Motyl Na Szpilce
- Автор: Wawryniuk Beata
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Motyl Na Szpilce». Краткое содержание книги:
Zerknęłam na Leszka i zamarłam. Patrzył na mnie w taki sposób, że Rhett Butler, ze swoją namiętnością i żarem w oczach, chował się w dymach płonącej Atlanty. Chyba nigdy jeszcze żaden mężczyzna nie patrzył w taki sposób na kobietę. Usłyszałam słowicze trele, kiedy głos mistrza gwałtownie sprowadził mnie na ziemię.
– O, to, to, dokładnie jak ustaliliśmy. Wspaniale, Leszku, tak trzymaj, patrz z zachwytem i pożądaniem. O to mi chodziło!
W czasie dwudziestominutowej przerwy na przeschnięcie farby i rozprostowanie kości, zadzwoniłam do Maćka. Poprosiłam, żeby przyjechał po mnie na Pragę, skąd zabierzemy się prosto do kina. Był lekko zdziwiony, ale nie wnikał w szczegóły. Spodziewałam się, że mistrz będzie mnie eksploatował do ostatniej sekundy, dlatego zawczasu przygotowałam sobie ciuchy: lnianą spódnicę z pomysłową falbanką i czarny dziergany sweterek – najnowsze zdobycze Marioli, w bardzo dobrym stanie. Zaplanowałam, że przed samą szóstą błyskawicznie się ogarnę, co przy pomocy Marioli nie zajmie mi dłużej niż piętnaście minut.
Mistrz od godziny pracował nad lewym okiem rusałki, które, według jego zamysłu, miało decydujące znaczenie. W tymże oku krył się błysk, który zdradzał, że mimo niechęci do Minotaura rusałka jest rozpalona i gotowa się oddać nieznanej rozkoszy. Leszek, chwilowo zwolniony, siedział przy stole, popijał kawę i żartował z rozanieloną Mariolą. Mistrz mlaskał językiem i powtarzał:
– Ta, ta, ta, już zaraz, już mam, taaa…
Nagle usłyszałam klakson samochodu. Drgnęłam i zerknęłam na Mariolę, która znacząco popukała palcem w tarczę zegarka. Było piętnaście po szóstej. Piętnaście po szóstej?! To niemożliwe! Zeskoczyłam z podestu i jednym susem znalazłam się przy oknie. Wychylona do połowy, rozejrzałam się w poszukiwaniu srebrnego volkswagena. Pod kamienicą na pełnych światłach stał jakiś samochód, ale z powodu braku latarni nie mogłam dostrzec koloru ani marki. Nagle otworzyły się drzwi kierowcy i z wozu wysiadł mężczyzna w ciemnej budrysówce. Maciek, jak amen w pacierzu.
Zakotłowało mi się w głowie. Zrozumiałam, że dysponuję pięcioma minutami na fryzurę i przebranie się, nie wspominając o makijażu, bo ten, który obecnie miałam na twarzy, nadawał się wprawdzie na wilgotne mokradła, ale nie na pierwszą od wielu miesięcy randkę. Bez słowa rzuciłam się do garderoby, wyrywając z włosów bagienne kwiatki i nie zwracając uwagi na rozpaczliwe protesty mistrza. Mariola okazała się nad podziw domyślna. Kiedy wpadłam do przebieralni, stała na baczność, trzymając w dłoniach gotową spódnicę. Wślizgnęłam się w nią jak zwinna jaszczurka. Kiedy zmywałam twarz i ścierałam z powiek sinozielone cienie, Mariola rozczesywała mi włosy. Chwyciłam brązową kredkę i dwoma szybkimi pociągnięciami wykonałam zgrabne kreski u nasady rzęs lewego i prawego oka. Pociągnęłam usta błyszczykiem, przypudrowałam nos i rozprowadziłam po policzkach brzoskwiniowy róż. Żarówka garderoby ledwie ćmiła, ale machnęłam na to ręką. Co jak co, ale lata praktyki nauczyły mnie wpięć minut, bez względu na okoliczności, dokonywać pełnej metamorfozy. Po chwili byłam już gotowa. Mariola wygładzała mi falbankę spódnicy, kiedy ja ostatecznie poprawiałam włosy. Z przyjemnością przejrzałam się w zaśniedziałym zwierciadle starej szafy i mimo że niewiele mogłam dostrzec, czułam, że wyglądam dobrze. Chwyciłam torebkę, wsunęłam nogi w buty i wciskając do końca lewy pantofel, pokuśtykałam do drzwi. Rzuciłam obu panom zdawkowe „dobranoc” i popędziłam po schodach.
Zanim wyłoniłam się z bramy, kilka razy głęboko odetchnęłam, wyszeptałam z przekonaniem parę stosownych afirmacji i całkowicie opanowana, z lekko uniesioną głową, wyszłam naprzeciw memu przeznaczeniu.
Maciek nie ukrywał zniecierpliwienia. Bąknął pod nosem przywitanie i otworzył przede mną drzwi pasażera. Gestem zaprosił mnie do środka. Szepnęłam „dobry wieczór”, zajrzałam mu przyjaźnie w oczy, uśmiechnęłam się i nagle, zupełnie nie wiem, jak to się stało, odwróciłam głowę i z całej siły rąbnęłam czołem w metalową framugę drzwi. Zamigotało mi w oczach. Maciek chwycił mnie pod ramię, przytrzymał i delikatnie posadził.
Obszedł samochód i wsiadł do środka. Przekręcając kluczyk powiedział, że wprawdzie nie znosi czekać, ale się nie gniewa, bo przecież nie zrobiłam tego specjalnie i czy mnie nie boli, i co za pech (tu zachichotał), że tak niefortunnie… wzięłam jego wóz na rogi! Zaczął się krztusić, próbując opanować śmiech, patrzył na mnie przy tym z taką sympatią i współczuciem, że i ja się roześmiałam. Przez całą drogę opowiadał o koledze, który, przez podobny wypadek, wylądował w szpitalu ze złamanym nosem, ha, ha, ha…
W czole czułam nieprzyjemne pulsowanie, ale nie miałam śmiałości rozcierać bolącego miejsca. Jeszcze pomyśli, że jakaś przewrażliwiona jestem.
Kiedy zajechaliśmy przed kino, siąpił lodowaty kapuśniak. Nie miałam parasola, Maciek też nie, a jak na złość, z powodu braku miejsca, zaparkowaliśmy na samym końcu ulicy. Kiedy wysiadłam z samochodu, miałam ochotę biec ile sił w nogach ku rozświetlonym drzwiom kina i ratować włosy, które nie znoszą kontaktu z wilgocią, ale nie wypadało mi tego zrobić. Maciek, jak perski pasza, szedł wolno noga za nogą, rozsmakowując się zapachem ozonu. Chcąc nie chcąc, dreptałam w jego cieniu, kuląc się przed zacinającym deszczem i wiatrem.
Po dwóch trwających wieki minutach znalazłam się pod dachem. Maciek wręczył bilety chudej bileterce. Flegmatyczna kobieta złożyła razem dwa kolorowe papierki, przedarła je i ruchem dłoni zaprosiła nas do środka. Maciek rzucił na mnie okiem. Nagle wytrzeszczył gały i szepnął mi do ucha: „Lepiej idź do toalety”.
W zasadzie mogłam się tego spodziewać. Weszłam do łazienki i bez złudzeń spojrzałam w lustro. Było gorzej niż myślałam. Jedynym śladem po gustownie utapirowanej fryzurze był gładki kask przyklejony do czaszki. Na moim czole, niby opaska z angory, widniała czarna smuga błota z Maćkowego samochodu. Przetarłam brudne miejsce zmoczonym kawałkiem papierowego ręcznika i syknęłam z bólu. Paliło żywym ogniem. Z trudem zmyłam ślady porażki i spojrzałam w swoje zaczerwienione oczy… Jasna cholera! Dopiero teraz zauważyłam, że wokół moich małych ślepi jarzy się policyjnym kogutem czerwona konturówka do warg, którą nieopatrznie wzięłam za kredkę do oczu. O zgrozo! Wyglądałam jak konający królik. Zaczęłam nerwowo wycierać umęczone powieki i przeczesywać mokre włosy, kiedy uchyliły się drzwi łazienki i zobaczyłam w nich krótko ostrzyżoną głowę. Maciek ponaglił mnie nerwowym gestem, jednocześnie rozglądając się ciekawie po wnętrzu damskiej toalety, jakby miał nadzieję ujrzeć parujący prysznic i tabun nagich kobiet śpiewających andaluzyjskie piosenki. Zaczęłam nabierać podejrzeń, że nie jest tym, za kogo go uważałam.
Usiedliśmy w ostatnim rzędzie i od razu stało się jasne, że dla mojego lekko wadliwego wzroku ta odległość będzie zdecydowanie za duża. Miałam do wyboru dwie równie beznadziejne opcje: przesiedzieć cały film mrużąc powieki i naiwnie wierząc w moc mojej kulejącej angielszczyzny albo grzecznie poprosić Maćka o zmianę miejsc. Drugie rozwiązanie z dwóch przyczyn stało się trudne do zrealizowania: one – frekwencji podczas sobotnich wieczorów, two – mojej nieśmiałości, która opadła mnie jak sfora ujadających psów, blokując skutecznie jakąkolwiek rozsądną reakcję.
Czułam gwałtowny spadek nastroju. Zdarza mi się to za każdym razem, kiedy orientuję się, że mimo usilnych starań, by doprowadzić moją urodę do modelowego piękna, wszystkie wysiłki na nic się zdały i równie dobrze mogłabym wyjść z domu jak wstałam, bez mycia, czesania i makijażu. Wystarczy byle lusterko, szyba w sklepie, okno w metrze i już wiem, że cały trud tworzenia poszedł na marne. Pech estetyczny towarzyszy mi wierniej niż cień. Wiatr, grad, śnieżyca i deszcz czekają na mnie za każdym razem, gdy idę na randkę, by, gdy tylko opuszczę próg domu, naskoczyć na mnie zza węgła. Rozpada mi się fryzura, puszczają oczka w rajstopach, makijaż płynie po twarzy wijącymi się strumyczkami, jednym słowem wyglądam jak etatowa miłośniczka Halloween. Czytałam w jednej książce Magdaleny Samozwaniec, że istnieje typ kobiet, którym, choćby stawały na głowie, kraina piękności zawsze pokaże figę z makiem: guziki im odpadają jak dojrzałe gruszki, obcasy się łamią jak zapałki, wiatr szarpie ubranie, obszczekują je psy, a jeśli w promieniu kilometra jest jakaś kałuża i na całą okolicę choćby jeden samochód, to okoliczności tak się dostroją, że te trzy elementy spotkają się niezawodnie w jednym miejscu i czasie. Najwyraźniej należę do tej kategorii kobiet. To okropne. W pierwszej chwili, jeszcze w łazience, próbowałam walczyć z siadającym nastrojem, dozując znane mi afirmacje. Kiedy jednak poczułam, że bezskutecznie dobijam się do szczelnie zamkniętych wrót mojej podświadomości, zastosowałam rozwiązanie ostateczne: postanowiłam całą siłą umysłu, na przekór rzeczywistości, projektować swój pozytywny obraz siebie. Wyszłam z toalety w zgrabnie przystrzyżonych, wymodelowanych włosach, w subtelnym makijażu i oparach francuskich perfum.
Wzięłam głęboki oddech i wbrew ściskającemu gardło onieśmieleniu powiedziałam:
– Przenieśmy się bliżej, tu jest dla mnie za daleko.
– Poważnie? – Maciek był wyraźnie rozczarowany. – Specjalnie wybrałem to miejsce, na końcu jest najbardziej romantycznie.
– Ale ja jestem krótkowidzem – powiedziałam z determinacją, jakby od zmiany miejsca zależało moje życie.
– No dobra.
Maciek rozejrzał się po sali i wskazał palcem dwa krzesła w środkowym rzędzie.
– O tam.
Wycofaliśmy się rakiem i zanim poszły reklamy, siedzieliśmy w dziesiątym rzędzie w idealnej odległości od ekranu. Zgasło światło. W ciemnościach poczułam się zdecydowanie lepiej i to z kilku powodów. Po pierwsze, mogłam nie myśleć o mojej zniszczonej przez żywioł urodzie, po drugie, ukryć swoje pulsujące emocje. Film był o miłości i, jak na złość, nie brakowało mu solidnej dawki erotyzmu. Doszłam do wniosku, że zmuszać mnie na pierwszej randce do gapienia się na rozpalonych golasów, to przesada. Nie cierpię oglądać perwersyjnych scen łóżkowych w towarzystwie faceta, którego prawie nie znam, bo zaraz czuję się jak pensjonarka w pąsach i nie wiem, co ze sobą począć. Po krótkiej walce wewnętrznej, wyciągnęłam groszki mleczne, moje ulubione i oddałam się konsumpcji.