Fiołki Są Niebieskie
- Автор: Паттерсон Джеймс
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Fiołki Są Niebieskie». Краткое содержание книги:
Już wie, że za jej śmierć odpowiedzialny jest jego zaprzysięgły wróg, nieuchwytny psychopata, nazywający siebie Supermózgiem, który ma sumieniu wiele zbrodni.
Prowadzone od dłuższego czasu śledztwo nie przyniosło dotąd rezultatów. Można przypuszczać, że ktoś celowo blokuje pracę policji…
Przybyli do Savannah w stanie Georgia. Minęli Oglethorpe Street i zatrzymali się na słynnym cmentarzu Colonial Park. Potem pojechali do Abercorn, wzdłuż Perry Street, przez place Chippewa i Orleans.
– To wszystko stoi na trupach – William tłumaczył bratu. – Całe dzielnice zbudowano na dawnych cmentarzach.
Savannah niemal bez uszczerbku przetrwało wojnę secesyjną i dziś należało do najlepiej zachowanych zabytków na południu.
William uwielbiał tu bywać. Cieszył się, że stąd pochodzi następna ofiara. Taki posiłek będzie prawdziwą rozkoszą, pomyślał. Przyjemne z pożytecznym. Zapatrzony w historyczne miejsca, przestał zwracać uwagę na nazwy ulic. Podziwiał stare kolonialne domy, dziewiętnastowieczne kościoły, bramy z kutego żelaza, pełne greckich motywów, i kwiaty, kwiaty, kwiaty… Szczególnie podobały mu się dawne rezydencje: Green-Meldrim, Hamilton-Turner i pierwsza willa Joe Odoma.
– Piękno i elegancja – powiedział do brata. – Mógłbym tu mieszkać. Kto wie, może pewnego dnia przeniesiemy się tutaj na stałe? Co o tym sądzisz?
– Jestem głodny. Spróbuj może już teraz znaleźć nam jakieś lokum – ze śmiechem odparł Michael. – Rzućmy kotwicę i wypróbujmy, co Savannah ma najlepszego.
William zatrzymał furgonetkę na ulicy zwanej West Bay. Wysiedli obaj, żeby rozprostować nogi.
Podeszły do nich dwie młode dziewczyny w koszulkach z napisem „Liceum Plastyczne w Savannah” i krótko obciętych dżinsach. Były cudownie opalone, miały długie zgrabne nogi i zdawały się pozostawać na bakier z całym światem.
– Można tu oddać krew? – zapytała niższa z kokieteryjnym uśmieszkiem. Wyglądała najwyżej na szesnaste – lub siedemnastolatkę. Miała kolczyk w wardze i szopę ogniście rudych, sztywno sterczących włosów.
– Słodziutki z ciebie kąsek – zauważył Michael, patrząc jej prosto w oczy.
– Różnie mnie już określali, ale nie jako „słodziutką” – odpowiedziała i zerknęła na przyjaciółkę. – Nie, Carla?
Carla skinęła głową.
William obrzucił dziewczyny taksującym spojrzeniem. Nie. Nie są warte zachodu. W Savannah powinni trafić na coś lepszego.
– Niestety, mamy teraz przerwę – powiedział uprzejmym tonem i uśmiechnął się miło, wręcz uwodzicielsko. – Obiadową – dodał. – Może trochę później? Na przykład dziś wieczorem. Wpadniecie?
– Nie jarzysz – ucięła mała. – Cała ta gadka to tylko rozruch.
William powoli przesunął dłonią po karku. Wciąż się uśmiechał.
– Ależ wiem o tym. Masz mi za złe, że próbuję podtrzymać tę gadkę? Mało jest dzisiaj tak fajnych dziewczyn. Tak jak mówiłem, wpadnijcie później. Krwi nam na pewno nie zabraknie.
Zabrał Michaela i poszli nad rzekę, na RWerfront Plaża. Nie patrzyli na łodzie i barki ani nawet na udekorowany jak do gali parowiec „Savannah River Queen” z ogromnym kołem łopatkowym, ani na rzeźbę „Pożegnanie” – młodą dziewczynę z wyciągniętą ręką, jakby machała odpływającym żeglarzom. Przyglądali się ludziom, przechadzającym się po skwerze. Szukali łupu, chociaż zdawali sobie sprawę, jak niebezpieczny byłby atak za dnia, w obecności świadków. Trafili na pchli targ, gdzie wśród straganów z rozmaitymi starociami i dziełami sztuki współczesnej kręciło się kilku żołnierzy i sporo kobiet. Niektóre bardzo ładne.
– Muszę coś przegryźć – stwierdził w końcu William. – Może tam, w tym pieprzonym przepięknym parku?
– Ten by pasował – rzekł Michael i wskazał na szczupłego chłopca w czarnym podkoszulku i obszarpanych dżinsach. – A może coś na przekąskę? Co powiesz o tym dwulatku, bawiącym się w piaskownicy? Mniam, mniam… Schrupałbym go, bo mnie już mdlić zaczyna od słodkich zapachów.
Williamowi udzielił się humor brata.
– To pralinki. Polecam raczej coś z grilla. Podobno bardzo smaczne – powiedział.
– Nie mam ochoty na wołowinę – pokręcił nosem Michael.
– No cóż – ustąpił William. – Niech ci będzie. Co zamawiasz? Wybór należy do ciebie.
Michael bez namysłu wyciągnął palec przed siebie.
– Znakomicie – wyszeptał William.
Rozdział 46
Znowu. Kolejne potworne morderstwo – tym razem w Savannah. Kyle i ja polecieliśmy do Georgii błyszczącym czarnym śmigłowcem marki Bell, z którego byłby dumny Darth Vader. Kyle nie chciał tracić ani chwili. Nie dał mi czasu do namysłu.
Nawet z góry portowe miasto urzekało swoim widokiem. Labirynt domów, rezydencji i ultranowoczesnych sklepów, a do tego rzeka zakolami płynąca wśród złotych łanów w stronę Atlantyku. Dlaczego mordercy wybierali właśnie takie miejsca – piękne i pełne ludzi? Dlaczego działali w tych, a nie innych miastach?
Był pewien powód, na który do tej pory nikt z nas nie zwrócił najmniejszej uwagi. Może zabójcy grali w makabryczną grę z pogranicza świata fantazji? Jak ich, do diabła, rozgryźć?
Samochód FBI zawiózł nas do katedry pod wezwaniem świętego Jana Chrzciciela, w zabytkowej dzielnicy East Harris. Wśród szacownych domów stały dziesiątki policyjnych radiowozów i parę ambulansów.
– Autostrady wokół Savannah są kompletnie zakorkowane – powiedział do mnie Kyle, kiedy przebijaliśmy się przez nie mniejsze korki wokół kościoła. – To najpotworniejsza zbrodnia, jakiej tu dokonano od czasów książki Johna Berendta albo wydarzeń, które ją poprzedziły. Moim zdaniem, powinna ściągnąć jeszcze więcej turystów. Może nasze wampiry swoimi wybrykami chcą przebić Północ w ogrodzie dobra i zła?
– Miejscowe władze i mieszkańcy niechętnie widzą takich gości – odparłem. – Słuchaj, Kyle, co się właściwie dzieje? Jakaś banda działa tuż pod naszym nosem. Usiłują nam coś przekazać. Wybierają najpiękniejsze miasta. Mordują w parkach, w luksusowych hotelach, a teraz nawet w katedrze. Chcą, byśmy ich dopadli? Czy też może odwrotnie, wierzą, że nikt ich nie złapie?
Kyle uniósł głowę i spojrzał na dzwonnicę.
– A może jedno i drugie? Zgadzam się z tobą, że z jakichś względów nie dbają o alibi. Dlatego właśnie cię tu ściągnąłem. Znasz się na rzeczy. Tylko ty jeden jesteś w stanie wejrzeć w ich chory umysł.
Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oni chcą, aby ich złapać. Ale dlaczego?
Rozdział 47
Wysiedliśmy z samochodu i stanęliśmy przed głównymi drzwiami katedry Świętego Jana. Złocisto-biały napis nad portalem głosił: „Jedna rodzina, jedna wiara”.
Podwójne wieże wznosiły się wysoko nad dachami Savannah. Kościół zbudowano w stylu francuskiego gotyku – miał wysokie łuki i przypory, wspaniałe witraże i ołtarz z włoskiego marmuru. Obejrzałem dosłownie wszystko. Jak do tej pory, nic nie zwróciło mojej szczególnej uwagi.
Morderstwo odkryto niecałe dwie godziny temu. Wsiedliśmy do śmigłowca natychmiast po komunikacie nadanym przez policję w Savannah. Trąbiono już o tym w telewizji.
Zapach kadzidła wiercił mnie w nosie. Zwłoki zauważyłem zaraz po wejściu do katedry. Jęknąłem cicho i żołądek podjechał mi do gardła. Ofiarą był tym razem dwudziestojednoletni mężczyzna, znany mi z poprzednich doniesień, student historii sztuki z Uniwersytetu Georgia, Stephen Fenton. Mordercy zostawili mu portfel i pieniądze. Niczego nie ukradli, z wyjątkiem koszuli.
Katedra była olbrzymia; bez wątpienia mogła pomieścić z tysiąc wiernych. Światło, padające przez witraże, rysowało wielobarwne wzory na kamiennych płytach podłogi. Już z daleka widziałem, że ofiara ma rozerwane gardło. Ciało było zmaltretowane i okaleczone, tak jak w poprzednich przypadkach. Leżało u podnóża trzynastej stacji drogi krzyżowej. Na posadzce widniały ślady krwi, ale nie za wiele.
Pili krew tu, w katedrze? Dopuścili się świętokradztwa? Odrzucali wszelką religię? Czy szli własną drogą krzyżową?