Bezpowrotnie Utracona Leworęczność
- Автор: Pilch Jerzy
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Bezpowrotnie Utracona Leworęczność». Краткое содержание книги:
To że ja nie wiem, kim był – pół biedy. Ale on sam nie wiedział, kim jest. Wszystko było pospieszne, byle jakie, prowizoryczne, szalone, ale szaleństwo jego niechlujne było. Wszyst- ko jedno, co się będzie robić, wszystko jedno, jak się będzie żyć, w małej izdebce na strychu, w byle jak postawionym domu, z akordeonem, a może bez akordeonu. Wszystko jedno, kim będę, jak dorosnę. Nawet nikczemny wzrost, który tak często bywa napędem ogromnych am- bicji, nie zagrzewał go do żadnego czynu. Był mały i wisiało mu, że jest mały. Obojętność w funkcji przeczucia śmierci przedwczesnej? A może obojętność jako pierwsza przyczyna śmierci przedwczesnej? Z całą pewnością obojętność jako najkrótsza droga do odbycia po maturze dwuletniej zasadniczej służby wojskowej. Chętnie bym napisał, że jeśli było w nim jeszcze coś nieobojętnego, to i to wypalone zostało w peerelowskich koszarach. Ale nie, nik- czemna służba jego ściśle zalutowanej duszy nie tknęła chyba, wzmocnił się tam co najwyżej w obojętności swojej. Kobiety? Kobiety też nie. Chodził z nami co prawda podglądać czeskie striptizerki, chodził, ale nie brał udziału w kornych seansach zachwytu. Staliśmy pod niedo- kładnie zasłoniętymi oknami Domu Zdrojowego i doznawaliśmy najwyższych wzlotów i uniesień ducha. Czysty zachwyt nas ogarniał i w absolutną podniosłość wpadaliśmy. W na- szych lękliwych spojrzeniach nie było nawet cienia dwuznaczności, nic rozpustnego, żadnego plugastwa. Myśmy w dialogach i myślach uwznioślali pochopne Czeszki, podziwialiśmy na wskroś platonicznie ich piękno, szanowaliśmy ich odwagę, a serca nasze radowały się z po- wodu ich przychylności. Niezgrabnie podrygujące na parkiecie tancerki stanowiły naoczny dowód, iż Pan Bóg stworzył także kobiety łaskawe. Jeśli całe życie słowem i czynem głoszę pochwałę kobiet, głoszę ich nieskończoną wyższość, pławię się w zachwycie, jeśli nadzwy- czaj powściągliwy jestem w obrazowym pisaniu o erotyce i bliższe mi są tonacje epifaniczne i platoniczne, to moja edukacja sentymentalna pod niedokładnie zasłoniętymi oknami Domu Zdrojowego ma tu jedno ze znaczeń fundamentalnych.
On chodził z nami, ale zawsze zostawał trochę z boku, nigdy nic nie mówił ani nie uwznioślał, ani nie trywializował, nie dzielił z nami strzelistego zachwytu, nie doznawał upojenia ani oczyszczenia, chyba w ogóle nie patrzył w kierunku podestu tonącego w namięt- nym półmroku i dławiącej muzyce. Był tu, bo wszyscyśmy tu byli, stał, bo wszyscy tu stali i chyba nie doznawał tego (najwyższych uniesień ducha), co wszyscy doznawali.
Z wódką było tak samo. Popijał, bo wszyscy popijali, ale nawet w samych początkach popijania alkohol nie przynosił mu żadnych euforii ani ukojeń, jedynie trochę bardziej wytrzeszczone oczy, bardziej bełkotliwą mowę, bardziej chybotliwy krok. Jeśli się prowadzi życie czysto biologiczne, to gorzałka z duchem w ogóle nie ma do czynienia, działa w trybie wyłącznie chemicznym.
Zdawać by się też mogło, że jak ktoś z wielkim trudem pojawia się na świecie, ledwo ży- wy jest jako osesek i jednak, jednak cudem w samym zaraniu pokonuje śmierć, to potem żył będzie długo i szczęśliwie. Ale i takiej reguły tu nie było, bo też takiej reguły obiektywnie nie ma. Dziadek powrócił z kampanii wrześniowej, babcia definitywnie schowała oficerską sza- blę i choćby z tego powodu, że ani on jeszcze nie był dziadkiem, ani ona babcią (a jeszcze tęsknota, a jeszcze długi okupacyjny wieczór, a jeszcze miłość, czcigodni przodkowie), wza- jemna skłonność wzięła ich w swoje posiadanie i zaczęło się życie najmłodszego syna. Po urodzeniu strasznie mało ważył, prawie był bez skóry i właściwie wszyscy czekali, aż umrze, i gdyby nie babcia, umarłby na pewno. Ale ona miała niespożyte siły, znała sposoby, trzymała go jak kota w rozgrzanym owsie i udało się, nie wystygł, życie, co, zdawało się, lada chwila pierzchnie przez błonkę, którą był pokryty, nie pierzchło.
Potem rósł zdrowo, choć specjalnie nie wyrósł. Dobrze mu szły rachunki, ogrywał wszyst- kich w szachy i lubił straceńcze zabawy. Szkoła powszechna, gimnazjum, matura, dwa lata wojska i chwalebna praca montera trakcji wysokiego napięcia. (Jest bardzo możliwe, że taka praca wymaga straceńczej odwagi i szachowej precyzji). Nieudane małżeństwo. (Jeśli kogoś ciekawią kobiety, zdarzać mu się mogą w małżeństwie rozmaite perypetie. Ale ktoś kogo w ogóle nie ciekawią kobiety, skazany jest na małżeńskie fiasko). Nieudane małżeństwo. Byle jaki dom. Picie. Picie muliste, posępne i bez polotu. Któregoś wieczoru w knajpie zakrztusił się kawałkiem kiełbasy zwyczajnej na gorąco. Wstał zza stolika, pokasłując wyszedł na ze- wnątrz, wpierw usiadł, a potem legł na parkowej ławce. Kawałek kiełbasy zwyczajnej na do- bre utkwił mu w krtani. Umarł. Do rana wystygł i zesztywniał. Kiedyśmy go znaleźli, jeden but miał tylko na prawej nodze, drugiego nie było. Zawsze mnie raziła pewna tandetność wszelkich symbolicznych przesłań. Bo niezbicie wyglądało, jakby ten niewidzialny, co mu nocą but ściągnął, wiedział, że stryj Adam całe życie co najwyżej jedną stopą dotykał ziemi. A i to nie bardzo.
Obłoki nad Czantorią
Z okien hotelu widzę dachy Genewy, od zawsze znam to miasto, bo przecież od zawsze Biskup Wantuła posyłał stąd kartki. O szóstej dzwonią katedralne dzwony, ciemnieje przed burzą, duchota niepojęta. Z jakich czasów, z jakich wcieleń i z jakich powodów jest we mnie strach przed podróżowaniem? Czemu już w ekspresie InterCity Kraków – Warszawa nacho- dzą mnie mdłości według Jeana Paula Sartre'a i czemu potem w samolocie lecącym nad Eu- ropą stygnę i obojętnieję jak skazaniec w celi? Alpy wyłaniają się z mglistego powietrza i mało, że ja na ten niesłychany widok żadnego nie doznaję uniesienia, mało, że żadnych ma- rzeń, wzruszeń, epifanii, mało tego. Mój istotny stosunek do Alp wyłaniających się z mgliste- go powietrza jest w zasadzie wrogi.
Jestem gotów do zasadniczej polemiki z tym masywem skalnym, jestem gotów przypuścić nań frontalny atak, jestem gotów obalić jego zasadnicze tezy. Zaznaczam na wszelki wypa- dek, że mój zapał do sporu nie ma żadnych genetycznych związków z trywialnymi odruchami psychologicznymi. Nie bierze się on, na przykład, ze strachu przed lataniem. Lecieć jest przyjemnie, nie lubię podróżować, ale lot sam w sobie jest stanem zawieszenia wszystkiego: zawieszenia przedmiotów, zawieszenia wolnej woli i zawieszenia śmiałych decyzji. Lecisz i absolutnie nic od ciebie nie zależy i to jest byt błogi. Docelowość lotu czyniąca zeń podróż mierzi, ale lot sam w sobie koi, a nawet upaja. Alpy widoczne w dole porządek i tożsamość lotu naruszają w sposób żenujący i zgoła bezwstydny. A potem jeszcze, jak się wyląduje, Le- man – woda sama w sobie o wiele słabsza od wiersza Mickiewicza. Przyroda tu daje zwodni- czą zapowiedź znaku i niejeden dał się nabrać, niejeden uległ mylnej inspiracji. Bo też pokusa jest silna.