Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret
Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret

Электронная книга - «Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret». Краткое содержание книги:

14-letni Eryk podkochuje się w nauczycielce, rysuje komiksy o czarnych charakterach i ostatnich sprawiedliwych, no i marzy o zaznajomieniu się ze świerszczykami ojca, 6-palczastego Edmunda. Właśnie kończy się rok szkolny, nadarza się niespodziewana okazja. Eryk ma spędzić wakacje nad jeziorem Genezaret w towarzystwie Henry'ego, swojego starszego brata, oraz Edmunda. Będą zajadać się parówkami, watą cukrową i goframi, nudzić, wiosłować, wyruszać na tajemnicze nocne wyprawy, wchodzić za friko na festyny, podglądać życie dorosłych oraz marzyć o pewnej nastolatce, która pracuje w sklepie, i rzecz jasna o nauczycielce, która na nieszczęście okazuje się dziewczyną reprezentacyjnego szczypiornisty, Bennego Armaty, słynącego z atomowego uderzenia…
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 42
Перейти на страницу:

Z wyjątkiem niektórych, oczywiście.

Po południu przyrządziłem pulpety z mięsa łosia. Zjadłem dziewięć sztuk, Edmund jedną. Brzoskwiniami podzieliliśmy się już bardziej sprawiedliwie, cztery do dwóch. I przy tych proporcjach nie miałem prawa narzekać. Mimo że musiałem wszystko przygotować i jeszcze potem pozmywać.

Kiedy się z tym uporałem, miała miejsce pierwsza wizyta tego popołudnia. Zjawiła się Gladys Lundin, kaszląc i pochrząkując, przeszła przez podwórze i zapytała, czy nie mamy przypadkiem w nadmiarze wódki.

Zwykli ludzie, tacy jak matka Benny’ego czy pani Lundmark, mieszkająca dwa piętra wyżej na Sportowej, mieli czasem w zwyczaju prosić o szklankę cukru albo mąki do naleśników lub placka z rabarbarem, jednak akurat Lundinowie do zwykłych ludzi nie należeli. Daleko im było do tego. Gladys, z tego co wiem, była matką i ostoją dla całego rodu. Pewne było, że miała ponad siedemdziesiąt lat, a jeszcze bardziej pewne, że ważyła ponad sto kilo. Gdy szła, podpierała się dwiema solidnymi laskami z drewna dębowego, od zawsze też widywano ją z papierosem w ustach. To wszystko nie przeszkadzało jej, by przyjść i żebrać o wódkę.

Wyjaśniłem jej, że jeśli chodzi o ten trunek, to nasze piwnice są chwilowo puste. Wówczas poprosiła o kilogram ziemniaków.

Tych nie mogłem jej odmówić, gdyż mieliśmy ich naprawdę w bród. Jedynym problemem było to, jak je przeniesie, zważywszy na laski i papierosa. W końcu przewiesiłem jej worek przez szyję. Poczłapała z powrotem, nie siląc się na jakiekolwiek podziękowanie. A ja zastanawiałem się przez chwilę, czy po przyjściu do domu nie wykorzysta tych ziemniaków do zrobienia wódki. Miałem raczej mgliste pojęcie o procesie robienia wódki, ale pomyślałem sobie, że jeśli kobieta wykaże dużo samozaparcia, to przy dobrych wiatrach jeszcze dzisiaj wieczorem będzie się mogła cieszyć szklaneczką.

Tamtego dnia i później wydawało mi się dziwne, że przybycie Gladys Lundin zbiegło się z odwiedzinami następnego gościa. Mimo że ciągle o tym myślałem, nie byłem w stanie znaleźć logicznego powiązania między tymi wizytami.

Nie minęło dwadzieścia minut po tym, jak odprawiłem Gladys, gdy do mych uszu doszedł kolejny kaszel. Zdecydowanie bardziej intensywny i złowrogi.

Obróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z Bertilem Albertssonem. Armatą Berrą. Szczypiornistą, który rzucał do bramki tak mocno, że bramkarze padali jak muchy powaleni siłą rażenia. Człowiekiem, który, zanim w parku Lacka wypowiedział purpurowemu na twarzy Mullemu walkę na śmierć i życie, nonszalanckim gestem podał Atle Erikssonowi swoją marynarkę w paski.

Człowiekiem, którego narzeczona nazywała się Ewa Kaludis.

„Pułkownik Darkin” wyleciał mi z rąk, ale nie odważyłem się go podnieść. Próbowałem przełknąć ślinę, jednak z marnym skutkiem. Pomyślałem, że może zaraziłem się od Edmunda. Armata Berra stał w rozkroku trzy metry ode mnie mniej więcej w ten sam sposób, co w parku Lacka. Miał na sobie białą koszulę z krótkimi rękawami, tak że widać było wszystkie mięśnie i ścięgna na jego brązowych, owłosionych ramionach. Miał też nieodgadniony wyraz twarzy. Uniósł znacząco brew i spojrzał na mnie, jakbym był jakąś żabą w kałuży, którą przed chwilą rozdeptał.

– Hej – zawołałem niepewnie.

Nie odpowiedział. Jego brew nadal znajdowała się tuż pod grzywką, za to widać było, jak mu lata szczęka. Bez przerwy. Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Starałem się na niego nie patrzeć. Nie pomogło.

Wreszcie, nie poruszając ustami, zapytał:

– A gdzie twój brat?

– Kto taki? – odpowiedziałem pytaniem.

Nie wiem, skąd mi przyszła do głowy taka głupia odpowiedź, możliwe, że chciałem zyskać na czasie potrzebnym do tego, by zemdleć lub by jacyś łaskawi bogowie zdążyli przybyć z odsieczą. Tutaj do Genezaret, i przenieśli mnie na zawsze na jakąś bezludną wyspę na Pacyfiku.

Nie pojawili się żadni bogowie, zemdleć też nie zemdlałem.

– Twój brat – powtórzył Armata Albertsson. – Henry. Muszę z nim pogadać.

– Ach tak – powiedziałem.

– A co, masz więcej braci? – spytał Armata.

– Nie, tylko jednego.

– W takim razie, gdzie on jest?

– Nie ma go tu – odparłem.

– A kiedy wróci?

– Nie mam pojęcia. Późno.

– Późno?

– W nocy. O dwunastej albo jeszcze później. Zostawił kartkę.

– W nocy?

– Tak.

– Hm… – Brew wróciła na swoje miejsce. Odkaszlnął dwa razy i splunął na trawę. Ślina wylądowała dwa centymetry od mojej lewej stopy. Pół centymetra od „Pułkownika Darkina”.

– Pozdrów go ode mnie – powiedział. – Przekaż mu, że wrócę tu o pierwszej w nocy.

– A jeśli nie zdąży do tego czasu wrócić? – przeciągałem strunę. – Kto wie, czy nie przyjdzie jeszcze później.

– No to poczekam na niego.

Odszedł. Stałem w miejscu i śledziłem go wzrokiem. Kiedy znikł za krzakami bzu, spuściłem wzrok na ziemię, gdzie wciąż połyskiwała jego ślina.

Chyba nigdy stąd nie zniknie. Ta pojebana ślina będzie tu tkwić na trawie w Genezaret i za sto lat. Cóż, takie realia.

– Z kim rozmawiałeś? – Z okna wychyliła się głowa Edmunda. – Jakieś głosy wyrwały mnie z drzemki. Kto tu był?

***

Edmund stał się blady jak trup, gdy mu powiedziałem o mojej rozmowie z Armatą Albertssonem. Dziesięć razy zdejmował i wkładał okulary, zgrzytał zębami, a przede wszystkim wyglądał na bardzo przestraszonego. Pomimo gorączki był spięty i skoncentrowany, ale i zrozpaczony, w pewnym sensie. Pomyślałem, że tak mniej więcej musiał wyglądać, kiedy czekał, aż jego prawdziwy ojciec przyjdzie i złoi mu pasem skórę. Prawie się nie odzywał, gdy ja starałem się wiernie oddać dialog między mną i Armatą.

Czasem tylko zaciskał pięści. Potem je na powrót otwierał, próbując jednocześnie przełknąć ślinę. Ale to było wszystko, na co go było stać. Nie miał żadnego pomysłu na to, co powinniśmy w tej sytuacji zrobić.

Najmniejszego.

– Burza – rzekł wreszcie. – Stało się tak, jak mówiłem. Czekaliśmy na burzę, no to ją mamy.

– Jebana mać – wymamrotałem, gdyż nie wiedziałem, co mam powiedzieć, a jednocześnie czułem, że muszę sobie przekląć, by nie stracić rezonu. – Gówniana sprawa!

– Właśnie – przytaknął Edmund.

***

O ósmej zaczęło kropić. Postanowiłem dotrzymać Edmundowi towarzystwa i już po dziewiątej byłem w łóżku. To była prawdziwa burza z błyskawicami i grzmotami, i to w tak bliskiej, siejącej niepokój odległości. Odnosiło się wrażenie, jakby miała się nigdy nie skończyć.

– Są burze, które nie przechodzą – powiedział Edmund. – Pamiętam, że w Ångetrakten takie były. Grzmiało, błyskało i diabeł wie co jeszcze, przez dwanaście godzin bez przerwy. Wtedy rzeczywiście człowiek czuje się mały i bezbronny.

– Jak twoja forma? – spytałem, by już nie rozmawiać o burzy. Ta była wystarczająco straszna i bez naszych komentarzy.

– Chyba lepiej – odparł Edmund po kilku udanych próbach przełknięcia śliny. – Od jutra znów jestem na chodzie.

Po dziesięciu minutach spał jak zabity. Zgasiłem światło. Leżałem, słuchając, jak krople deszczu uderzają o dach. Słyszałem też grzmoty. Te zwiastowały co rusz pojawiające się na niebie błyskawice. Odstęp czasowy między błyskiem a hukiem wynosił piętnaście do trzydziestu sekund. Może Edmund miał rację.

I że ta burza wisiała i krążyła wokół nas?

A człowiek czuł się wobec niej maleńki.

Musiałem zasnąć, bo tuż po dwunastej coś wyrwało mnie ze snu. Już nie padało, za to wiało przeraźliwie. Słyszałem, jak Henry na dole włącza magnetofon. Mógłbym przysiąc, że z kimś rozmawiał.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 42
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)