Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]
Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]

Электронная книга - «Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]». Краткое содержание книги:

Służba na Straży Nocnej bynajmniej nie należy do zajęć zapewniających splendor i powszechny szacunek, a cóż dopiero mówić o dowodzeniu tą formacją.
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta — akurat wtedy, gdy do miasta przybywa smok.
Powieść tłumaczy, dlaczego z pewnych względów można to uznać za zdarzenie pozytywne, z innych za negatywne. Marchewa nie ma co do tego wątpliwości.
1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 78
Перейти на страницу:

Nobby zrobił minę jeszcze bardziej przebiegłą niż zwykle.

— Myślałem, że się trochę porozglądam, kapitanie. No, wie pan. Oczywiście, dopiero po służbie — dodał bohatersko.

— Coś podobnego — mruknął Vimes.

Podniósł pustą butelkę i bardzo ostrożnie odłożył ją do szuflady.

* * *

Świetliste Bractwo ogarnął niepokój. Strach niby iskra przeskakiwał od jednego brata do drugiego. Był to lęk kogoś, kto po udanych eksperymentach z sypaniem prochu i stemplowaniem kuli odkrył nagle, że pociągnięcie za spust prowadzi do potwornego huku, a wkrótce ktoś na pewno się zjawi i zapyta, co to za hałasy.

Najwyższy Wielki Mistrz wiedział jednak, że są jego. Owieczki i barany, myślał. Owieczki i barany. Ponieważ nie zrobią już nic gorszego niż do tej pory, równie dobrze mogą przeć naprzód i niech licho porwie cały świat. A przy tym będą udawać, że tak właśnie chcieli od samego początku. O, rozkoszy władzy… Tylko brat Tynkarz był szczerze zadowolony.

— Niech to będzie lekcją dla wszystkich sprzedawców jarzyn, którzy uciskają ludzi — powtarzał.

— Niby tak — zgodził się brat Odźwierny. — Ale… To tylko pytanie, oczywiście… Czy nie jest możliwe, że tak jakby przypadkiem sprowadzimy smoka tutaj? Nie jest?

— Ja… to znaczy my… panujemy nad nim całkowicie — zapewnił go natychmiast Najwyższy Wielki Mistrz. — Nasza jest władza, mogę wam zagwarantować.

Bracia uspokoili się nieco.

— A teraz — podjął Najwyższy Wielki Mistrz — pozostaje sprawa króla.

Bracia zrobili poważne miny — z wyjątkiem brata Tynkarza.

— Więc go znaleźliście? — zapytał. — To prawdziwie szczęśliwy traf.

— Nigdy nie słuchasz — burknął na niego brat Strażnica. — To było tłumaczone w zeszłym tygodniu: nie biegamy i nie szukamy nikogo, ale stwarzamy króla.

— Myślałem, że on ma się pojawić. Z powodu przeznaczenia. Brat Strażnica zachichotał.

— Trochę pomożemy temu przeznaczeniu.

Najwyższy Wielki Mistrz uśmiechnął się w głębi swego kaptura. Zadziwiający jest ten mistyczny interes. Mówi się im kłamstwo, a kiedy nie jest już potrzebne, mówi się inne i tłumaczy, że podążają drogą wiodącą ku mądrości. Oni tymczasem, zamiast człowieka wyśmiać, słuchają go jeszcze pilniej, z nadzieją, że wśród tych kłamstw znajdą prawdę. I tak po kawałku akceptują nieakceptowalne. Niezwykłe…

— Sprytne, niech mnie licho — przyznał brat Odźwierny. — A jak to zrobimy?

— Przecież Najwyższy Wielki Mistrz tłumaczył. Znajdujemy jakiegoś przystojnego młodzika, który potrafi słuchać poleceń, on zabija smoka i Bob jest twoim wujem. Proste. O wiele bardziej inteligentne, niż czekanie na tak zwanego prawdziwego króla.

— Ale… — Wysiłek umysłowy wyraźnie pochłaniał brata Tynkarza całkowicie. — Przecież jeśli to my panujemy nad smokiem, a przecież panujemy, tak? To po co ktoś ma go zabijać? Wystarczy, że przestaniemy go przywoływać i wszyscy będą zadowoleni.

— No tak — mruknął złośliwie brat Strażnica. — Już to widzę. Wychodzimy na rynek i wołamy: „Hej, nie będziemy już podpalać wam domów. Prawda, jacy jesteśmy mili?”. Tak to sobie wyobrażasz? Cała rzecz z tym królem, to że będzie on, tak jakby…

— Niezaprzeczalnie przekonującym i romantycznym symbolem absolutnego autorytetu — dokończył gładko Najwyższy Wielki Mistrz.

— No właśnie — zgodził się brat Strażnica. — Przekonujący autorytet.

— Teraz rozumiem! — zawołał brat Tynkarz. — Zgadza się. Jasne. Taki właśnie ma być król.

— Otóż to.

— Nikt nie będzie się spierał z przekonującym autorytetem, prawda?

— Oczywiście — potwierdził brat Strażnica.

— W takim razie to prawdziwe szczęście, że akurat teraz go znaleźliśmy, tego prawdziwego króla. Szansa, prawdę mówiąc, jedna na milion.

— Nie znaleźliśmy prawdziwego króla — wtrącił ze znużeniem Najwyższy Wielki Mistrz. — Nie potrzebujemy prawdziwego króla. Tłumaczę po raz ostatni! Znalazłem dla nas odpowiedniego chłop ca, który dobrze wygląda w koronie, umie słuchać poleceń i potrafi machać mieczem. A teraz posłuchajcie…

Machanie było ważne, ma się rozumieć. Nie miało też wiele wspólnego z używaniem. Używanie miecza, zdaniem Najwyższego Wielkiego Mistrza, było tylko nieelegancką chirurgią dynastyczną. Kwestią pchnięcia i cięcia. Król jednak musiał mieczem machać. Miecz powinien odbijać światło we właściwy sposób, nie pozostawiając w widzach ani krzty wątpliwości, że patrzą na wybrańca Przeznaczenia. Wiele czasu poświęcił na przygotowanie miecza i tarczy. Poniósł spore koszta. Tarcza błyszczała jak dolar w uchu kominiarza, ale miecz… Miecz był wspaniały.

Był długi i lśniący. Wyglądał jak coś stworzonego przez któregoś z geniuszy metalurgii — jednego z tych małych facetów z Zeń, którzy pracują tylko o brzasku i potrafią skuć dwie płytki złożonej stali w coś, co ma ostrze skalpela i siłę uderzenia opętanego seksem nosorożca na prochach — a potem wycofują się z płaczem, ponieważ już nigdy, nigdy nie zdołają wykuć nic równie wspaniałego. W rękojeści tkwiło tyle klejnotów, że trzeba było owijać ją aksamitem i patrzeć na nią przez okopcone szkło. Samo ujęcie jej w dłoń praktycznie nadawało królewską godność.

Co do chłopca… Był dalekim kuzynem, bystrym i próżnym, i głupim w tym w miarę znośnym arystokratycznym stylu. W tej chwili przebywał pod strażą na dalekiej farmie, w towarzystwie odpowiedniego zapasu butelek i kilku młodych dam. Chociaż najbardziej interesowały go lustra. Prawdopodobnie materiał na bohatera, uznał z niechęcią Najwyższy Wielki Mistrz.

— Mam nadzieję — rzekł brat Strażnica — że nie jest prawdziwym odstępcą tronu.

— O co ci chodzi? — zdziwił się Najwyższy Wielki Mistrz.

— No wiecie… Los czasem płata figle. Cha, cha! Zabawnie by było, gdyby chłopak okazał się prawdziwym królem. Tyle kłopotu…

— Nie ma już prawdziwego króla! — warknął Najwyższy Wielki Mistrz. — Czego się spodziewacie? Że jacyś ludzie przez setki lat włóczą się po pustkowiach i przekazują sobie miecz i znamię? Takie czary? — Splunął, wymawiając to słowo. Wykorzystywał magię jako środek wiodący do celu, wszak cel uświęca środki i w ogóle, ale żeby od razu w nią wierzyć, wierzyć, że ma jakąś silę moralną, niby logika… Krzywił się na samą myśl o czymś takim. — Człowieku, do licha, myślże logicznie. Bądź racjonalny. Nawet gdyby przeżył ktoś z dawnej rodziny królewskiej, to jego krew rozrzedziła się tak, że tysiące ludzi mogłyby zażądać tronu. Choćby… — Spróbował wymyślić najmniej prawdopodobnego następcę. — Choćby i brat Szambownik. — Rozejrzał się czujnie. — A właściwie czemu dzisiaj nie przyszedł?

— Zabawna historia — odparł zakłopotany brat Strażnica. — Nie słyszeliście?

— O czym?

— Kiedy wczoraj wracał do domu, ugryzł go krokodyl. Biedaczysko.

— Co?

— Szansa jedna na milion. Uciekł z menażerii czy coś takiego, i schował się na podwórzu. Brat Szambownik sięgnął pod wycieraczkę po klucz, a bestia złapała go przy funach[16].

Brat Strażnica pogmerał pod szatą i wyjął przybrudzoną brązową kopertę.

— Robimy składkę, żeby kupić mu jakieś owoce i różne takie. Nie wiem, czy też chcecie, tego…

— Zapisz ode mnie trzy dolary — odparł Najwyższy Wielki Mistrz.

— To zabawne. — Brat Strażnica pokiwał głową. — Już to zrobiłem.

вернуться

16

Odmiana geranium.

1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)