Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Боевая фантастика » Warta na Renie [Watch on the Rhine - pl]
Warta na Renie [Watch on the Rhine - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Warta na Renie [Watch on the Rhine - pl]

Электронная книга - «Warta na Renie [Watch on the Rhine - pl]». Краткое содержание книги:

W ponurych czasach poprzedzających wydarzenia opisane w „Pierwszym uderzeniu”, jeszcze przed pierwszą posleeńską inwazją, kanclerz Niemiec stanął przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji. Z biegiem lat w wyniku wprowadzania cięć budżetowych zasoby doświadczonych kadr żołnierskich kurczyły się. Po zniszczeniu Północnej Wirginii kanclerz uświadomił sobie, że musi sięgnąć po ludzi, których poprzysiągł nigdy, przenigdy więcej nie powoływać na nowo: nielicznych wciąż jeszcze żyjących żołnierzy Waffen SS. „Warta na Renie” to być może najbardziej w całej historii obiektywne i brutalne spojrzenie na wewnętrzne mechanizmy funkcjonowania Waffen SS. Ukazuje wszystko, co było dobre i złe w najbardziej niesławnej w dziejach jednostce wojskowej, odmalowując to na tle posleeńskiej inwazji.
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 82
Перейти на страницу:

7

Jak dotąd linie obronne trzymały się, i to nieźle. Chociaż spojrzenie na poplamioną czerwienią mapę w kwaterze głównej Mühlenkampfa mogło kazać niewtajemniczonemu obserwatorowi przypuszczać, że Niemcy właśnie są zajmowane, ale taka ocena byłaby błędna. Atak na Ingolstadt powstrzymano. Bawarski Panzer Korps, z pomocą dwóch korpusów stosunkowo niezłej piechoty górskiej, niszczył desant na Tybingę.

W przypadku Meissen, Schwerin, Nienburgu i Guemmersbach kwestia pozostawała otwarta do czasu, aż dwa korpusy pancerne z Ingolstadt i jeden z Tybingi wykończą resztki Posleenów, przegrupują się i ruszą wesprzeć pozostałych. Miasta te wciąż jednak się trzymały.

Złe wieści dochodziły jedynie z północnobawarskiego miasta Aschaffenburg, którego wszyscy mieszkańcy zginęli wraz z większą częścią korpusu piechoty. Jedynym, co stało na drodze posleeńskich zwycięzców i sprawców tej rzezi, były znienawidzone przez wszystkich relikty na wpół zapomnianej wojny — oraz młodzi ludzie, których pozwolono im skazić dawno nieaktualnym spojrzeniem na świat…

Hammelburg, Niemcy, 29 marca 2007

— Sześćdziesiąt siedem lądowników tuż nad horyzontem, lecą w tę stronę — oznajmił 1c, czyli oficer wywiadu Braschego, ze swojego stanowiska, na którym pełnił dodatkowo obowiązki strzelca obrony bliskiego zasięgu.

— Jakiego rodzaju? — spytał Brasche.

— Różne, mein Herr. Brygada Florian Geyer jest w stanie rozpoznać w tym śniegu tylko zarysy kształtów. Nawet termowizja ma problemy. To, co widzieliśmy, wskazuje na tyle samo C-Deków, co Minogów.

— Zobaczą nas tu, pod pianką maskującą?

— Florian Geyer jeszcze żyje i nadaje — odparł lc, mimo że pytanie było retoryczne. — Może wróg wcale nie radzi sobie z tym białym gównem lepiej niż my.

— Może nie — powiedział Brasche i włączył kanał ogólny. — Wszystkie jednostki, wstrzymać ogień i czekać na mój rozkaz. Chłopcy, zrobimy małą sztuczkę…

Marburg an der Lahn, Niemcy, 29 marca 2007

Co za paskudny, wredny numer, pomyślał Pieter Friedenhof, mnąc w dłoni list od Gudrun, który dostał przy śniadaniu.

— Pieprzona dziwka — powiedział na głos. — Zimna, nieczuła pizda. Jak ona śmiała mnie rzucić w takiej chwili? Dla jakiegoś tępego nazisty?

Załamał się i rozpłakał, przeklinając imię „walczącej”. Z każdym przekleństwem i każdym szlochem czuł, jak wszystkie powody, dla których chciał walczyć i zginąć, gdyby trzeba było — jego dom, jego rodzina, jego dziewczyna — znikają.

Prognoza pogody przepowiadała nadciągające z południa śnieżyce, ale Pieter czuł się tak, jakby jego serce i duszę już spowiła śnieżyca.

Hammelburg, Niemcy, 29 marca 2007

Słuchawka radia zatrzeszczała w uchu Braschego.

— Batalion Michael Wittman? Tu Mühlenkampf.

— Tu 501. Schwere Panzer, Herr General.

— Brasche? Gut. Bardzo dobrze. Posłuchaj, Hansi, mamy problem. Zatrzymaliśmy wroga na tej linii, odpieramy go już od dwóch dni, ale wygląda na to, że odpuścili sobie frontalne natarcia bez wsparcia. Byłbym zadowolony z chwili oddechu, ale te pieprzone lądowniki zrobią z naszych wysuniętych sił mielonkę. Macie…

— Panie generale, mam pomysł — przerwał mu Hans. Przez chwilę w radiu panowała cisza; Mühlenkampf myślał o Krzyżu Rycerskim Żelaznego Krzyża, który, jak wiedział, wisi na szyi Braschego.

— Co to za pomysł, Hansi?

— Niech wszyscy z pierwszej linii, oprócz piechoty, zupełnie się wyłączą. Niech artyleria trzyma linię; czy dobrze stoimy z amunicją?

— Mamy dosyć — przytaknął Mühlenkampf. — Ale meldunki są jasne, Brasche: nawet przez najcięższą ścianę ognia zawsze coś się przemknie.

— Nie w takiej ilości, żeby strzelcy i karabiny maszynowe nie dały sobie z tym rady, przynajmniej przez jakiś czas, Herr General. A jeśli będzie pan dalej używał czołgów, te C-Deki i Minogi zjedzą je na przystawkę.

— Zajęcie się nimi to twoje zadanie, Hans — upierał się Mühlenkampf.

Brasche wytarł z czoła kilka kropli potu, potu zdenerwowania.

— Tak, Herr General. Ale przy stosunku sił pięć do jednego niewiele zdołam wskórać… jeśli nie ucieknę się do sprytu.

— Czekaj, bez odbioru — rozkazał Mühlenkampf, próbując zmusić niewyspany mózg do logicznego myślenia.

— Jest mało czasu na decyzję — upierał się Brasche. — Moim sposobem mielibyśmy szansę.

— Co to za sposób, Hansi?

Brasche zaczął wyjaśniać. Jego własna załoga zrobiła wielkie oczy i zadrżała. Czy ich dowódca ze szczętem oszalał?

Marburg an der Lahn, Niemcy, 29 marca 2007

To szaleństwo — mruknął wystraszony Friedenhof, ukryty na stosunkowo bezpiecznym zboczu. — Szaleństwo.

W uszach chłopaka coraz głośniej rozbrzmiewały odgłosy zbliżania się wroga, złowroga kakofonia, tak wyraźnie odcinająca się od łoskotu artylerii, jak w dawnych czasach tętent kopyt odcinał się od wbijania pik i wyciągania mieczy. Im głośniejsze było crescendo pazurzastych stóp drących ziemię, wyciąganych mieczy borna, syków, parskań i niezrozumiałych chrząknięć, tym głośniej każdy piechur 165. Dywizji Piechoty słyszał własne serce, tłukące się coraz gwałtowniej w jego piersi.

Nagle, jak tuman mgły unoszący się nad rzeką, pojawił się wróg. Najpierw ujrzano rój latających spodków, ten arów Wszechwładców. Te wzięli pod ostrzał snajperzy batalionu Jaeger[35]. Tenarów było jednak więcej niż snajperów, były trudne do trafienia i bardzo dobrze uzbrojone. Choć sporo z nich zniknęło w aktynicznych wybuchach, snajperzy ginęli, rozdzierani na strzępy i paleni na węgiel po każdym drobnym zwycięstwie nad najeźdźcą.

Kilka minut po pojawieniu się Wszechwładców na tenarach nadciągnęła reszta hordy. Obcy szli zwartą masą, falangą gadzich ciał najeżonych kłapiącymi paszczami i błyskającymi ostrzami zębów. Artyleria zaczęła ryć w tej ścianie ogromne bruzdy. Żółte ciało i krew, żółte kości i ścięgna szybko zasłały cały teren.

Nie zważając na straty, horda runęła w dół, w stronę taktycznego grzbietu, wzdłuż którego obrońcy wznieśli swoje umocnienia.

Nagle na rozkaz Niemcy zaczęli się ostrzeliwać. MG-3, bezpośredni potomkowie „Pił Hitlera” z drugiej wojny światowej, wypełniły powietrze dźwiękiem darcia nieskończonej ilości płacht płótna w dłoniach nieskończenie wielkiej liczby olbrzymów. Odrzut karabinów maszynowych odpychał leżących strzelców w tył. Dookoła rozszedł się smród kordytu i oliwy, gotującej się w nagrzanych mechanizmach podajników amunicji. Posleeni wrzeszczeli, stawali dęba, padali, wili się i ginęli nędzną śmiercią od ołowiu.

Wreszcie, przedzierając się przez piekło kul i ognia, którymi zasypywali ich obrońcy, obcy natknęli się na wąski pas min nazywanych „Skaczącymi Barbie”. Urządzenia te — przypadkowe efekty uboczne nieudanego eksperymentu w dalekim Fort Bragg w Kalifornii wiele lat wcześniej — czekały cierpliwie, aż wróg znajdzie się wystarczająco blisko i w wystarczająco dużej liczbie.

Grupa dwudziestu Posleenów, pragnąca być może w równym stopniu zbliżyć się do ludzi, jak i uniknąć najgorszego ostrzału artylerii i karabinów maszynowych, aktywowała Barbie. Mina wykorzystująca wbudowane w nie małe urządzenie anty grawitacyjne uniosła się na metr w górę. Potem rozwinęła liniowe pole siłowe o promieniu sześciu metrów. Jedenastu Posleenów upadło natychmiast. Byli żywi, ale stracili nogi; machali bezradnie kikutami, wrzeszcząc i bryzgając wszędzie wokół żółtym ichorem.

вернуться

35

Myśliwi. Coś w rodzaju amerykańskich rangersów.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 82
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)