Uśmiechnięty Nieboszczyk
- Автор: Гамильтон Лорел К.
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Uśmiechnięty Nieboszczyk». Краткое содержание книги:
Przede wszystkim należy tutaj zaznaczyć, jako duży plus dla autorki, że drugi tom nie ustępuje w niczym pierwszemu, co nie jest cechą typową dla większości cykli wielotomowych. Druga część jest równie wciągająca, pełna niezwykłych, zaskakujących zwrotów akcji i dobrego, właściwego dla Hamilton poczucia humoru.
Anita będzie musiała ponownie pomóc policji i wziąć udział w rozwikłaniu zagadki morderstw popełnianych przez nieznanego sprawcę, który z pewnością nie jest istotą ludzką. Czy jest wampirem? Czy też zombie? Na te i kilka innych pytań Anita będzie musiała szybko odpowiedzieć, bo czas nieubłaganie ucieka, a morderca czai się gdzieś w ciemnościach St. Louis. Jako ekspert do zbrodni paranormalnych, Anita musi skorzystać ze swojego bogatego doświadczenia, a upór w dążeniu do rozwiązania zagadki zaprowadzi ją w miejsca mroczne i niebezpieczne.
Równocześnie zaś pewien milioner składa jej, można by rzec niemoralną propozycję wskrzeszenia swojego przodka, prawie trzystuletniego nieboszczyka, oczywiście za sowite wynagrodzenie. Anita jest jedyna osobą, która mogłaby tego dokonać. Jest tylko jedno „ale”: konieczna byłaby „biała ofiara”. Co to takiego i dlaczego animatorka rezygnuje? Czy milioner da za wygraną, czy też poszuka innego sposobu, aby przekonać upartą pannę Blake?
Oczywiście obie te sprawy są powiązane, ale w jaki sposób? I czy coraz bardziej zagmatwana znajomość z Jean-Claudem, nowym wampirzym Mistrzem Miasta, będzie pomocą czy przeszkodą? Bo przecież wszystkie wampiry, choć czasem na to nie wyglądają, są przecież złe i trzeba je tępić, najlepiej kołkiem, koniec, kropka. Przecież Anita jest Egzekutorem! Czyż nie? A poza tym jest kobietą niezależną i samowystarczalną! Jednak czy jej samodzielność wystarczy, aby bezboleśnie przetrwać spotkanie z potężną kapłanką, władającą tajemną magią Voo Doo? A, co ważniejsze, czy zechce ona pomóc Anicie?
Jak więc widzicie, intryga goni intrygę, a wszystkie coraz bardziej się zapętlają. Akcja goni akcję i nigdy nie wiadomo, co będzie działo się dalej, a jedyne, na co czytelnik może narzekać, to… brak nudy!
Wypadałoby teraz napisać coś minusach. Niestety pojawia się tu poważny problem: nie potrafię ich wskazać. Autorka trzyma równy, bardzo wysoki poziom warsztatowy, znany nam już z pierwszej części. Nie da się też wskazać kogoś, dla kogo ta książka nie byłaby przeznaczona. Mogą się nią zachwycić zarówno miłośnicy fantastyki, jak i horroru. Zarówno panie, jak i panowie, i dziewczęta, i chłopcy.
„Uśmiechnięty Nieboszczyk” to paręset stron solidnej lektury dla miłośników gatunku i samej autorki. Wartka akcja wciąga i trzyma w napięciu, starannie budowana intryga powoduje, że nie sposób czasem się oderwać i ma się ochotę czytać więcej, choćby już z samej tylko sympatii dla głównej bohaterki. Co wydarzy się dalej? Do następnego tomu. Polecam.
– Jakim cudem udało mu się wyjechać poza granicę stanu?
– Chyba nie mają przeciw niemu żadnych dowodów – odparłam. – Dominga Salvador stwierdziła, że mi nie pomoże. Ale obiecała popytać i poinformować mnie, gdyby się czegoś dowiedziała.
– Ja też zasięgnąłem języka na jej temat. Ona pomaga wyłącznie swoim. Jak ci się udało nakłonić ją do współpracy?
– Mam ujmującą osobowość. – Wzruszyłam ramionami. Dolph pokręcił głową. – Nie zrobiłam nic niezgodnego z prawem, Dolph. I w ogóle nie chcę o tym mówić.
Odpuścił. Cwaniak.
– Powiadom mnie, jeśli się czegoś dowiesz, Anito. Musimy to powstrzymać, zanim znowu zabije.
– Oczywiście. – Odwróciłam się i rozejrzałam wokoło. – Czy ten cmentarz nie znajduje się niedaleko miejsc, gdzie odnaleźliśmy pierwsze trzy trupy?
– Owszem.
– Może więc odpowiedź po części znajduje się tutaj – zasugerowałam.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Większość wampirów musi przed świtem powrócić do swoich trumien. Ghule kryją się w podziemnych tunelach jak wielkie krety. Gdyby sprawcą był wampir lub ghul, powiedziałabym, że ta istota musi być gdzieś w pobliżu, oczekując na zmierzch.
– Ale… – rzekł Dolph.
– Ale skoro to zombi, światło słoneczne mu nie szkodzi i nie musi spędzać dnia w trumnie. Może być gdziekolwiek, choć, jak sądzę, ta istota powstała i pochodzi z tego właśnie cmentarza. Jeśli w grę wchodzi obrzęd voodoo, powinniśmy odkryć tu ślady rytuału.
– To znaczy?
– Kredowe veuve, symbole rysowane wokół grobu, zaschniętą krew albo pozostałości po rozpalonym ogniu. – Powiodłam wzrokiem dokoła. – Choć w miejscu tak zarośniętym jak to wolałabym raczej nie rozniecać ognia.
– A jeśli to nie voodoo? – zapytał.
– Wobec tego w grę wchodzi animator. I znów należy szukać zaschniętej krwi albo może martwego zwierzęcia. Śladów będzie mniej i powinny być one łatwiejsze do usunięcia.
– Jesteś pewna, że to jakiś zombi? – zapytał.
– Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Chyba więc powinniśmy przyjąć, że tego właśnie szukamy. Dzięki temu powinniśmy wiedzieć, czego i gdzie mamy szukać.
– Bo jeśli to nie zombi, to utknęliśmy w martwym punkcie – wtrącił.
– Otóż to.
– Mam nadzieję, że się nie mylisz, Anito. – Uśmiechnął się ze smutkiem.
– Ja również – przyznałam.
– Jeśli ten stwór pochodzi stąd, czy potrafiłabyś odnaleźć jego grób?
– Może.
– Może? – Zdziwił się.
– Może. Ożywianie zmarłych to nie nauka, Dolph. Bywa, że wyczuwam umarłych spoczywających pod ziemią. Czuję ich niepokój. Znam ich wiek, nie patrząc na napisy na nagrobkach. A czasem nie czuję zupełnie nic. – Wzruszyłam ramionami.
– Udzielimy ci wszelkiej niezbędnej pomocy.
– Muszę zaczekać, aż całkiem się ściemni. Po zmroku moje moce… rosną w siłę.
– Do wieczora jeszcze daleko. Nie mogłabyś spróbować już teraz?
– Niestety. – Zastanowiłam się nad tym przez chwilę. – Nie. Przykro mi.
– W porządku, ale wrócisz tu po zmroku?
– Taa – przyznałam.
– O której? Przyślę paru ludzi.
– Nie wiem, o której konkretnie. I nie mam pojęcia, ile to potrwa. Może się okazać, że będę błąkać się tu przez parę godzin zupełnie na darmo.
– Albo?
– Albo odnajdę naszą bestię w try miga.
– W takim przypadku będzie ci potrzebne wsparcie.
– Zgadza się. – Skinęłam głową. – Tyle że broń palna, nawet srebrne naboje, nie zdadzą się na wiele.
– To jakiej broni mamy w razie czego użyć?
– Miotaczy płomieni, napalmu, tego, czego używają tępiciele podczas oczyszczania kryjówek ghuli.
– To nie jest standardowe wyposażenie jednostek policji.
– Ściągnij zespół tępicieli – podpowiedziałam.
– Dobra myśl. – Ucieszył się.
– I wyświadcz mi przysługę – dokończyłam.
– Jaką? – Uniósł wzrok.
– Petera Burke’a zamordowano. Strzałem w głowę. Jego brat prosił mnie, abym dowiedziała się, czy zaszły jakieś postępy w prowadzonym śledztwie.
– Wiesz, że nie mogę udzielać takich informacji.
– Wiem, ale potrzebuję choć kilku drobiazgów, aby podzielić się tym z Johnem Burkiem i w ten sposób zapewnić sobie jego życzliwość.
– Wygląda na to, że dobrze ci się układa współpraca ze wszystkimi naszymi podejrzanymi – podsumował.
– Taa.
– Popytam, ile tylko się da, w wydziale zabójstw. Czy wiesz może, gdzie go znaleziono?
Pokręciłam głową.
– Sprawdzę to. Będę mieć pretekst, aby ponownie porozmawiać z Johnem Burkiem.
– Mówiłaś, że w Nowym Orleanie jest podejrzewany o morderstwo.
– Uhm-hm – mruknęłam.
– I być może to jego sprawka. – Wskazał ręką na leżące na trawie prześcieradło zakrywające szczątki dziecka.
– Tja.
– Uważaj na siebie, Anito.
– Jak zawsze – zapewniłam.
– Zadzwoń do mnie dziś wieczorem, możliwie jak najwcześniej. Nie chcę, aby moi ludzie zbijali bąki w nadgodzinach.
– Zadzwonię najszybciej, jak zdołam. – I tak będę musiała z tego powodu odwołać trzech klientów. Bert nie będzie zadowolony. Perspektywy wyglądały obiecująco.
– Dlaczego ten stwór nie pożarł całego dziecka? – spytał Dolph.
– Nie wiem – odparłam.
– W porządku. – Skinął głową. – To do zobaczenia wieczorem.
– Pozdrów ode mnie Lucille. Jak tam jej magisterium?
– Praca prawie gotowa. Zrobi magisterium, zanim nasz najmłodszy zdobędzie dyplom na politechnice.
– Świetnie. – Prześcieradło załopotało na wietrze. Po moim czole ściekła strużka potu. Miałam dość pogawędek. – Na razie – rzekłam i ruszyłam w dół zbocza. Przystanęłam i odwróciłam się. – Dolph?
– Tak? – spytał.
– Nigdy nie słyszałam o zombi, który zachowywałby się w taki sposób. Może on powstaje z grobu jak wampir. Jeżeli przed zmrokiem zdołasz ściągnąć tu ekipę tępicieli ze wsparciem, może uda im się dopaść go wypełzającego z grobu i załatwić drania na miejscu.
– Sądzisz, że to możliwe?
– Sama nie wiem. Ale warto zaryzykować.
– Nie wiem, jak wytłumaczę tę pracę w nadgodzinach, ale postaram się coś z tym zrobić.
– Wrócę tu najszybciej, jak się da.
– Czy może być coś ważniejszego niż to? – zapytał.
– Nic, co mogłoby cię zainteresować. – Uśmiechnęłam się.
– Mimo wszystko spróbuj – rzucił zachęcająco. Pokręciłam głową. – W porządku – mruknął. – To do wieczora. Postaraj się być możliwie jak najwcześniej.
– Masz to u mnie jak w banku – zapewniłam.
Detektyw Perry odprowadził mnie do samochodu. Może z uprzejmości, a może chciał znaleźć się jak najdalej od corpus delicti. Nie miałam mu tego za złe.
– Co słychać u pańskiej żony, detektywie?
– Za miesiąc spodziewa się rozwiązania.
– Nie wiedziałam. Gratulacje. – Uśmiechnęłam się.
– Dziękuję. – Jego oblicze spochmurniało, pomiędzy ciemnymi oczami pojawiła się głęboka zmarszczka. – Sądzi pani, że odnajdziemy tę istotę, zanim znowu zabije?
– Mam taką nadzieję – odparłam.
– Jakie mamy szansę?
Czy chciał, abym go uspokoiła, czy powiedziała prawdę? Chyba jednak to drugie.
– Nie mam zielonego pojęcia.
– Miałem nadzieję, że pani jednak tego nie powie – mruknął.