Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Lód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lód

Электронная книга - «Lód». Краткое содержание книги:

Władimir Sorokin, autor nazywany ikoną rosyjskiego postmodernizmu, tym razem zaskoczył czytelników, rezygnując z eksperymentów formalnych na rzecz efektownej i błyskotliwie opowiedzianej fabuły.
Tajemnicza sekta poluje w Moskwie na ludzi o jasnych włosach i niebieskich oczach, poddając ich tyleż dziwacznemu, co okrutnemu rytuałowi. Nieliczne ofiary, którym udało się ujść z życiem, dowiadują się, że należą do grona wybrańców; dwudziestu trzech tysięcy świetlistych bytów, które niegdyś, w wyniku fatalnej pomyłki, stworzyły Ziemię i na miliony lat popadły w niewolę, zapominając o swej prawdziwej naturze. Wreszcie, za sprawą szczęśliwego zrządzenia losu, pierwsza z nadistot odkryła prawdę o sobie i znalazła sposób, aby rozpoznać pogrążonych w nieświadomości towarzyszy.
Sorokin odwołuje się do przetworzonych przez kulturę masową wątków gnostyckich oraz idei nietzscheańskiego nadczłowieka, wykorzystując je jako pretekst do rozważań nad względnością dobra i zła, prymatem rozumu nad uczuciami. Jego przenikliwa, pesymistyczna diagnoza kondycji dzisiejszego świata stawia „Lód” w jednym szeregu z powieściami Michela Houellebecqa i Breta Eastona Ellisa.
Lód jest pierwszą moją powieścią, w której istotniejsza jest treść niż forma. Jest wynikiem rozczarowania współczesnym intelektualizmem. Cywilizacja rozpada się na kawałki, ludzie są coraz bardziej zagubieni i – czy chodzi o jedzenie, czy o miłość – stają się zwykłymi produktami technologii. Pojawia się tęsknota za czymś pierwotnym, nieskażonym. Moja powieść mówi o sekcie, która ma wiele cech organizacji totalitarnej, jednak Lód nie jest książką o totalitaryzmie, opowiada o poszukiwaniu raju utraconego. Władimir Sorokin
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 57
Перейти на страницу:

– Był jeden problem, kochany. Ale już go wyeliminowaliśmy. Teraz wszystko jest w porządku.

– Coś z dostawą?

– Nie. Sprawy wewnętrzne.

Uranow kiwnął głową. Rozejrzał się.

– No co, zaczynamy?

– Zaczynaj, kochany.

Uranow podniósł rękę. Frop otworzył tylne drzwi jeepa. Wysiadła z niego Mer. Podeszła do samochodu Dato.

Łom otworzył bagażnik. Leżał tam kufer-lodówka. Łom go otworzył. W kufrze pobłyskiwał lód.

Mer zdjęła granatowe skórzane rękawiczki, schowała je do kieszeni. Przez chwilę stała i patrzyła na lód. Potem położyła na nim ręce. Zamknęła oczy.

Wszyscy zamarli.

Minęły 2 minuty 16 sekund.

Mer otworzyła usta. Z gardła razem z wydechem wyrwał jej się jęk. Zdjęła ręce z lodu i przycisnęła do swoich zaczerwienionych policzków.

– W normie.

Mężczyźni odetchnęli z ulgą. Uranow przekazał Dato walizkę. Dato otworzył ją, spojrzał na paczki dolarów. Kiwnął głową, zamknął walizkę. Mer odwróciła się i poszła do swojego samochodu. Łom zamknął kufer, wyjął z bagażnika, podał Fropowi. Frop zaniósł do samochodu. Łom zatrzasnął bagażnik.

– Kiedy następna partia? – zapytał Dato.

– Mniej więcej za dwa tygodnie. Zadzwonię. – Uranow włożył ręce do kieszeni beżowego płaszcza.

– Dobrze, kochany.

Uranow energicznie uścisnął mu dłoń, odwrócił się i raźnym krokiem ruszył do samochodu. Dato, Łom i Słoma wsiedli do audi.

– Przelicz. – Dato podał walizkę Słomie. Ten otworzył, zaczął liczyć pieniądze.

Lincoln navigator zapalił i szybko odjechał.

Łom odprowadził go długim spojrzeniem.

– Mimo wszystko nie jarzę tego, Dato.

– Co? – Dato zapalił papierosa.

– No, ci blondyni… co to za lód?

– Co cię to obchodzi? Zdałeś towar i szlus. Jedziemy.

Łom uruchomił samochód, wyjechał na szosę:

– No to jasne. Ale co, nie można im podsunąć innego lodu? Bo to, kurwa, szkoda. Jakiś kawałek lodu i taki smród dookoła: lód, lód, lód. A co to za lód? Nikt nie wie. A jeszcze schodzi za sto patoli. Jakieś to wszystko popierdolone.

– A ja nie chcę wiedzieć. – Dato wypuścił kłąb dymu. – Każdy doi jak mu stoi. Ważne, że nie jest radioaktywny. I nie toksyczny.

– Sprawdzałeś?

– A jak?

– No to tym bardziej – można podłożyć lewuchę. Co, zamrozimy dwa wiadra wody. I chuj! – zarechotał Łom.

– Szczaw jesteś. Chociaż garowałeś – ziewnął Dato.

– Już byli tacy mądrzy – wymamrotał Słoma, przeliczając dolary.

– Kto? – zapytał Łom.

– Wowik Szaturski. Potem go znaleźli. Na wysypisku, kurwa. Z poderżniętym gardłem.

– O kurwa! – zdziwił się Łom. – To ten… poczekaj! Co, on też woził lód?

– Woził. Przed nami i Hasanem. Wozili razem z Żorikiem.

– A teraz razem robią podziemne biznesy. – Słoma potrząsnął walizką, podał ją Dato.

– W spółce akcyjnej „Matka ziemia”. Słyszałeś o takiej? – spytał z uśmiechem Dato. – Firma z perspektywami. Chcesz, dam ci telefon?

Dato i Słomą zaśmiali się.

– O, kurwa! – Łom kręcił głową ze zdziwieniem, nie odrywając wzroku od szosy. – A ja myślałem, że Wowika to ululali pikowi.

– Nie, bracie. – Dato położył walizkę na kolanach i zaczął bębnić po niej krótkimi palcami. – Nie pikowi. Karowi.

– Ale jak to? A ten… Dato, powiedz, a ten lód, on w ogóle… – ciągnął Łom.

Dato przerwał mu.

– Jaki, kurwa, lód! O czym ty ze mną nawijasz, pacanie? Lód! Pikowi! Żorik! Mam na łbie poważniejsze sprawy!

– A co jest? – przycichł Łom. – Znów merostwo czy jak?

– Jakie, kurwa, merostwo?!

– Szyszka znów narobił syfu?

– Jaki, do chuja, Szyszka?!

– Czyli z Tarasem?

– Ja-a-a-aki, kurwa, Taras?! – Dato z wściekłością wybałuszył oczy. – Odżywki dla niemowląt, kurwa twoja mać! To jest, kurwa, najważniejsza rzecz na świecie!

Przez chwilę jechali w milczeniu.

Potem Słoma zaczął rechotać. Nic nierozumiejący Łom wlepił oczy w odbicie Dato w lusterku.

Dato odchylił się do tyłu i wybuchnął orientalnym, rozbrzmiewającym różnymi tonami śmiechem.

Minęli stację metra „Tiopły stan”.

Potem stację „Końkowo”.

Łom w końcu też zarechotał.

Spokój

10.02.

Gabinet wicedyrektora „Tako-banku”.

Ulica Mosfilmowska 18.

Wąska i długa przestrzeń gabinetu, szarobrązowe ściany, włoskie biurowe meble. Przy wygiętym faliście stole z hiszpańskiej czereśni siedział Matwiej Winogradow. 50 lat, niski, czarne włosy, wąskie ramiona, ostry nos, szczupły, w dobrze skrojonym garniturze z liliowoszarego jedwabiu.

Naprzeciw siedział Barenboim.

– Motia, wybacz na miłość boską, że cię zamęczam bladym świtem. – Barenboim wyprostował się. – Ale sam rozumiesz.

– No coś ty. – Winogradow nadpił kawę. Wziął ze stołu kartę VISA Electron:

– Sześćdziesiąt dziewięć tysięcy, tak?

– Sześćdziesiąt dziewięć – potaknął Barenboim.

– I PIN zapisany. Super. Poważna sprawa, Boria. Takie prezenty brzydko pachną.

– Bardzo.

– Słuchaj, i nikt do ciebie nie dzwonił, nie przyjeżdżał, tak?

– Dokładnie.

Winogradow kiwnął głową.

Weszła Sokołowa z kartką papieru w ręku: 24 lata, zgrabna, w seledynowym kostiumie, twarz niezbyt pociągająca. Podała dokument. Winogradow wziął, zaczął czytać.

– Tak właśnie myślałem. Możesz już odejść, Nataszka.

Sekretarka wyszła.

– No i co? – nachmurzył się Barenboim.

– Zrobili to w absolutnie prosty sposób. Całkiem legalnie, zgodnie z ustawą o Banku Centralnym i kodeksem cywilnym. Czyli: ofiarodawca załatwia formalnie podstawową kartę na dowód jakiegoś zająca, a jednocześnie w oświadczeniu wpisuje prośbę o dodatkową kartę. Na twoje nazwisko. Przy odbiorze kart tę podstawową, na podstawionego zająca, wycofuje się i niszczy. Zostaje tylko twoja. Odnalezienie tego zająca, w twoim przypadku – Radija Awtandiłowicza Kurbaszacha, urodzonego w mieście Tujmazy 7 sierpnia 1953 roku, jest praktycznie niemożliwe. W jakim wymiarze przebywa teraz ten Kurbaszach – jeden Allach wie. Tak w ogóle, to nieźle pomyślane. Chociaż…

– Co?

– Ja bym to zrobił jeszcze prościej. Jest już zupełnie anonimowy produkt: VISA Travel Money. Tam w ogóle nie ma nazwiska właściciela. Nie korzystałeś?

– Nie… – Barenboim z niezadowoleniem odwrócił wzrok.

– Każdy Pietrow czy Iwanow może otworzyć konto i dostać taką kartę, a potem oddać ją jakiemuś Sidorowowi. Miałem taki przypadek. Jedna baba sprzedała w Kijowie sześć mieszkań i żeby nie wieźć szmalcu przez ukraińską granicę, poprosiła o wydanie właśnie tej karty VISA Travel Money. Ale jest jeden problem: limit jednorazowych operacji w naszych rosyjskich bankomatach to nie więcej niż 340 dolców dziennie. W każdym razie ta baba przez prawie pięć miesięcy doiła bankomaty jak kozy, a skończyło się to wszystko tak, że jeden bankomat połknął jej kartę, a ona…

– Motia, co ja mam robić? – przerwał mu Barenboim, tracąc cierpliwość.

– Wiesz co, Boria – Winogradow podrapał się w czoło kościanym nożem – musisz porozmawiać z Tolanem.

– Jest u siebie? – Barenboim nerwowo kołysał się na fotelu.

– Nie. Teraz pływa.

– Gdzie?

– W „Olimpijskim”.

– Tak wcześnie? Twardziel.

– W odróżnieniu od nas Tola jest porządnym człowiekiem! – Winogradow roześmiał się. – Rano pływa, w dzień pracuje, wieczorem spiduje i kopuluje, w nocy śpi. A u mnie wszystko na odwrót! Jedź. W dzień go nie złapiesz. To nierealne.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 57
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)