Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]
Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]

Электронная книга - «Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]». Краткое содержание книги:

Służba na Straży Nocnej bynajmniej nie należy do zajęć zapewniających splendor i powszechny szacunek, a cóż dopiero mówić o dowodzeniu tą formacją.
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta — akurat wtedy, gdy do miasta przybywa smok.
Powieść tłumaczy, dlaczego z pewnych względów można to uznać za zdarzenie pozytywne, z innych za negatywne. Marchewa nie ma co do tego wątpliwości.
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 78
Перейти на страницу:

— Uuk — usłyszał Marchewa.

Wyjaśniano mu wielokrotnie, że wbrew pozorom prawa obowiązujące w królestwie zwierząt nie mają do bibliotekarza zastosowania. Z drugiej strony bibliotekarz nigdy szczególnie nie dbał o przestrzeganie praw rządzących królestwem ludzi. Był jedną z tych drobnych anomalii, które trzeba jakoś omijać.

— Dzień dobry — powitał go niepewnie Marchewa. („Nie mów do niego malutki i nie próbuj poklepywać, bo to go zawsze irytuje”).

— Uuk.

Bibliotekarz stuknął w biurko swoim długim palcem o wielu stawach.

— Co?

— Uuk.

— Przepraszam, nie zrozumiałem.

Bibliotekarz przewrócił oczami. To dziwne, uznał. Tak zwane inteligentne psy, konie i delfiny nie mają żadnych kłopotów, przekazując ludziom najważniejsze w danej chwili wiadomości, na przykład że trójka dzieci zgubiła się w jaskini albo że pociąg za chwilę skręci na tor wiodący do zerwanego mostu czy coś w tym rodzaju. Tymczasem on, ledwie o garść chromosomów oddalony od noszenia kamizelki, nie potrafi przekazać przeciętnemu człowiekowi, że powinien wyjść na deszcz. Z niektórymi zwyczajnie nie można się dogadać.

— Uuk! — powtórzył z naciskiem i skinął ręką.

— Nie mogę opuścić posterunku — odparł Marchewa. — Dostałem Rozkazy.

Górna warga bibliotekarza zwinęła się jak roleta.

— Czy to ma być uśmiech? — zapytał Marchewa. Bibliotekarz pokręcił głową.

— Chyba nikt nie popełnił przestępstwa, co?

— Uuk.

— Ciężkie przestępstwo?

— Uuk!

— Jak morderstwo?

— Iik.

— Gorsze niż morderstwo?

— Iik!

Bibliotekarz przeszedł do drzwi i tam podskakiwał niecierpliwie.

Marchewa przełknął ślinę. Rozkazy rozkazami, ale to przecież całkiem inna sprawa. Ludzie w tym mieście zdolni są do wszystkiego.

Zapiął półpancerz, wcisnął na głowę błyszczący hełm i ruszył do drzwi.

W ostatniej chwili przypomniał sobie o obowiązkach. Wrócił do biurka, znalazł kawałek papieru i z wysiłkiem napisał: Poszedlem walczyć ze Zbrodnią. Proszę zajrzeć później. Dziękuję.

Dopiero wtedy wyszedł na ulice, nieskalany i nie znający strachu.

* * *

Najwyższy Wielki Mistrz uniósł ręce.

— Bracia! — zawołał. — Rozpocznijmy!

To takie łatwe… Wystarczy pokierować tym olbrzymim, trującym rezerwuarem zazdrości i tłumionych uraz, jakimi bracia dysponowali w obfitości, okiełznać przerażającą, szarą niechęć, posiadającą moc większą niż ryczące zło, a potem otworzyć swój umysł i sięgnąć…

…do miejsca, gdzie odeszły smoki.

* * *

Vimes poczuł, że coś chwyta go za ramię i wciąga do wnętrza. Ciężka brama zatrzasnęła się za nim ze stanowczym stukiem.

— Chodzi o lorda Mountjoya Wesołuskiego Szponosztycha III z Ankh — oznajmiła zjawa ubrana w ciężki i grubo obszyty pancerz. — Wie pan, nie sądzę, żeby dał radę.

— Nie da? — Vimes cofnął się o krok.

— Trzeba was dwóch do tego.

— Trzeba, nieprawdaż… — wymruczał Vimes. Wiele by dał, by znaleźć się po drugiej stronie ogrodzenia.

— Pomoże pan? — zahuczało widmo.

— W czym?

— Nie bądź taki przewrażliwiony, człowieku! Masz go tylko przytrzymać w górze. Trudną robotą sama się zajmę. Wiem, że to okrutne, ale jeśli dzisiaj sobie nie poradzi, czeka go rzeźnia. Przetrwanie najsilniejszego i takie tam.

Kapitan Vimes jakoś wziął się w garść. Najwyraźniej znalazł się w obecności opętanej seksem przyszłej morderczyni, jeśli w ogóle można było określić płeć pod dziwnym grubym odzieniem. Jeżeli nie była kobietą, to jej słowa, że „trudną robotą sama się zajmie” budziły w umyśle obrazy, które z pewnością będą go dręczyć jeszcze długo. Wiedział, że bogaci robią wszystko inaczej, ale też wszystko ma swoje granice.

— Pani — powiedział lodowatym tonem. — Jestem oficerem Straży i muszę poinformować, że działania, jakie pani sugeruje, łamią prawa tego miasta. — A także kilkorga co bardziej pruderyjnych bóstw, dodał w myślach. — Muszę zażądać, żeby Jego Lordowska Mość został natychmiast uwolniony bez szwanku dla siebie…-.

Zjawa przyglądała mu się ze zdumieniem.

— A czemu? — spytała. — Przecież to mój smok.

* * *

— Może jeszcze po łyczku, niekapralu Nobby? — zaproponował, zacinając się nieco, sierżant Colon.

— Z przyjemnością, niesierżancie Colon — zapewnił Nobby. Bardzo poważnie potraktowali rozkaz nierzucania się w oczy. Wykluczało to większość oberży po morporskiej stronie rzeki, gdzie byli dobrze znani. Teraz siedzieli w dość eleganckiej tawernie w centrum Ankh, gdzie nie rzucali się w oczy, jak najlepiej potrafili. Pozostali bywalcy uważali ich za gościnnie występujący kabaret.

— Myślałem sobie — oznajmił sierżant.

— A co?

— Gdybyśmy kupili butelkę czy dwie, moglibyśmy wrócić do domu i naprawdę nie rzucać się w oczy. Nikomu. Nobby zastanowił się głęboko.

— Przecież kazał nam mieć uszy otwarte — przypomniał. — Powinniśmy, jak to nazwał, delektować wszystko.

— Możemy to robić u mnie w domu. Będziemy tam słuchać przez całą noc, bardzo uważnie.

— Dobry pomysł — uznał Nobby. Im dłużej myślał o propozycji sierżanta, tym bardziej mu się podobała. — Ale najpierw — oświadczył — muszę złożyć wizytę.

— Ja też — zgodził się Colon. — To delektowanie strasznie człowieka męczy.

Potykając się, ruszyli w zaułek za tawerną. Świecił księżyc w pełni, ale przez jego tarczę dryfowały strzępki chmur. Obaj strażnicy, nie rzucając się w oczy, zderzyli się w ciemności.

— Czy to pan, detektorze sierżancie? — upewnił się Nobby.

— Zgadza się! Czy umiecie wytropić drzwi do wychodka, detektorze kapralu Nobbs? Szukamy niskich, ciemnych drzwiczek o podejrzanym wyglądzie, cha, cha.

Odpowiedzią było kilka stuknięć i stłumionych przekleństw Nobby’ego, zataczającego się od ściany do ściany, a po nich wrzask przedstawiciela ogromnej populacji dzikich kotów z Ankh-Morpork, który przemknął kapralowi między nogami.

— Kto by cię lubił, koteczku — mruknął pod nosem Nobby.

— Potrzeba zmusza — stwierdził Colon i stanął w wygodnym kątku. Jego zadumę przerwał cichy jęk kaprala.

— Jest pan tam, sierżancie?

— Dla ciebie: detektorze sierżancie, Nobby — poprawił go uprzejmie Colon.

Głos kaprala był pełen napięcia i — nieoczekiwanie — całkiem trzeźwy.

— Niech pan nie zalewa, sierżancie! Przed chwilą widziałem, jak nad nami przeleciał smok!

— Widziałem, jak stoi blok… — Sierżant czknął dyskretnie. — Widziałem długi krok, widziałem stromy stok. Widziałem nawet, jak głupi jest ćwok. Ale jeszcze nie widziałem, jak leci smok.

— Przecież nie żartuję! — zirytował się Nobby. — Miał takie skrzydła jak… jak… jak wielkie, szerokie skrzydła!

Colon odwrócił się majestatycznie. Kapral zbladł tak bardzo, że jego twarz była widoczna w ciemności.

— Słowo, sierżancie!

Colon skierował spojrzenie na wilgotne niebo i zmyty deszczem księżyc.

— No dobrze — ustąpił. — Pokaż.

Za jego plecami rozległ się jakiś szelest i kilka dachówek stuknęło o bruk.

Obejrzał się. W górze, na dachu, siedział smok.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 78
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)