? — spytał Wen i pociągnął za sznur.

Walec zawirował w równowadze, brzęcząc cicho.

— O tak, mistrzu — potwierdził posłusznie Mulisty Staw.

Nie było tu nic oprócz gór — tak wielu, że czasem trudno było je zauważyć, bo wszystko przesłaniały.

— Ile czasu potrzebuje skała? — rzekł Wen. — Albo głębokie morze? Przesuniemy go… — ustawił lewą dłoń tuż ponad wirującym walcem — …tam, gdzie bardziej się przyda.

Popatrzył na pestkę wiśni. Bezgłośnie poruszył wargami, jak gdyby rozwiązywał skomplikowaną łamigłówkę. Potem wskazał pestkę prawą ręką.

— Odsuń się — uprzedził i delikatnie dotknął palcem walca.

Nie zabrzmiał żaden dźwięk prócz trzasku odpychanego na bok powietrza i syku pary nad błotem.

Wen spojrzał na koronę nowego drzewa i uśmiechnął się.

— Mówiłem, żebyś się odsunął — rzekł.

— Ja, tego, no… Może zejdę na dół, dobrze? — odpowiedział mu głos spośród obsypanych kwieciem gałęzi.

— Ale ostrożnie!

Mulisty Staw runął na ziemię w deszczu płatków.

— Zawsze będą tu kwitły wiśnie — oznajmił Wen.

Lu-tze podwinął szatę i pobiegł ścieżką. Lobsang ruszył za nim. Wysoki pisk zdawał się dochodzić ze skał… Sprzątacz zakręcił przy sadzawce z karpiami, której powierzchnia burzyła się teraz w niezwykłe fale, i pognał cienistą dróżką wzdłuż strumienia. Czerwone ibisy zrywały się do lotu…

Stanął nagle i rzucił się płasko na kamienne płyty.

— Padnij!

Ale Lobsang już upadał. Usłyszał, jak coś z głośnym jękiem przelatuje mu nad głową. Obejrzał się i zobaczył, że ostatni ibis wiruje w powietrzu, otoczony aureolą bladoniebieskiego światła. Ptak zaskrzeczał i zniknął z głośnym puknięciem.

Chociaż nie zniknął całkowicie. Przez kilka sekund tą samą trajektorią mknęło jajo, które po chwili roztrzaskało się na kamieniach.

— Losowy czas! Chodź, szybciej! — krzyknął Lu-tze.

Poderwał się na nogi i podbiegł do ozdobnej kraty w ścianie urwiska. Z zaskakującą siłą wyrwał ją ze skały.

— Trochę trzeba zeskoczyć, ale nic ci się nie stanie, jeśli się przetoczysz przy lądowaniu — powiedział, wsuwając się do otworu.

— Dokąd on prowadzi?

— Do prokrastynatorów, oczywiście!

— Ale nowicjuszom nie wolno tam wchodzić pod karą śmierci!

— To zabawny zbieg okoliczności — odparł sprzątacz, opuszczając się niżej, aż zawisł na czubkach palców. — Ponieważ śmierć to właśnie to, co cię czeka tutaj, jeśli zostaniesz.

I opadł w ciemność. Po chwili z głębi dobiegło nieoświecone przekleństwo.

Lobsang wsunął się do otworu, zawisł na palcach, spadł i przetoczył się, kiedy uderzył nogami o podłogę.

— Brawo — pochwalił go z mroku Lu-tze. — W razie wątpliwości wybieraj życie. Tędy!

Tunel dobiegał do szerokiego korytarza. Hałas był tutaj przeraźliwy. Coś mechanicznego cierpiało w agonii.

Zabrzmiał huk, a w chwilę później gwar.

Zza zakrętu wybiegło kilkudziesięciu mnichów, którzy oprócz tradycyjnych szat nosili też hełmy korkowe. Większość krzyczała. Kilku rozsądniejszych oszczędzało tchu, by szybciej biec. Lu-tze pochwycił jednego, który usiłował się wyrwać.

— Puść mnie!

— Co się dzieje?

— Lepiej uciekaj stąd, zanim wszystkie się posypią!

Mnich uwolnił się i pognał za towarzyszami.

Lu-tze schylił się, podniósł korkowy hełm i z powagą wręczył go Lobsangowi.

— Bezpieczeństwo i higiena pracy — powiedział. — Bardzo ważne.

— Będzie mnie chronić? — zdziwił się Lobsang, wciskając hełm.

— Właściwie nie. Ale gdyby znaleźli twoją głowę, może być rozpoznawalna. Kiedy dostaniemy się do hali, niczego nie dotykaj.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 84
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)