Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Senni zwycięzcy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Senni zwycięzcy

Электронная книга - «Senni zwycięzcy». Краткое содержание книги:

Jedna z najbardziej znanych powieści polskiej fantastyki przed rokiem 1989, zaliczana do nurtu fantastyki socjologicznej.
„Powieść napisana jest potoczyście. Oramus ze swobodą, używając technicznych montażowych sztuczek, pokazuje nam splatające się ze sobą losy kilkudziesięciu postaci, ani razu nie tracąc kontroli nad skomplikowaną powieściową maszynerią. A oglądamy tu nie tylko przygody i zmagania ludzi lecz również ich swobodnie lewitujących i zwalczających się jaźni. Świat opisany przez Oramusa jest zły, posępny, ludzie w nim częstokroć czynią sobie wyrozumowane łajdactwa, rządzi tym światem intryga i manipulacja, lecz mimo to, nawet w tej klatce na szczury spotykamy co jakiś czas arystokratów ducha zdolnych do miłości, wielkoduszności, wreszcie — do wstydu.”
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 66
Перейти на страницу:

— Za późno — wzruszył ramionami Taraday. — Moi ludzie za bardzo się napracowali, żeby odmawiać im odrobiny przyjemności, która płynie z obserwacji efektów dobrze spełnionego obowiązku. Niechże pan nie będzie bez serca.

— To rozsądna propozycja. Powiem wszystko.

— Skoro tak — Taraday rozłożył bezradnie ręce — niech pan mówi. Ciekawi mnie, co pan uważa za wszystko.

— Ale przedtem proszę o szklankę alkonu. Rozumie pan… szczerość nie przychodzi mi łatwo…

— Nie, to jest niepoważne — zdenerwował się Taraday. — Zapomniał pan tylko wymienić gatunek… — lecz podajnik już wyciągał szklankę z bezbarwnym płynem. Machnął ręką i wyjął naczynie z chwytaka. Lustro cieczy zadrżało.

Ouevas spojrzał na niego z lekkim uśmiechem, ujął powoli naczynie w palce i przyłożył do ust. Grdyka na jego muskularnej szyi podnosiła się i opadała, w miarę jak obniżał się poziom cieczy. Oczy pijącego były zamknięte. Wyciągnął przed siebie pustą szklankę i wypuścił ją spomiędzy palców. W ciszy, jaka zaległa pomieszczenie o srebrnych ścianach, odgłos rozbijanego szkła zabrzmiał jak armatni wystrzał.

Dość fanaberii, Quevas, chciał powiedzieć Taraday, ale głos uwiązł mu w gardle. Z Quevasem działo się coś dziwnego. Twarz jego zbladła upiornie — od wilgotnych jeszcze po alkoholu warg po ciągle spuszczone powieki. Spadł z zydla; na srebrnej płycie chwyciły go torsje. Zacharczał; jego tułów podnosił się konwulsyjnie, głowa waliła z łoskotem o blachę, obcasy butów rozgrzebywały szkło ze stłuczonego naczynia.

— Atak epilepsji — powiedział Taraday niepewnym głosem. — Symuluje bardzo realistycznie, co?

— Owszem — rozległ się spod sufitu głos doktora Zeelanda. — Nie oszczędza się… ale to dobry aktor.

Quevas uderzył jeszcze kilka razy głową o podłogę i znieruchomiał. Jego świszczący oddech uspokoił się. Kiedy Taraday podszedł bliżej, czubki butów starca drżały leciutko, a palce obu rąk poruszały się szybko zagarniając powietrze.

Wyglansowany but dotknął uda leżącego.

— No, Quevas, dość żartów. Może to i było dowcipne, ale lekko nas zniecierpliwiło. Niech pan wstaje i szykuje się do odebrania porcji mocniejszych wrażeń.

Kopał coraz mocniej udo Quevasa nie wiedząc, co postanowić. Dał znak Staniewskiemu, żeby ubezpieczał, sam uklęknął obok bezwładnego ciała i palcami oswobodzonymi od cienkiej rękawiczki delikatnie zbadał tętno starca.

— Doktorze Zeeland, cholera jasna! — krzyczał podnosząc się z klęczek i zrywając z twarzy przyłbicę. — Żeby to szlag trafił! Niech pan tu przyjdzie natychmiast!

— Niedobrze z nim? — zahuczał pod powałą głos Zeelanda.

— Zdaje się, że trup. Szybciej, to się stało przed chwilą. Może zdoła pan coś poradzić.

Staniewski opuścił rękę z pistoletem, a mężczyźni stojący pod ścianą idąc za przykładem Taradaya podnieśli przyłbice. Podeszli i ciasnym kółkiem obstąpili leżące ciało.

— Wracajcie na swoje miejsca, do cholery — zgromił ich Taraday. Miał czerwoną od gniewu twarz, zdjętą rękawiczką uderzał miarowo o otwartą dłoń. Mężczyźni wycofali się pod ścianę, a Staniewski bez wezwania podniósł pistolet.

— Doktorze Zeeland!

Ktoś odpowiedział, że doktor już wyszedł. Mężczyźni pod ścianą przestępowali z nogi na nogę ze zniecierpliwienia.

— Mrą jak muchy — powiedział z pogardą ten, który pomagał Boskersqowi montować uniwersalny aparat do zadawania tortur. — To już zaczyna być nudne, tak samo zachowywał się ten wielki, z czarną brodą, którego dopadliśmy w zeszłym tygodniu. Powalił dwóch naszych, potem spojrzał na nas tak, że nikt nie mógł ruszyć palcem na cynglu, wciągnął powietrze — i było po wszystkim. Żadna satysfakcja, mówię wam.

— Ale zanim to zrobił, mieliście pełne portki strachu. Nie mieliście przyłbic, to fakt. Założę się… o, jasna cholera.

Boskersq pobladł i zachwiał się na nogach, aż musieli go podtrzymać. Oczy uciekły mu w głąb czaszki; upłynęło trochę czasu, zanim znowu przypominał człowieka.

— Jestem — powiedział doktor Zeeland. Dzierżył podręczny diagnostat, w drugiej ręce przyłbicę, z którą nie wiedział, co począć. Za jego plecami plaster ściany czopował otwór.

— Czyś pan zgłupiał? — syknął Taraday. — Po jaką zarazę pan to ubrał? — złapał za koniec srebrnego kołnierza i pociągnął doktora do ciała Quevasa. — Niech pan to odłoży — wyjął mu z ręki przyłbicę i cisnął pod ścianę.

— Każdy ma tylko jedno życie, proszę pana — odparł pogodnie doktor Zeelamd. — Pan też się dziś wystroił, no, no.

— Dość gadania. Ja miałem powód.

— A ja nie?

— Przecież widział pan na wszystkich ekranach, że leży bez czucia. Trup jak złoto.

Doktor rozstawiał wokół ciała przystawki diagnostatu. Rozpiął ubranie na piersi leżącego i wodził czujnikiem pod koszulą, wzdłuż żeber. Przyłożył elektrody do skroni Quevasa, pomanipulował przy diagnostacie, zmieniał zakresy, przełączał, coś z wielką uwagą śledził na monitorku. Wyglądał po tych zabiegach na okropnie zdziwionego.

— Słyszy pan? — obrócił głowę, spojrzał z dołu na Taradaya.

— Nie.

— Właśnie. Nie ma sygnału — oderwał elektrody, przez moment wpatrywał się w twarz Quevasa, a potem bardzo szybko i zdecydowanie pozbierał fragmenty diagnostatu i złożył je w jedną poręczną całość. Stanął obok Taradaya.

— On żyje — powiedział powoli — ale to kwestia najwyżej minuty. Mózg stracił łączność z resztą ciała. Ponad wszelką wątpliwość kilka minut temu utracił aktywność. Ciało nie może żyć bez mózgu, ale potrafimy oczywiście utrzymać je w tym stanie, jeśli panu zależy…

— Nie, po diabła. Samo ciało nic nam nie powie — Taraday wpatrywał się w woskową fizjonomię starca usiłując zapomnieć obraz sprzed kilkunastu minut, kiedy nie była to jeszcze maska, a twarz, kiedy trup był żywym człowiekiem, reagował po ludzku, mówił zrozumiałym językiem, patrzył wzrokiem, w którym mieszkał ludzki strach.

Pod ścianą rozległy się podniesione i emocji głosy.

— Co się z tobą dzieje? — dopytywali się natarczywie towarzysze Boskersqa. Boskersq słaniał się na nogach, na czole perlił mu się pot, wargi drżały. Wyglądał zupełnie jak facet, który za chwilę zwymiotuje. Protestował słabo usiłując ustać o własnych siłach, lecz nogi uginały się pod nim. Wiele razy towarzysze uchronili go przed upadkiem. Stojący z dala Staniewski drapał się swoim zwyczajem lufą pistoletu w potylicę; podczas tej czynności nie spuszczał palca z cyngla.

— Już mi przeszło — zapewniał towarzyszy zmienionym głosem Boskersq. — Cholera, puścicie mnie czy nie… — I padał na wyszlifowaną blachę, swemu odbiciu w objęcia, lecz w porę podtrzymywały go dwie pary mocnych dłoni.

— Widziałem już kilka trupów — zapewniał Taraday doktora — ale żaden nie był do tego podobny. Zrobi pan dokładną sekcję, dobrze?

— Poszatkujemy go na kostki — uspokajał doktor Zeeland Taradaya. Obiecuję to panu.

— Co się stało? — rozpoczęli kolejną rundę nalegań towarzysze Boskersqa.

— Nic, do ciężkiej cholery — protestował Boskersq. — Gówno was to obchodzi, zostawcie mnie. — Urażeni tak ewidentnym brakiem wdzięczności koledzy wypuścili go z rąk; gdyby nie ściana za nim, niechybnie rozpłaszczyłby się u ich stóp. Stał zgięty wpół, oddychał bardzo ciężko podpierając się drżącą ręką o srebrną gładź.

— Może pan być pewien — tokował doktor Zeeland — że wydrzemy mu wszystkie tajemnice.

Taraday kiwał głową bez przekonania, ciągle zmagając się z upartym spojrzeniem Oueyasa.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 66
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)