Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Motyl Na Szpilce». Краткое содержание книги:

W?r?d pisarek literatury popularnej, takiej jak Grochola, Szwaja czy Sowa, pojawi? si? nowy g?os, Beata Wawryniuk i jej Motyl na szpilce…
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 31
Перейти на страницу:

Widziałam, że Maciek na mnie zerka. Poczęstowałam go groszkami i wyszczerzyłam do niego zęby.

W tym momencie otworzyły się boczne drzwi i na salę padł wąski prostokąt światła. Jakiś spóźniony widz wsunął się do środka w towarzystwie bileterki. Kobieta, operując maleńką latarką, wskazała mu miejsce dwa rzędy przed nami. Gdy przeciskał się przez wąski przesmyk między fotelami a nogami siedzących, mrok rozświetlił ekranowy poranek, pozwalając na moment dostrzec jego twarz. Zdębiałam. Był to Leszek Minotaur we własnej osobie.

Film obejrzałam jednym okiem, drugim obserwowałam Maćka i ciemny tył głowy Leszka. Maciek kręcił się i co chwila komentował kolejne sceny. Za każdym razem, gdy szeptał mi do ucha swoje natrętne uwagi, przysuwał się tak blisko, że torsem napierał na moje ramię, a wargami muskał płatek mojego ucha. Raz wtulił nos w moje wilgotne jeszcze włosy i głęboko wciągnął powietrze. Zirytowana, oparłam łokieć o sąsiednie siedzenie i odsunęłam się, mimo to Maciek nie dawał za wygraną, W pewnym momencie usłyszeliśmy syk z rzędu przed nami i jakiś zdenerwowany widz odwrócił się do nas, wściekle marszcząc brwi. Manek uspokoił się, ale po chwili, gdy ledwie zdążyłam wejść w akcję filmu i nawet wzruszyć się losem bohaterki, poczułam na udzie gorącą dłoń. () mało nie krzyknęłam, tak mnie zaskoczył ten nagły dotyk. Odruchowo (zostało mi to po obronnych starciach z kuzynem Tadkiem) dźgnęłam go łokciem w bok. Maciek jęknął, ale zaraz uśmiechnął się jak z dobrego żartu. Odsunął się i dał mi spokój.

Zerkałam na głowę Leszka…

Pomyślałam, że całkiem miły jest ten Leszek… całkiem sympatyczny… ładne ma te migdałowe oczy… no i zadbane ręce… mocne i męskie… jest znośny… nie najgorszy… całkiem strawny…

Nagle akcja filmu stała się wyjątkowo dramatyczna. Kochankowie byli nareszcie razem, ale pech chciał, że znowu musieli się rozstać. Naprawdę się przejęłam (ostatnio dzieje się ze mną coś dziwnego, łzy stają mi w oczach nawet przy najgłupszych reklamach) i w atmosferze wzruszenia, które zapanowało na sali, kolektywnego (to się czuło) wstrzymania oddechu, nagle dostrzegłam, że Leszek poruszył ramieniem i najwyraźniej dotknął policzka. Czyżby płakał? Myśl o rozrzewnionym mężczyźnie poruszyła mnie bardziej niż tragedia nieszczęsnej bohaterki i, mimo zakłopotania, po moich policzkach spłynęły łzy. Przejęta zerknęłam na Maćka. Siedział martwy jak kamień. Zaczęłam przeprowadzać mentalną operację porównawczą, bardzo dla Maćka niekorzystną, kiedy mój towarzysz spojrzał na mnie z zainteresowaniem, a zaraz potem z kieszeni marynarki wyjął papierową chusteczkę i czule włożył ją w moją dłoń.

Film skończył się paskudnie. Bohaterka wzięta w policyjne dyby na zawsze żegnała się z ukochanym. Końcowy napis informował, że niedługo potem na mocy prawa wyzionęła ducha. Normalnie taki finał popsułby mi humor na resztę wieczoru i przeklinałabym pod nosem scenarzystę, który tak jaskrawo rozminął się z moim pragnieniem happy endu. Teraz jednak nie miałam do tego głowy. Odwrócona plecami do ekranu zapinałam guziki płaszcza i modliłam się w duchu, żeby Leszek mniej nie dostrzegł i poszedł sobie w siną dal. Za nic nie chciałam go spotkać i zburzyć pierwszego pozytywnego wrażenia moją obecną fizjonomią po przejściach.

– Ewa? – usłyszałam znajomy głos i wrosłam w podłoże. Próbowałam go zignorować, ale rozwiązanie awaryjne „nie widziałam, nie słyszałam” było niemożliwe do zastosowania. Leszek stał za moimi plecami. Odwróciłam się, przyklejając do twarzy nieprzyzwoicie sztuczny uśmiech.

– Co za zbieg okoliczności, Mariola mówiła, że idziesz do kina, ale nie powiedziała, że do Iluzjonu – Leszek przebiegł wzrokiem po najbliższych siedzeniach, Maćka ledwie muskając spojrzeniem. – Koleżanki nie przyszła?

Koleżanka? Jaka koleżanka? Co ta Mariolka mu nagadała? Spojrzałam na Maćka. Siedział na fotelu i pochylony zawiązywał sznurowadło.

– Nie przyszłam z koleżanką, ale z nim – kiwnęłam głową i nie wiem czemu się zaczerwieniłam.

W tym momencie Maciek wyrósł przy moim boku i zmierzył Leszka wzrokiem jelenia na rykowisku. Nie było odwrotu, musiałam ich sobie przedstawić. Ale kogo komu? Jak to leciało? Tego, który jest dla mm, ważniejszy temu mniej ważniejszemu? Ale który jest który? Nie byłam pewna.

– Poznajcie się – wybrnęłam z opresji.

Panowie podali sobie dłonie.

Zapadło krepujące milczenie.

– No to co? – zagadnęłam, bo cisza ciążyła jak ołów. – Idziemy?

Panowie kiwnęli głowami i gęsiego ruszyliśmy do wyjścia.

Maciek od razu skierował się do samochodu. Niepewnie stanęłam w miejscu. Leszek wsadził ręce w kieszenie marynarki.

– Teodor chce jutro kontynuować. Przyjdziesz?

Kiwnęłam głową.

– To twój chłopak? – zerknął w kierunku oddalającego się Maćka.

Zaskoczyło mnie to nagłe pytanie… Ale zaraz… Czy mi się zdawało? W jego oczach wyraźnie dostrzegłam… rozbawienie!

Trzewia się we mnie przewróciły. A co on sobie myśli, że co? To takie dziwne, że mam chłopaka? Może i nie jestem ulubienicą Afrodyty, ale posiadam głębię osobowości i… A co to go zresztą obchodzi?! I z czego tak się cieszy, baran jeden!

– To mój narzeczony! – wypaliłam. Obróciłam się na pięcie i poszłam, nie oglądając się za siebie.

Wsiadłam do samochodu i głośno trzasnęłam drzwiami. Maciek syknął.

– Uważaj na moje maleństwo.

Ach tak? No to proszę! Wysiadłam z samochodu i zostawiając otwarte na oścież drzwi, pewna siebie, potykając się o nierówności chodnika, ruszyłam w noc. Maciek dopadł mnie dopiero przy przejściu dla pieszych. Czekałam na zmianę świateł. Obok mnie kobieta z wózkiem zagadywała gaworzącego bobasa.

– Nie wygłupiaj się, co ci do głowy strzeliło?

Nie odpowiedziałam.

– Ewa, o co ci chodzi?

– O NIC!!! – wrzasnęłam, nie hamując złości. Kobieta ze spacerówką podskoczyła, niemowlę uderzyło w ryk.

– Chodźmy stąd. – Maciek złapał mnie za rękę i pociągnął do samochodu. Nie opierałam się.

– Jesteś dla mnie nieuprzejmy, twój cholerny grat jest ważniejszy niż ja. – O mało się nie rozpłakałam.

Wydęłam usta i śmiertelnie obrażona stanęłam przy samochodzie, znacząco uderzając o chodnik czubkiem pantofla. Maciek szeroko otworzył drzwi. Wsiadłam.

– Odwieź mnie do domu, bo nie mam zamiaru jechać do tej twojej garsoniery!

Wyplułam z pogardą ostatnie słowo i przeraziłam się tego, co powiedziałam. Było już jednak za późno. Maciek patrzył przed siebie z zaciętym wyrazem twarzy. Jechał szybko i pewnie. Zmieniał pasy, lawirował, kilka razy skręcił z piskiem opon i zanim zdążyłam się zorientować, dokąd jedziemy, zatrzymał się przed moim blokiem.

– Cześć – powiedział nie gasząc silnika.

Chciałam przeprosić, usprawiedliwić się, ale jego chłód zupełnie zbił mnie z tropu. Wysiadłam z ciężkim sercem. Samochód odjechał natychmiast, gdy tylko zamknęłam drzwi. Stałam przez chwilę, patrząc na czerwone światełka znikającego volkswagena, dopóki nie zorientowałam się, że znowu pada. Wielkimi krokami, omijając bulgoczące kałuże, smętnie poczłapałam do domu.

* * *

Telefon Miśki nie odpowiadał. Sylwii też nie. Nie wiedząc, co począć, wykręciłam numer rodziców, choć wiedziałam, że nie jest to najlepszy pomysł. Odebrała mama.

– Dziecko, przyjedź i porozmawiaj ze swoim ojcem, bo ja już nie mam do niego zdrowia. Założył Klub Miłośników UFO, wiesz, filię tego z Warszawy. Po nocach nie śpi, tylko ciągle gdzieś biega, szuka sponsorów, bo chce z tymi małolatami kupić lunetę, będą obserwować gwiazdozbiór jakiś tam, bo podobno tam się dzieją jakieś dziwne rzeczy. Przetworów w tym roku nie zrobiłam, bo mi warzyw nie dowiózł, a w ogóle to się w domu nie udziela, tylko ciągle albo wychodzi i pół dnia go nie ma, albo czyta. Suszarki mi nie powiesił, to musiałam prosić męża Aldony, wiesz, tej z parteru, to jeszcze zły był, że obcego mężczyznę proszę, jakby on sam nie mógł. Ale to wszystko jeszcze nic… – powiedziała zabobonnym szeptem – twój ojciec zaczął… ojej, czekaj, rosół mi kipi… – odłożyła słuchawkę i za chwilę dobiegł mnie stukot przestawianych garów. Przed oczami stanęła mi rodzinna kuchnia, białe kafelki i żółty, odziedziczony po dziadku kredens. Tęsknota ukłuła mnie prosto w serce. Po chwili mama kontynuowała lekko zdyszanym głosem: – O czym to ja… a, twój ojciec zwariował!

– Co się stało? – spytałam znudzonym głosem, bardziej z grzeczności niż zainteresowania. Tatko wariował średnio raz na dwa miesiące.

– Zgadnij! – rzuciła figlarnie, jakby prowadziła teleturniej. Nie wydawała się zbytnio zmartwiona szaleństwem swojego męża.

– Oj, mamo, co będę zgadywać. Rzucił cię?

– PeKa.

Zamyśliłam się. PeKa? Co to mogło znaczyć? Mama przez całe dzieciństwa raczyła mnie tego rodzaju zagadkami, ale nigdy nie byłam w nich mocna.

– Pruje koszule.

– Pudło!

– Pierniki kupuje.

– Nie wygłupiaj się. Poważnie zgaduj.

– To za trudne.

– Jakie tam trudne. Podpowiem, że chodzi o książkę.

– Pisze książkę.

– Skąd wiesz? Powiedział ci? – Co?

– Że pisze.

– A pisze?

– To nie wiesz?

– A skąd mam wiedzieć?

– To skąd wiesz?

– Zgadłam!

– Ty nigdy nie zgadujesz.

– O czym ta książka? – przerwałam naszą niezbyt głęboką wymianę myśli, bo znając mamę, mogłybyśmy tak ciągnąć do samego rana.

– A o czym by mogła być? O UFO. Mam tego po dziurki w nosie. Całe szczęście, że chociaż u ciebie dobrze. Jak tam w pracy? A co u Misi? Jej mama mówiła, że znalazła chłopaka. Podobno bardzo sympatyczny. A tobie nie mogłaby jakiegoś podsunąć? To taka światowa dziewczyna, tak sobie dobrze radzi, słyszałaś, że ma robić wystrój w ambasadzie francuskiej? Spotyka tylu ludzi, nie mogłaby ciebie z kimś poznać? Czemu jej nie poprosisz?

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 31
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)