Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
- Автор: Черри Кэролайн Джэнис
- Серия: Unia/Sojusz #3
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Alfa
- ISBN: 83-7001-570-0
- Переводчик: Jacek Manicki
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
Tamta strona nie chciała nawiązać kontaktu. Statek wojenny robi, co sobie zamierzy. Nie mogli temu w żaden sposób zapobiec.
Konwój zbliżał się ze swoim ładunkiem w złowieszczym milczeniu i Damon wyciągnął rękę do przycisku alarmowego, aby postawić w stan pogotowia służbę bezpieczeństwa.
Burza zamierała, ale ciągle lało. Tam-utsa-pitam przycupnąwszy z rękoma splecionymi wokół kolan, obserwowała przychodzących i odchodzących ludzi. Jej bose stopy grzęzły w mule, woda ściekała leniwymi kroplami z futra. Wiele z tego, co robili ludzie, nie miało żadnego sensu; wiele z tego, co robili ludzie, nie miało żadnego praktycznego zastosowania, chyba że dla bogów, a może byli szaleni; ale mogiły… tę smutną rzecz hisa rozumiała. Łzy, ronione pod maskami, hisa rozumiała. Patrzyła tak, kołysząc się lekko na boki, dopóki nie odszedł ostatni człowiek i w tym miejscu, w którym ludzie składali swoich umarłych, pozostało tylko błoto i deszcz.
I odczekawszy jeszcze trochę, podniosła się na równe nogi i podeszła do miejsca cylindrów i grobów, brnąc z kląskaniem przez rozdeptane błocko. Przysypali ziemią Bennetta Jacinta i dwóch innych. Deszcz uczynił z tego miejsca jedno wielkie bajoro, ale ona patrzyła; nie wiedziała nic o symbolach, jakie stawiali ludzie, żeby dawać sobie znaki, ale znała jeden.
Niosła ze sobą długi kij, który zrobił Stary. Szła w deszczu naga nie licząc koralików i skórek nanizanych na sznurek przerzucony przez ramię. Zatrzymała się nad grobem, ujęła kij w obie dłonie i wbiła go głęboko w rozmiękłą mazię; oblicze ducha przechyliła tak, aby patrzyło jak najbardziej w górę, a na jego występach zawiesiła koraliki i skórki układając je starannie pomimo zacinającego deszczu.
Usłyszała blisko siebie kroki kogoś brnącego przez kałuże i poświst ludzkiego oddechu. Odwróciła się na pięcie i odskoczyła w bok przerażona, że człowiek oszukał jej uszy; spojrzała z napięciem w twarz osłoniętą maską do oddychania.
— Co tu robisz? — zapytał mężczyzna.
Wyprostowała się i otarła o uda umazane błotem dłonie. Nagość krępowała ją, bo denerwowała ludzi. Nie odpowiedziała człowiekowi. Popatrzył na kij duszy, na złożone na mogile dary… na nią. W jego twarzy dostrzegła mniej złości, niż było jej w jego głosie.
— Bennett? — spytał ją mężczyzna.
Wciąż nieufna, wybąkała, że tak. Na dźwięk tego imienia łzy napłynęły jej do oczu, ale spłukał je deszcz. Złość… ją też czuła, złość, że zginął Bennett, a nie inni.
— Jestem Emilio Konstantin — powiedział mężczyzna. Wyprostowała się od razu, rozluźniając sprężone do ciosu i ucieczki mięśnie. — Dziękuję ci w imieniu Bennetta Jacinta; on byłby ci wdzięczny.
— Człowiek-Konstantin. — Zapomniała o wszystkich swoich zwyczajach i dotknęła go, tego bardzo wysokiego z rodzaju wysokich. — Kochać człowieka-Bennetta, wszyscy kochać człowieka-Bennetta. Dobry człowiek. Nazywać go przyjaciel. Wszyscy Dołowcy smutni. — Położył rękę na jej ramieniu, ten wysoki człowiek-Konstantin, a ona odwróciła się, otoczyła go ramieniem i położyła głowę na jego piersi obejmując go z namaszczeniem poprzez mokre, okropne w dotyku, żółte ubranie. Dobry Bennett złościł Lukasa. Dobry przyjaciel dla Dołowców. Jaka szkoda, że odszedł. Taka, taka szkoda, człowiek-Konstantin.
— Słyszałem — powiedział. — Słyszałem, jak tu było.
— Człowiek-Konstantin dobry przyjaciel. — Uniosła twarz w odpowiedzi na jego dotknięcie i spojrzała nieustraszenie w dziwaczną maskę, która nadawała mu przeraźliwy wygląd. Kochać dobrych ludzi. Dołowcy ciężko pracować, bardzo ciężko pracować, ciężko dla Konstantin. Dawać ci dary. Nie odchodź już.
Naprawdę nie chciała, żeby odszedł. Przekonali się na własnej skórze, jacy są Lukasowie. W całym obozie mówiono, że powinni dobrze pracować dla Konstantinów, którzy zawsze byli najlepszymi ludźmi i dawali więcej darów niż hisa.
— Jak się nazywasz? — spytał klepiąc ją po policzku. — Jak na ciebie wołamy?
Uśmiechnęła się nagle, ośmielona jego dobrocią i poklepała po swym lśniącym, mokrym teraz futrze, które było jej dumą.
— Ludzie nazywają mnie Satyna — powiedziała i roześmiała się, bo prawdziwe imię było jej własnością, rzeczą hisa, ale Bennett nadał jej to, żeby miała się czym szczycić, dał jej to imię i kawałek jasnej, czerwonej tkaniny, którą nosiła, aż zostały z niej same strzępy; trzymała je jeszcze jak największy skarb pośród swych darów ducha.
— Wrócisz ze mną? — spytał mając na myśli obóz ludzi. Chciałbym z tobą porozmawiać.
Miała na to ochotę, bo to oznaczało łaskę. Ale zaraz pomyślała ze smutkiem o obowiązku, cofnęła się i splotła ramiona przygnębiona stratą swej miłości.
— Posiedzę — powiedziała.
— Z Bennettem.
— Pomagać jego duchowi patrzeć w niebo — powiedziała wskazując na kij duszy. Wyjaśniała rzecz, której hisa nie wyjaśnia. — Patrzeć na jego dom.
— Przyjdź jutro — ustąpił. — Muszę porozmawiać z hisa.
Odchyliła w tył głowę i spojrzała na niego wstrząśnięta. Niewielu ludzi nazywało ich tym, czym byli. Dziwnie było to słyszeć.
— Przyprowadzić innych?
— Wszystkich starszych, jeśli zechcą przyjść. Potrzebujemy hisa na Nadwyżu, dobrych rąk, dobrej pracy. Potrzebna nam pomoc Podspodzia, potrzeba nam tu miejsca dla wielu ludzi.
Wyciągnęła ręce w kierunku wzgórz i otwartej równiny, której końca nie było widać.
— Tam jest miejsce.
— Ale starsi będą musieli wyrazić zgodę.
Roześmiała się.
— Mówisz rzeczy duchy. Ja, Satyna, daję to człowiekowi-Konstantinowi. Wszystko jest nasze. Ja daję, ty bierzesz. Cała wymiana, dużo dobrych rzeczy; wszyscy zadowoleni.
— Przyjdź jutro — powiedział i odszedł, wysoka, obca postać w zacinającym deszczu.
Satyna-Tam-utsa-pitan przykucnęła. Nie zważając na deszcz smagający jej pochylone plecy i ściekający po całym ciele, zapatrzyła się w mogiłę, w której ulewa wybijała szybko wypełniające się wodą wgłębienia.
Czekała. Po jakimś czasie przyszli inni, mniej przywykli do ludzi. Takim był Dalut-hos-me nie podzielający jej optymizmu w odniesieniu do nich; ale nawet on kochał Bennetta.
Ludzie byli różni. Tyle nauczyła się hisa.
Oparła się o Daluta-hos-me, Słońce-Przedzierające-się-przez-Chmury, w wieczornym mroku ich długiego czuwania i sprawiła mu tym gestem przyjemność. Tej pory zimowej zaczął składać dary przed jej matą żywiąc nadzieję na wiosnę.
— Na Nadwyżu chcą hisa — powiedziała. — Chcę zobaczyć Nadwyże. Chcę tego.
Pragnęła tego od chwili, gdy usłyszała, jak Bennett o nim opowiada. Stamtąd przybywał Konstantin (i Lukasowie, ale odpędzała od siebie tę myśl). Wyobrażała je sobie jako miejsce jasne, pełne darów i dobrych rzeczy, jak wszystkie te statki, które stamtąd zlatywały na dół przywożąc im dobra i dobre towary. Bennett opowiadał im o wielkim metalowym miejscu wyciągającym ramiona do słońca, aby spijać jego moc, gdzie przybywały i skąd odlatywały niczym olbrzymy statki ogromniejsze, niż mogli to sobie wyobrazić.
Do tego miejsca i z niego płynęły wszystkie rzeczy; a teraz odszedł Bennett wyznaczając Okres w jej życiu pod Słońcem. Ta podróż, której pragnęła, aby zaznaczyć ów Okres, była rodzajem pielgrzymki, takim jak wędrówka do posągów równiny, jak noc snu w cieniu tych posągów.