Byłem Księdzem II. Owce Ofiarami Pasterzy
- Автор: Jonasz Roman
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Byłem Księdzem II. Owce Ofiarami Pasterzy». Краткое содержание книги:
Rozczarowania związane z małżeństwem są szczególnie dotkliwe, gdyż nadzieje i oczekiwania z nim związane należą do największych w życiu człowieka. Związek kobiety i mężczyzny jest podstawowym zamysłem Bożym; naturalnym stanem ich ziemskiej egzystencji, a wiadomo, iż wszelkie odstępstwa od natury sprzyjają wynaturzeniom.
Młodzi ludzie nie powinni zatem bać się małżeństwa, ale też nie podchodzić do niego z zaślepiającą euforią. Nastawiać się trzeba raczej na trudy i wyrzeczenia; pogodzić z koniecznością rezygnacji z własnego JA. Bez tego żadne małżeństwo nie ma przed sobą przyszłości. Naturalnie, jeśli np. przyszły małżonek woli szczęście „procentowo – wyskokowe” od rodzinnego – to nie należy rezygnować z siebie, ale raczej z niego. Dojrzały wybór właściwego kandydata (kandydatki) ma więc ogromne, kluczowe znaczenie. Jednak podstawą, fundamentem jest wzajemna, prawdziwa miłość.
W ciągu trzech lat kapłaństwa wyspowiadałem bez wątpienia kilkanaście tysięcy małżonków w różnym wieku i o różnym stażu małżeńskim. Niemal wszyscy opowiadali mi o swoich mniejszych lub większych problemach, związanych ściśle z wzajemnym pożyciem. Co najmniej parę tysięcy z nich w najdrobniejszych szczegółach wprowadziło mnie w najbardziej intymne tajniki swojego życia małżeńskiego. Zwłaszcza kobiety potrafią nieraz tak szczerze otworzyć się przed spowiednikiem, że ten – po wysłuchaniu „naraz” kilkudziesięciu spowiedzi – mimo pewnej nieuniknionej rutyny, osłupieje i musi nagle rozpiąć pod szyją guziki od sutanny. Sam byłem wielokrotnie zażenowany tą otwartością, często (powiedzmy sobie otwarcie) niepotrzebną. Naturalnie, niepowtarzalna okazja samego wypowiedzenia się bez żadnych zahamowań, pod świętą tajemnicą spowiedzi, jest dla wielu kusząca. Takiej okazji, zwłaszcza jeśli chodzi o problemy moralne, nie zapewni ani psychoterapeuta, ani tym bardziej koleżanka z pracy. Problem jednak leży właśnie w charakterze poruszanych problemów i oczekiwanej porady.
Niektóre kobiety pytają dla przykładu jaką mają przyjąć… pozycję podczas stosunku, aby odczuwać maksymalną przyjemność albo co robić żeby w ogóle mieć orgazm.
„Mój chłop to ledwo włoży i… aby aby – już jest „gotowy”. I tak to jest proszę księdza ponad 50 lat! Co ja mam robić?” – żaliła mi się pewnego razu prawie…80 – cio letnia wiejska kobiecina. Trzeba mocno zaznaczyć, iż mimo tak szybkiej „gotowości” męża, nigdy go nie zdradziła, ale też małżonkowie nigdy (w ciągu 50 – ciu lat!) nie konsultowali swojego problemu ze specjalistą! Przez cały ten czas kobieta, wstydząc się wyjawić komukolwiek delikatny, małżeński problem
– ograniczała się wyłącznie do porad u każdego „nowego” kapłana
– spowiednika.
Ksiądz, z natury rzeczy, nie powinien nic wiedzieć na takie tematy; ba, ignorancja w tym względzie powinna być mu poczytana za oczywisty atrybut i cnotę. Wiem jednak, iż wielu ojców duchowych świetnie sobie radzi z tego typu problemami. Pamiętam, jak kilka razy kobiety bardzo nieufnie słuchały moich zakłopotanych wyjaśnień, że to nie ten adres – że nie jestem żaden Rasputin, Kaszpirowski czy inny „speolog”. Brak mi wiedzy teoretycznej (wszechstronne wykształcenie seminaryjne nie sięgało aż tak daleko) i hmm… hmm… tym bardziej praktycznej.
Myślicie, że kobiety dawały temu wiarę?! „Niech ksióndz nie opowiado takich dyrdymałów, wszystkie wiedzą, a ksióndz jedyn nie wi…” – żachnęła się kiedyś rezolutna niewiasta ze wsi, której ambicją było chyba ukończenie zaocznych studiów seksuologii w rodzimym konfesjonale. Jedna zawiedziona, tylko raz ze zrozumieniem stwierdziła – „No tak, ksiądz jeszcze młody – niedoświadczony”. Myślę, iż gdybym wówczas posiadał taką wiedzę, dzieliłbym się nią bez wahania i na pewno bez obłudy (bo tej nienawidzę chorobliwie). Ciągle jeszcze w niektórych środowiskach wiejskich parafianie – „wszytko mają to za całe zdrowie, co im ksiądz na kazaniu powie”. Trudno więc winić duszpasterzy, że dla szeroko pojętego dobra swoich owieczek sięgają czasem do skarbnicy swoich własnych doświadczeń…
Bardzo wielu penitentów, w tym chyba większość chłopców i dorosłych mężczyzn, ma najróżniejsze skrupuły i wątpliwości dotyczące etyki życia płciowego. Do najczęściej stawianych pytań należą: „czy pocałunek, seks oralny jest grzechem?”; „czy stosunek przerywany, onanizm to grzechy ciężkie czy lekkie?”. Co najmniej połowa tych problemów dotyczyła antykoncepcji.
Niestety – obsesyjna, chorobliwa wręcz ciekawość ustawodawców kościelnych: co i jak „normalni” ludzie robią pod pierzyną oraz idące za tą ciekawością konkretne nakazy, zakazy i sankcje – zbierają smutne żniwo. Lojalni wierni także w tej materii „słuchają się” tylko Kościoła. Wielu ludzi zamiast się cieszyć w łóżku seksem – darem Stwórcy i jedną z niewielu radości życia; odreagować stresy i znaleźć ukojenie – popada w nerwice i poważne wyrzuty sumienia. Boją się poprosić w aptece o pigułki antykoncepcyjne, a jeśli już uda im się je zdobyć – chowają w ostatnie dziury, żeby nikt ich nie posądził o niemoralne współżycie. Ręce im się trzęsą gdy zakładają prezerwatywę!
Bo też wszystkie w/w zachowania i praktyki są według katolickiej teologii moralnej – „grzeszne, niegodne dzieci Bożych i sprzeczne z ich naturą”; a ostatnio na określenie farmakologicznych środków zapobiegających zapłodnieniu oraz prezerwatyw – używa się bardzo modnego w kręgach kościelnych określenia – „nieekologiczne”.
Takie głupie, bezduszne prawa mogą ustanawiać tylko niewyżyte, obleśne staruchy za wielkimi biurkami w Watykanie. Przypomina się stare, ludowe porzekadło: „Pies gnota nie zeżre i drugiemu nie da…”. Szeregowi księża nie mają z tym nic wspólnego, poza bólem głowy w czasie spowiedzi od ciągłego tłumaczenia „nieomylnych” – pomylonych „przykazań” kościelnych.
„Gdzie ja mam się do cholery spuszczać?…” – wyrzucał mi z nerwami, podczas wizyty w kancelarii, pewien mężczyzna – „…do środka boję się nawet w atestowanej prezerwatywie, bo mam już trójkę dzieciaków, a poza tym podobno „w gumowcu” – grzech śmiertelny. Babie na brzuch – grzech; samemu – grzech. Ale ja się do zakonu nie nadaję. O nie!!!”
„Proszę księdza, mam bardzo dużego penisa. Kochamy się z żoną tylko raz w miesiącu, a ją i tak potem cały tydzień wszystko boli. I ona zaspokaja mnie więc często ręką i ustami – czy tak się godzi; proszę księdza, czy to nie grzech albo zboczenie”.
Ludzie na Boga! Dajcie sobie luz! Przestańcie zawracać głowę tym biednym spowiednikom podobnymi bzdetami. To są tylko i wyłącznie Wasze sprawy i nikt nie może Warn dyktować co i jak macie robić we własnej sypialni. Poza tym – po co niepotrzebnie „napalać” duszpasterzy, którzy i tak mają wyostrzony apetyt. Brakuje tylko tego, żeby kapłan po udzieleniu ślubu uczestniczył także w nocy poślubnej, spisując później odpowiedni protokół – „consumatum czy non consumatum?” (tak przecież naprawdę kiedyś bywało!). A jeśli zatroskany o Wasze zbawienie ojciec duchowy okaże się zbyt dociekliwy w tej materii – to znaczy, że się ślini słuchając takich kawałków albo jest służbistą. W obydwu przypadkach trzeba mu koniecznie dać jasno do zrozumienia, żeby powtórzył sobie 10 Przykazań Bożych, w których nie znajdzie takich, jak np:
– Nie będziesz się kochał ze swoją żoną inaczej jak tylko „po bożemu”!
– Będziesz miał tyle dzieciaków – iloma pobłogosławi cię Pan. Jeśli spróbujesz ingerować w błogosławieństwo Najwyższego – niechybnie umrzesz!
– Masz być wierny jednej kobiecie, z wyjątkiem takiej, która dopuściła się cudzołóstwa ze… spiralą, globulką, wkładką lub innym kapturkiem! Taka ma być przez ciebie oddalona!
– Kto stosuje gumę lub chemię w naturalnym współżyciu ze swoją żoną jest winien śmierci. Jeśli kawałek gumy na twoim członku ma być dla ciebie powodem grzechu – odetnij go!
– Pamiętaj, że onanizm jest zastrzeżony tylko dla Moich kapłanów!
Dzięki Bogu, ludzie w coraz mniejszym stopniu dają się ogłupiać i sobą manipulować. Zdecydowana większość przychodzi do spowiedzi z prawdziwymi problemami i grzechami.
Jeśli jesteśmy przy małżonkach, to niewątpliwie najbardziej bolesnym jest grzech zdrady małżeńskiej, zrywający tę cudowną i niepowtarzalną, duchowo – cielesną więź pomiędzy kobietą i mężczyzną. To prawdziwa katastrofa dla małżeństwa i błąd, zazwyczaj nie do naprawienia. Nie potrafię powiedzieć kto częściej zdradza – mężczyźni czy kobiety; chyba mniej więcej po równo. Jedno jest pewne – ci pierwsi robią to zdecydowanie z powodu samczej żądzy. Natomiast babami kieruje wrodzona u nich ciekawość. Powszechnym, zwłaszcza w przypadku mężczyzn, jest usprawiedliwienie w stylu – „pieprzyć mogę cały babiniec, ale kochać zawsze będę tylko tę jedną, jedyną: moją żonę. Słuchałem bardzo wiele takich historii i mam w związku z tym dwie rady.
Po pierwsze – jeśli już zdradziłeś (zdradziłaś) i szczerze tego żałujesz – nigdy nie przyznawaj się do zdrady, a twoją najlepszą „pokutą” niech będzie jeszcze większa miłość do partnera. Uratujesz w ten sposób swoje małżeństwo; możesz je nawet wzmocnić. Mając ciągle wyrzuty sumienia łatwiej, nawet mimo woli, wynagradzać własne winy drugiej stronie. Szczere wyznanie zdrady, połączone z równie szczerą skruchą i zapewnieniami, że „nigdy więcej”… prawie zawsze – prędzej czy później – niszczą najbardziej trwały związek. Posiana nieufność i zawiedzione nadzieje rodzą raka, który stopniowo toczy osłabiony, zraniony organizm. Jeśli widać już jego symptomy (choćby sporadyczne wypominanie, i tzw. trucie) – proponuję poważnie zastanowić się nad rozwodem. Będzie to jak najbardziej zgodne z prawem, które dał Jezus [3].
[3] Por. Mt. 5, 32.