Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]
- Автор: Гаррисон Гарри Максвелл
- Год: 1990
- Язык: польский
- Год: CIA-Books — Svaro
- ISBN: 83-85100-13-X
- Переводчик: Radoslaw Kot
- Жанр: Социально-философская фантастика
Электронная книга - «Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]». Краткое содержание книги:
— Właśnie. Zszedłem do fosy z drugiej strony, od alejki, przeszedłem pod mur i wspiąłem się na półkę. Gdyby to było w nocy, to czy sądzi pan, że ktokolwiek by mnie spostrzegł?
— Cóż…
— Po prostu, tak czy nie? Nie próbuję przyłapać pana na niedbalstwie, chcę tylko wiedzieć.
— Zarząd budynku zabrał się już za poprawienie bezpieczeństwa, robią coś z systemem alarmowym. Nie, nie sądzę, żeby został pan zauważony w nocy, sir.
— Tak też myślałem. Pan zatem dopuszcza możliwość, że morderca mógł wedrzeć się tamtędy do budynku? Chanie spoglądał wokoło jakby szukając pomocy. Małe świńskie oczka były przymknięte.
— Przypuszczam… — przyznał w końcu — że zabójca mógł wejść przez to okno.
— Dobrze zatem. Ta piwnica jest naprawdę dobra do takiego celu. Okno jest nisko, system alarmowy uszkodzony. Ten, kto to zrobił, mógł sobie je celowo oznaczyć. Serce mogło być znakiem rozpoznawczym umożliwiającym odnalezienie z zewnątrz tego jedynego okna. A z tego wynika, że musiał najpierw znaleźć się w budynku, że miał okazję sprawdzić teren.
— Może — rzucił Chanie uśmiechając się niewyraźnie. — A może zrobił ten znak później, by zasugerować panu, że to była robota przeprowadzona z zewnątrz.
— Widzę, że myśli pan, Charlie — przytaknął Andy. — Lecz równie dobrze mogło być tak, jak ja mówię i muszę przyjąć to na razie za pewnik. Chcę otrzymać listę wszystkich obecnie zatrudnionych, z wyróżnieniem nowo przyjętych, dalej, wszystkich zwolnionych w ostatnich paru latach oraz listę obecnych i byłych mieszkańców. Kto to może mieć?
— Zarządca budynku, sir. Ma biuro na górze. Mam pokazać drogę?
— Za chwilę — najpierw poproszę o jeszcze jedną szklankę wody.
Andy stanął naprzeciw wewnętrznych drzwi mieszkania O’Briena udając, że jest bardzo zajęty listą z nazwiskami, którą dostał od zarządcy budynku. Wiedząc, że Shirl może spoglądać na niego przez wewnętrzną telewizję próbował wyglądać na pochłoniętego pracą. Gdy wychodził rano, spała, więc nie mieli okazji porozmawiać. Wieczorem zresztą też niewiele rozmawiali. Nie, nie był zakłopotany, po prostu cała ta historia nadal wydawała mu się po części nierealna. Ona należała do świata tej rezydencji, on w żadnym przypadku. Jeśli będzie udawała, że nic się nie stało albo nie wspomni o tym ani słowem, to czy mógłby…? Uważał, że absolutnie nie. Dość długo nie otwierała, może nie było jej w domu? Nie, strażnik Tab siedział na dole, a zatem musiała być w budynku. A może coś było nie tak? Może zabójca wrócił? Głupi pomysł. Głośno załomotał w drzwi.
— Spokojnie, tylko ich nie wyważ — powiedziała otwierając. — Odkurzałam i nie słyszałam dzwonka. Włosy miała schowane pod turbanem, była boso, w jasnoniebieskich szortach i takiej halce. Wyglądała wspaniale.
— Przepraszam, nie wiedziałem — powiedział poważnie.
— Nie szkodzi. Nie patrz na mnie tak smutno — zaśmiała się i szybko pocałowała go w usta. Zanim zdążył zareagować odwróciła się i odeszła w kierunku salonu. Szorty były bardzo kuse i ukazywały niezwykłe krągłości. Gdy drzwi zatrzasnęły się za nim, ogarnęło go cudowne uczucie szczęścia.
— Prawie już skończyłam — powiedziała Shirl i rozległ się jęk małego motorka. — Za chwilę uporam się z tym bałaganem.
Gdy wszedł do salonu ujrzał, że przesuwa małym odkurzaczem po dywanie.
— A może weźmiesz prysznic? — zawołała przez szum maszynerii. — Rachunek za wodę przyjdzie już do Mary O’Brien Haggerty, a zatem nie ma się czym przejmować.
Prysznic! — pomyślał z podnieceniem.
— Jak sobie przypomnę nasze spotkanie z Mary Haggerty, to miło mi się robi na myśl, że dostanie ten rachunek — odkrzyknął i roześmieli się oboje.
Gdy przechodził przez sypialnię, przypomniał sobie widok trupa O’Briena leżącego na dywanie — nie myślał o tym w nocy. Biedny O’Brien, za życia musiał być naprawdę niezłym skurwielem, skoro nie było teraz ani jednej osoby, która by go żałowała. Włączając Shirl. A co myślała o nim? Na razie nie miało to znaczenia. Zrzucił ubranie na podłogę i sprawdził dłonią wodę.
Na szklanej półce leżała maszynka do golenia z nowym ostrzem. Aż podśpiewywał pod nosem zmywając z niej resztki siwych włosów, by móc samemu się ogolić. Wcale nie przeszkadzało mu, że właściciel używanych przez niego rzeczy nie żył. W rzeczy samej, nawet go to bawiło. Ostrze gładko przesuwało się po skórze.
Gdy zjawił się z powrotem w salonie, wszystkie maszyny do zaprowadzania ładu zniknęły, a Shirl miała na twarzy świeży makijaż. Wciąż była ubrana w szorty i halkę. Za tę halkę Andy nieustannie, choć bezdźwięcznie jej dziękował. Teraz rozpuściła włosy. Nigdy nie widział bardziej uroczej dziewczyny. Bardzo chciał jej to powiedzieć, lecz nie była to rzecz, którą łatwo by mu przyszło ubrać w słowa.
— Chcesz coś zimnego do picia?
— W zasadzie to niektórzy są przekonani, że pracuję. Czy usiłujesz mnie skorumpować?
— Możesz dostać piwo. Wstawiłam kilka do lodówki. Jest jeszcze ze dwadzieścia butelek, a ja go nie lubię. — Zawróciła w drzwiach i uśmiechnęła się. — A tak poza tym, to pracujesz. Przesłuchujesz mnie. Czy nie jestem istotnym świadkiem?
Pierwszy łyk zimnego piwa był jak błogosławieństwo. Shirl usiadła naprzeciwko niego i upiła chłodnej kawy.
— Jak sprawa? A może to tajne?
— Żadna tajemnica. Idzie powoli jak wszystkie sprawy. Dajesz się ogłupiać telewizji. Praca policji wcale nie wygląda tak, jak pokazują na filmach. Naprawdę jest to ogłupiające łażenie w tę i we w tę, zbieranie informacji, pisanie meldunków i raportów i żywienie nadziei, że kapuś przyniesie gotowe rozwiązanie.
— A ja wiem, co to jest kapuś! Tak naprawdę to ich nie ma, prawda?
— Gdyby ich nie było, policja sama nic by nie zdziałała. Większość tego, co nam się udaje, udaje się właśnie dzięki donosom. Męty, to zwykle pospolite głupole, rozpowiadają wszystko na prawo i lewo, i tak się dziwnie składa, że gdy już zaczynają mówić, to pojawia się ktoś, kto chce słuchać. Mam nadzieję, że i teraz ktoś puści parę z ust, wygląda bowiem na to, że sprawa jest w zasadzie beznadziejna. — Co chcesz przez to powiedzieć?
Pociągnął kolejny łyk piwa, było wspaniałe.
— W tym mieście jest ponad trzydzieści pięć milionów ludzi i zrobić mógł to każdy. Zacznę od sprawdzenia wszystkich byłych pracowników budynku, potem spróbuję ustalić skąd wzięło się to żelazo, którym zabito Mike’a, lecz to potrwa, i może zanim skończę tę robotę, ci z góry przestaną myśleć o O’Brienie i będę miał spokój, a o to właśnie mi chodzi.
— Wyziera z tego niejakie zgorzknienie.
— Owszem, bo jestem zgorzkniały. Zresztą, też byś taka była na moim miejscu. Mam pracę, którą lubię, chcę ją wykonywać, a tu mi nie pozwalają. Mamy tej pracy aż po uszy i tak było zawsze, odkąd zjawiłem się w policji. Nigdy żadna sprawa nie jest doprowadzana do końca, mało co w ogóle jest rozpoczynane, ludzie żyją przez cały dzień i noc po sąsiedzku z morderstwem i zdaje się nie robić to na nich żadnego wrażenia. Nawet jeśli dochodzi do morderstwa z możliwym politycznym podtekstem, też się nie przejmują, a to całe zamieszanie ze śledztwem wynika tylko z ich niepokoju o własne głowy.
— A czy nie można zatrudnić po prostu więcej policjantów?
— Za co? Budżet miasta jest na wyczerpaniu. Prawie wszystko idzie .na opiekę społeczną. Nas opłacają bardzo nisko, nic dziwnego, że gliny biorą łapówki, ale przecież nie będę ci wyliczał wszystkich moich kłopotów! — Wypił resztę piwa, Shirl zerwała się na nogi.